Tawerna Bibliotekarzy
Kozie forum :)

Daleko - [sesja] Daleko

Amon - 2012-11-24, 22:39
Temat postu: [sesja] Daleko
Był mroźny wiosenny poranek, Bjolf Ulfson przemierzał cienistą buczynę. Krępa postać kroczyła między kolumnami drzew. Nie było żadnej specyficznej drogi li ścieżki, którą Bjolf mógłby obrać. Był za to wąski górski strumyk i to właśnie za nim podążał w dół Ulfson.

Po kilku godzinach marszu Bjolf zdecydował się zrobić krótką przerwę. Przysiadł przy jednym ze strumyczków, na które rozwidlał się co jakiś czas strumień i nabrał cieczy w swoje sękate dłonie. Woda była krystalicznie czysta i mroźnie orzeźwiająca.

I gdy tak siedział i popijał ze strumienia, posłyszał w oddali jakieś krzyki. Cienkie głosiki musiały należeć do jakiś młodych kobiet albo dzieci... no albo strzygi jakiejś.

Horus - 2012-11-25, 12:05

Bjolf Ulfson już miał sięgać do wora podróżnego po skórzany bukłak i uzupełnić zapas wody, gdy *to* usłyszał. Zerwał się na równe nogi i nadstawił ucha. Ruszył w kierunku krzyków, do kogokolwiek by nie należały. Zdrowy rozsądek nakazywał ustąpić. W końcu, był wolnym krasnoludem; wolnym tak bardzo, jak tylko ktokolwiek z jego rodu mógł sobie wyobrazić, ale to... To odnajdywał swoim obowiązkiem.

Szybki, miarowy marsz przeszedł w trucht. Rohatynę wraz z jednym oszczepem przerzucił do lewej dłoni, w prawej trzymał pozostały. Owinięte wokół drzewców rzemienie aż zatrzeszczały pod uściskiem mocnych dłoni. Biegł między drzewami, węsząc kierunek wiatru; nie chciał by jego woń - pot i kwaśny, żelazisty zapach kolczugi zdradziły go wcześniej.

Amon - 2012-11-25, 13:05

Dystans okazał się dłuższy niż mogło by się początkowo wydawać. Krzyki mieszały się z teraz z szumem wody. Bjolf Ulfson dostrzegł wnet coraz więcej cieków, wszystkie biegły w tym samym kierunku łącząc się w coraz to większe i większe potoki. Mężczyźnie było ciężko pszemieszczać się między mokrymi śliskimi kamieniami i chociaż woda sięgała jedynie jego kostek, jej nurt był bardzo silny. Krzyki były coraz głośniejsze ich źródło musiało być już bardzo blisko. Potok stał się na tyle szeroki, że ponad nim roztaczała się pokaźna szczelina w koronach drzew. Wpadające przez nią promienie wiosennego słońca rozświetlały spowitą do tej pory w pomrokach buczynę. Bjolf wyhamował tuż przed samym brzegiem wodospadu, wysokiego na dobre dziesięć stóp. U jego podnóża roztaczało się płytkie rozlewisko, szerokie i długie na jakieś dwadzieścia stóp. Ulfson zobaczył tam grupę młodych, ludzkich chyba, niewiast. Dziewcza tarzały i wierzgały się w lodowatej wodzie połączone w bitewnych uściskach. Okładały się otwartymi dłońmi, kopały, szarpały za włosy, niektóre gryzły. Robiły przy tym oczywiście masę dzikiego babskiego hałasu. Część z nich odziana była w przemoczone, nadszarpane, brunatne koszule. Część... bo były w śród nich i takie, których koszule poszły już w strzępy odsłaniając mniej lub bardziej dojrzałe niewieście ciała. Na brzegu strumienia Bjolf dojrzał stertę łachów, co sugerowało że dziewczęta przybyły tu z zamiarem prania pościeli a nie siebie nawzajem.
Horus - 2012-11-26, 00:16

Bjolf zdębiał. Stał jak kretyn dobrą chwilę nim wreszcie oprzytomniał, rozluźnił chwyt i przerzucił wszystkie drzewce znów do lewej dłoni. Cofnął się o krok, po za krawędź wodospadu. Spodziewał się wiele; ciąg różnych scenariuszy, kończący się na szalejącej strzydze, wypełniał obrazami jego umysł w trakcie biegu. Tego jednak się nie spodziewał - stado półnagich dziewek w kąpieli może rozszarpać na strzępy podglądacza, jeśli tylko go spostrzegą, a on, delikatnie mówiąc, nie wyglądał jak Baldr z północnych legend.

Nie miał zamiaru interweniować. Zbadał jednak jedno ze zboczy po lewej strumienia, obserwując nadal rozwój wypadków. Kiedy dziatwa się uspokoi, ruszy dalej w dół strumienia. Ostatecznie, ich obecność świadczy o bliskości ludzkich siedzib.

Amon - 2012-11-26, 18:31

Dziatwa daleka była od uspokojenia się, młode pełne wigoru dziewoje sprawiały wrażenie że mogą pociągnąć batalię jeszcze długo. Bjolf Ulfson dostrzegł, nie tylko z lewej, ale i z prawej strony strumienia zbocze dogodne do zejścia w dół. Jednakże oko krasnoluda wprawionego w łowach dostrzegło coś jeszcze. Ktoś chował się za pniami drzew przy lewym brzegu strumienia. Bjolf widział jedynie kawałek czegoś co musiało być krótką włócznią, wystające z za jednego drzewa. Myśliwskie doświadczenie podpowiadało mu że czatujących, kimkolwiek byli, musiało być więcej.
Horus - 2012-11-26, 22:03

Krasnolud rozwiązał rzemień, którym spięty były zrolowane skóry niedźwiedzi przerzucone przez plecy. Zostawił je na lewym brzegu i począł schodzić zboczem, powoli, uważając by nie robić niepotrzebnego hałasu. Szedł po łuku, tak, by obejść uzbrojonych podglądaczy i, być może, ocenić ich liczbę.

Wyjątkowo czułe ucho być może zdołałoby wychwycić coś jeszcze; po za leniwym śpiewem ptaków, powoli budzących się do życia, po za szumem wody w potoku i bryzgiem piany na jej brzegach, po za dzięciołem wytrwale rozłupującym korę drzewa kilkaset jardów dalej... Krasnolud śpiewał kantyczkę cicho, basem tak niskim, że usłyszeć mógł go jedynie ktoś, kto stałby tuż obok. Kiedy finał przeszedł w zwierzęcy niemal pomruk i łowczy dotknął pięścią swoją pierś, spowiła go subtelna mgła, rozmywając jego kształty (Sanktuarium).

Amon - 2012-11-28, 13:40

Ukształtowanie terenu nie sprzyjało Bjolfowi Ulfsonowi w skradaniu się. Buczyna była lasem pozbawionym runa, pokrywała ją jedynie gruba warstwa ściółki. Brak było też krzaków, jedynie młode buki. Na domiar złego krasnolud, walczące niewiasty jak i cały strumień znajdował się w jedynej nieciemnej części ciemnego przeważnie lasu. Tak więc każdy kto pozostawał w pomrokach, miał ich "jak na dłoni". Bjolf musiał jedynie liczyć, że mistyczne moce, które przywołał deklamując starożytne wersy stępią umysły nieznanych nieprzyjaciół.

Ulfson poruszał się bardzo powoli i ostrożnie, Babska wojna wciąż się toczyła, jednej nieco bardziej poturbowanej dziewczynie udało się wycofać z pierwszej linii na tyły swojego "oddziału". Ruda piegowata dziewoja przysiadła nad brzegiem strumienia dysząc ciężko i zakrywając dłonią krwawiący nosek.

Kiedy tak sobie z cicha pochlipywała z mieszaniną bólu i złości, "łowcy" opuścili w końcu swoją kryjówkę i rzucili się w cichym biegu ku niespodziewającej się niczego dziewczynie.

Bjolf widział teraz wyraźnie, że były to dwa gobliny i jeden większy - hobgoblin. Ten ostatni szybko wyprzedził swoich mniejszych kamratów i już chwytał bogom ducha winną dziewczynę za jej rude loki. Zatkał jej wyrywające się do krzyku usteczka swoją szponiastą dłonią i począł odciągać w stronę lasu. W tym momencie kilka niewiast zauważyło w końcu co się dzieje.
- Czrvenice od Grybov poryvajut!! - zakrzyknęła jedna z bardziej rozgarniętych nie zważając na okładającą ją dziewczynę która wnet i tak przestała. Niewiasty zaczęły zgodnie piszczeć i ruszyły na odsiecz kamratce. Wtedy do akcji wkroczyły dwa gobliny, zgodnie cisnęły włóczniami w babskie zbiorowisko raniąc jedną w udo a inną w przedramię.
- Hold back human bitches! Warknął hobgoblin w jakimś szkaradnym dialekcie orczej mowy

Horus - 2012-11-28, 19:43

Bjolf nie czekał dłużej i zerwał sanktuarium. Ryknął, jak z bojowej surmy, ciskając oszczepem po szybkim dwukroku. Mierzył w jednego z goblinów, biorąc poprawkę na jego mierny wzrost i posturę. Wraz z opuszczającą jego dłoń bronią, wypuścił ciężko resztkę powietrza z płuc. Kiedy stał ponownie na obu nogach, w każdej z dłoni miał już po jednym tylko drzewcu; w lewej włócznię, w prawej pozostały oszczep.
Amon - 2012-11-29, 11:12

Hobgoblin wykrzywił zębatą szczękę w grymasie, widząc krasnoluda.
- And this fucking son of rocks, hold him as well! nobody will take from me my new mate - wywarczał do swoich kompanionów gardłowo, cokolwiek by to miało znaczyć, przerzucił rudowłosą dziewczynę przez ramię i już po prostu biegł w mrok buczyny.

Oszczep Bjolfa Ulfsona wbił się w plecy jednego z goblinów zanim ten był wstanie wykonać jakąkolwiek akcję. Stwór dychał co prawda jeszcze lecz osunął się na ziemię.
Drugi goblin popatrzył w stronę w którą oddalał się jego wyższy towarzysz, po czym wyciągnął mały krzemienny sztylet i cisnął nim w Bjolfa. Mizerna broń ześlizgnęła się po koszuli kolczej nie czyniąc szkody większej niż siniak może i otarcie lekkie.
- You can fuck those bitches alone ashole! -rzucił piskliwie goblin w stronę Ulfsona i rzucił się do ucieczki, w tym samym kierunku co hobgoblin.

Niewiasty szybko otrząsnęły się z szoku, dwie z nich chwyciły włócznie które posłużyły wcześniej do zranienia ich towarzyszek, inne dopadły konającego po trafieniu Bjolfa goblina i wspólnymi siłami najpierw nabiły go do końca na oszczep a potem wyszarpnęły go z ciała. Wszystkiemu towarzyszły oczywiście dziki wrzask Cztery dziewczyny cisnęły podniesionymi ze strumienia kamieniami w uciekającego goblina, jedna trafiła powodując, że stwór potknął się i przewrócił.
- dognat ih treba! krzyknęła w tutejszym narzeczu wspólnego na co wszystkie zgodnie krzyknęły:
-Hej!

Horus - 2012-11-29, 17:36

Kiedy ostatnie kamienie dosięgnęły uciekającego goblina, Ulfson już biegł po łuku, tak by dosięgnąć jeszcze leżącego. Zrównawszy się z nim, trzasnął go w łeb okutą żelazem stopką ciężkich drzewców rohatyny. Nie zatrzymywał się, świadomie zostawiając stwora na pastwę rozszalałych dziewcząt. Kusiło go, by się obejrzeć i nacieszyć oczy widokiem rozszarpywanego na strzępy truchła, lecz biegł dalej. Wzrokiem szukał pomiędzy pniami ognistorudych loków dziewczyny, nasłuchiwał krzyków, węszył smród hobgoblina.
- Rude... - skwitował ciężko w biegu - zawsze mają przesrane.

Amon - 2012-11-29, 23:01

Trzaśnięty przez Bjolfa Ulfsona goblin osunął się bezwładnie na ziemię. Gdy krasnolud biegł w pogoni za hobgoblinem jego uszy wychwyciły podejrzany dźwięk, coś z impetem przecinało powietrze, jakby ktoś coś rozkręcał... proce? dużo proc? Bjolfowi nie było jednak dane długo się nad tym zastanawiać, kiedy chmara kamiennych pocisków uderzyła w jego ciało, zdążył poczuć z tuzin na piersiach, jeden wybijający mu zęba, Ostatnim co pamiętał było uderzenie w czoło. Wtedy nastała ciemność.


...żiv on?..

...żiv...

...ale ma dolgu brade...

...no...

...jak myslite stari on?...


...stari...

...glupa jesi Myska, glupa jak vse Gryby, za mali jest żeby bol stari...

...sama jesi glupa Repka...

...a v tvar hcesz?...

...zatknejte se!...


Bjolf otworzył powoli jedno oko, potem drugie. Otaczały go trzy kręgi wpatrzonych w niego niewieścich par oczu. Dziewczęta mizernie wyglądały, ich twarze były posiniaczone, ciała podrapane, ale wyglądało na to że nic poważniejszego im nie dolega.
- Budte zdravi Pane, my jesmo velmi rade, że vi żive. - Palnęła jedna z nich nie bardzo wiedząc co innego mogła by powiedzieć.

Horus - 2012-11-29, 23:47

- Mi tu najskorzej do radości. - mruknął basem, próbując usiąść - Chyba nie zaczniecie mi się tu znowu lać, hm? Baby...
Uniósł górną wargę i obmacał palcami zęby tak, żeby ocenić uszkodzenia. Później rozmasował czoło. Wreszcie, przejechał dłonią po swojej krasnoludzkiej dumie - krótki acz gruby, jasny warkocz upleciony z jego wąsów i brody był cały i zdrów; wilczo-smoczy łeb ze srebra który nań wisiał, również. Dopiero po chwili rozejrzał się uważnie, a raczej próbował się rozejrzeć (co skutecznie uniemożliwiał mu wianuszek dziewcząt). Zadarł więc płowy łeb do góry i sprawdził czy nadal ma nad nim korony drzew. Któryś z kamieni musiał mu chyba skaleczyć wygoloną skroń, bo prawe ucho było całe w lepkiej jusze.
- Znam dialekt podobny do waszego - zaczął bez specjalnego przekonania - ale zdaje mi się, że z równym powodzeniem mogę mówić tak, jak mówię. Wiem, że mnie rozumiecie. Co z rudą? Co z czrvenicą od Grybov? Kto mnie tak załatwił? I najważniejsze: brody sobie jeszcze nie obszczywam, więc nie przesadzałbym z tą długością...

Amon - 2012-11-30, 21:26

Bjolf Ulfson wybadał brak prawej dolnej trójki oraz prawej górnej czwórki. Znajdował się w niższej części strumienia niż pamiętał, dziewczyny najwidoczniej przeniosły go z miejsca w którym padł, na szczęście pozbierały też to co miał przy sobie w chwili utraty przytomności. Drzewa rosły tu rzadziej i było znacznie więcej światła, musieli być gdzieś na skraju lasu. Mógł też dokładnie przyjrzeć się swoim towarzyszkom. Szesnaścioro kmieckich cór, mniej więcej w tym samym wieku, może dwa, może czy lata w tą czy w tamtą. chude i długie z dłońmi przywykłymi do ciężkiej pracy. Dziewczęta zdążyły trochę się ogarnąć, każda nosiła po dwa długie do pasa warkocze, były wśród nich szatynki, blondynki i brunetki. Wszystkie miały duże oczy, zielone lub niebieskie a jedna, może dwie, brązowe. Te z niewiast, których koszule ucierpiały w czasie walki, nieustanie naciągały poszarpany materiał zasłaniając krępujące miejsca. Bjolf mógł przysiąc, że dziewczyny miały nawet więcej siniaków niż gdy widział je ostatnio, widocznie im też dostało się od strzelców.
- Hej! - przytaknęły gromadnie na znak że rozumieją, chociaż mężczyzna słyszał jak niektóre przedrzeźniają po cichu "śę", "mogę", "muvię", "rudą", niektóre młodsze strasznie to śmieszyło ale jedno spojrzenie wysokiej blondynki uciszyło towarzystwo i właśnie ta przemówiła za grupę.
- Czrvenice goblynce poryvali - powiedziała dziewczyna z przerażeniem w głosie.
Goblynce kameńe kidali v vas i v nas, to my v ih takoże kidali i kriczali "goblynce svińce" Tak goblynce izbegli, to my do vas. Vy byli nesvedomi, to my vas sobrali. - Dziewczyna zachwiała się trochę, krasnolud zauważył że podpiera się na goblińskiej włóczni a jej noga jest przewiązana przekrwawioną szmatą na udzie, była jedną z tych które oberwały od martwych już napastników.
- Prvica!... - inna dziewczyna zwróciła się do wysokiej blondynki
Prvica my trebimo vraczat do Polany, otce budu radit, verojetno braty vozmu cepi i palki. Reszta grupy pokiwała głowami.
Prvica również kiwnęła i zwróciła się do Bjolfa:
- Pane hodij s nami do Polany, tam mużev mnogo, budemo bezpeczne.

Horus - 2012-12-01, 12:44

Bjolf uśmiechał się coraz szerzej. Uwielbiał słuchać języka prostego ludu; a im ów lud był bardziej odizolowany od 'wielkiego świata', tym melodyka jego mowy była pełniejsza, właściwsza naturze ludzi, z której wyrosła...
Wstał na równe nogi wspierając się na rohatynie i z zamachem wbił jej żelazną stopkę w ściółkę i skrytą podeń ziemią. Ostry, liściasty grot celował w niebo i korony drzew. Zaczął rozpinać swój szeroki pas i drewniane kołki kożucha.
- Sam ja sobie panem, gdy siedzę nad dzbanem - odparł, nadal szeroko uśmiechnięty - Ale dla was, krasawice, ja żaden pan. Jestem Bjolf.
Zdjął kożuch i narzucił go na ramiona Prvicy. Była wysoka, więc musiał prawie stanąć na palcach, co jeszcze bardziej go rozbawiło.
- Mocno krwawisz - wyjaśnił już poważniej, zapinając obciążony nożem i ciężkim skramasaksem pas bezpośrednio na koszulę kolczą - A im mniej juchy w człowieku, tym szybciej się wyziębia. Ja mam pod żelazem jeszcze pikowany kaftan. Pójdź koło mnie: ja będę miał oko na cię, a Ty na drogę. A po drodze wyjaśnisz mi, co zaszło nad strumieniem.
Rozejrzał się jeszcze, próbując wybadać czy dziewczęta nie zabrały przypadkiem z nad strumienia jego niedźwiedzich skór, ale niemal pogodził się już z ich utratą. Przynajmniej wtedy, gdy nie będzie mu już pisane wrócić nad ten strumień. Drugi ze swoich oszczepów zostawił dziewczynie, którakolwiek go akurat dzierżyła.
- Nie ma nad czym dumać - odezwał się już do wszystkich - Reszta dziewcząt za nami, dwójkami. Oczy szeroko otwarte. Do Polany!

Amon - 2012-12-01, 19:22

Prvica z wdzięcznością przyjeła kożuch Bjolfa Ulfsona
- Hvala vam dobry Pa... Bjolfe.
- Bjolfe! Bjolfe! - dwie dziewczyny podbiegły do mężczyzny trzymając w dłoniach jego niedżwiedzie skóry.
- Vasze tute koży? Pestka od Grybov dumala że toto medveda, ale Prvica govorila że może byt vasze. - druga dziewczyna złapała sie za głowę.
- Osmica ty jak neraz neczo govorit to jak byl by ja slyszala Gryba! Toto jest koża medveda! W odpowiedzi Osmica pokazała dziewczynie język.

- Hej! - odezwały się chóralnie dziewczyny na komende krasnoluda i momentalnie wykonały polecenie. Grupa poruszała się wyjątkowo szybko i sprawnie, nawet tempo Prvicy, mimo odniesionej rany, przyprawiało Bjolfa o zadyszkę.
- Ibo my Kazmirove hoteli myt nad potokom nasze odjeżde, jak nam matki nakazali, ale Grybove i Prstkove takoże myt hoteli i vode brudili... takto bylo... - wzruszyła ramionami Prvica.

Ulfson dowiedział się też że Prvica jest najstarszą córką z rodu Kazmirów. Kazmirowie, Grzyby i Paluchy to najwarzniejsze rodziny w Polanie, właściwie Starej Polanie, wioski do której właśnie zmierzali. Kazmirowych cór było tu cztery Prvica z racji starszeństwa przewodziła swoim siostrom i kuzynkom, miała swój odpowiednik w Treczy Paluchowej za którą biegła równa Kazmirom gromada czterech dziewcząt, ostatnią i największą grupą Grzybówien dowodziła Pestka, najsolidniej zbudowana dziewczyna ze wszystkich pozostałych. Grzybowie Byli też największym ale i najbiedniejszym rodem Polany, Kazmirowie najzacniejszym ich głowa, Jan Kazmir wójtował we wsi.

Dziewczyny podjęły piosenkę dla dodania sobie otuchy. Prvica zapodawała rym a reszta powtarzała.

...Jeszcze tolko czetyri zimy...

...Jeszcze tolko czetyri zimy!...

...I se najde moj jediny...

...I se najde moj jediny!...

...


Freyrvind Lennartson czół we wszystkich kościach działanie jakiś leśnych czarów. Przed chwilą szedł przez głębią dąbrowy, dostrzegł jakieś migotanie w między konarami drzew kiedy podszedł bliżej coś rozbłysło jasnym światłem i krajobraz zmienił się w mgnieniu oka. Otaczały go teraz stare buki, las był znacznie ciemniejszy jednak Freyrvind widział w oddali jakieś prześwity, zaczął się więc kierować w tym kierunku. Szybko znalazł się nad górskim strumieniem, woda spływała w kierunku w którym drzewa się rozrzedzały, nagle szum wody nasilił się, to drugi strumień wpadał do pierwszego. Niósł się śpiew tuzina niewieścich głosów.

...Za gorami za lesami...

...Za gorami za lesami!...

...Jest kralevicz z monetami...

...Jest kralevicz z mo...
na przeciw siebie Freyrvind dostrzegł grupę młodych dziewczyn której przewodził... krasnolud? Dziewczyny najwyraźniej zdążyły już dostrzec Lennartsona bo nagle piosenka się urwała.



...

- Muż jaki! - krzyknęła Prvica. Bjolf Ulfson również dostrzegł nieznajomego przy zbiegu strumieni. Cała grupa zatrzymała się.

Leoncoeur - 2012-12-01, 19:46

Freyvind Lennartsson nie wstrzyma� kroku zwalniaj�c go jednak krztyn�. Szybkim spojrzeniem omi�t� towarzystwo znajduj�c je przyjaznym. Nawet widok barczystego i uzbrojonego krasnoluda o wnikliwym spojrzeniu spod mocno zarysowanych brwi nie zniszczy�y tego wra�enia, gdy� grupka ledwo odzianych m�odych dziewoi widokiem by�a przyjaznym zasadniczo zawsze i wsz�dzie. Zdecydowanie za� przyjemniejszym ni� gobliny. W my�lach po�a�owa�, �e dziewcz�t nie by�o siedem, bo a� prosi�o si� o por�wnanie do starej ba�ni. Krasnolud i siedem dziewuch...

- (...)netami...
Z dala ku mnie pewnie bierzy!
Z dala ku mnie pewnie bierzy!
I samotno�� m� u�mierzy...
I samotno�� m� usmierzy...
- zanuci� zr�cznie moduluj�c powt�rzenia jakie sam musia� czyni�, nie pozwalaj�c by pie�� umilk�a urwana przez dziewcz�ta na widok podr��nika.

Freyvind leniwym ruchem wsun�� miecz pod pach� daj�c tym do zrozumienia, �e nie my�li o jego u�yciu. Zatrzyma� si� nie mniej ni� tuzin krok�w od najbli�szej z dziewczyn i z lekkim u�miechem zacz�� skuba� ko�c�wk� warkoczyka na swej brodzie.
- Witajcie nadobne panny, a i ty krasnoludzie przyjmij dobre s�owo powitania. �mia�o�� m� wybaczcie (o co was prosz�), ale... Zb�je jakowe� was napad�y? - rzek� w ko�cu wymownie patrz�c na poturbowane towarzystwo, rany dziewcz�t i poszarpane giez�a, spod kt�rych nie omieszka� dyskretnie poszuka� wzrokiem co przyjemniejszych ciekawostek.

Amon - 2012-12-01, 21:57

Veverka Grybovna, jedna z tych niewiast które w zasadzie odziane były już tylko w kawałek szmaty, przytrzymywanej nieustannie rękami podeszła do Treczy Prstkovnej, stanęła na palcach i wyszeptała do ucha wyższej od siebie dziewczyny:
- Trecza? odkudy Prvica znala że kralevicz ide k nam? Trecza wysyczała do dziewczyny:
- glupa jesi Veverka, glupa jak vse Gryby, to ne kralevicz a nasilnik. - Przerażona Veverka jęknęła i szybko zatkała sobie usta obiema dłońmi. Gdy to uczyniła materiał zsunął się z niej i upadł na ziemię, oczy dziewczyny zrobiły sie wielkie a policzki czerwone, padła na kolana desperacko owijając się w gałgany. Cztery Prstkovny wybuchły szyderczym śmiechem, Trecza wzieła się pod boki, doskonały humor sprawił że całkiem zapomniała o podbitych oczach.
- Vidite devy! za to Grybov tak mnogo! tolko muża vidi uże se razdeva! Veverka zaczeła łkać i coś tłumaczyć ale jej rozzłoszczone krewniaczki wzieły sprawy w swoje ręce. Pestka Grybovna złapała swoją siostrę za włosy i energicznie podniosła do góry.
- Ty bezstydna ty! Otcu styd rabisz! - zaczęła lać bogom ducha winną dziewczynę otwartą ręką po twarzy. Trecza aż się zaksztusiła ze śmiechu:
- To vy otcov znate? - Cztery Prstkovny i trzy Kazmirovny śmiały się głośno, nastroje wśród Grybovien były dalekie od obtymizmu, Pestka wygladała jakby za chwilę miała przemienić się w wilkołaka rozrywając przy tym swoje ludzkie ciało, Veverka ryczała, pozostałe Grybovny reprezentowały słabsze wersje swoich dwóch siostr: jedne ze spuszczonymi głowami stały jak cielenta, inne coraz mocniej zaciskały pięści. Prvica przerwała przedstawienie:
- Dost! govorite tuczas jak tamte goblynce do Czrvenicy! dziewczynom momentalnie zeszły uśmiechy z twarzy gdy wyobraziły sobie sytuacje.
- A vy Gryby! - Prvica zwróciła się przedstawicielek największego rodu - Dobrejszej se obranijte ibo uże jednoju vaszu sestre goblynce tuczas rasprostranajut! - Pestka puściła swoją krewniaczkę i nawet pomogła jej wstać i okryć się.

Horus - 2012-12-02, 12:30

Krasnolud mruknął z niezadowolenia, obserwując kolejną odsłonę babskiej wojny. I westchnął z ulgą gdy Prvica zdusiła konflikt w zalążku. Przeniósł swój wzrok na northmana i uśmiechnął się kącikami ust, gładząc gruby warkocz brody.
- Słowa wasze, człeku, przyjmuję - odparł głosem tubalnym, poważnym z pozoru jeno; przebrzmiewała w nim wyraźna nuta rozbawienia, nuta serdeczna - A i śmiałość wybaczam. Daleko od domu przywiał was wiatr zachodni. Rad bym posłuchać, jakie wieści przynosicie, ale ruszać nam trzeba czym prędzej do siedzib ludzkich. Gobliny dziewki okrutnie poraniły, jedną uprowadzając. W dom odprowadzić je muszę.
Uniósł brew prawą, błyskając błękitem tęczówki. Badał nieznajomego uważnie, śledząc jego reakcje. Swobodnie oparł się ciężko o drzewce rohatyny pokazując, że i on złych zamiarów nie ma.

Leoncoeur - 2012-12-02, 13:33

- Wieści jak to wieści, nie zawsze dobre są. Bandytów śladem szedłem alem ich zgubił już kilka dni temu - mruknął Northman zbliżając się i stając między krasnoludem a dziewuchami.
- Myślałem, że to oni was napadli, ale jak gobliny... - Poskrobał się po brodzie jakby się nad czymś namyślając. W końcu wbił miecz w ziemię i ściągnął sakwę i płaszcz.
- Lepiej nawet że to gobliny, oj lepiej. - dodał zbliżając się do Veverki. Dziewczyna jakby chciała rzucić się do ucieczki, lecz powstrzymał ją delikatnym dotknięciem i zarzucił jej płaszcz na ramiona. Otarł lekkim ruchem łzy z zaryczanej twarzy.

Krasnolud milczał bacznie go obserwując, Freyvind uniósł kąciki ust wciąż zwracając się do niego.
- W dom odprowadzić to wiadomo, ale i pomóc by się zdało. Może tam kto w ich wsi tropić umie to może da się dziewczynę zratować nim zamęczą. Ja tu po bezdrożach już za długo wędruje by ciepłą strawę i odpoczynek przy ciepłym zapiecku przegapić. - Northamn przeniósł wzrok na dziewczęta. - Otce vaszu stravy i gosciny nie odmovią jak kto na pomoc sestry vaszu hodit budie? - odezwał się starając się naśladować akcent i zasłyszane słownictwo, tu i w czasie kilku spotkań z tutejszymi w ciągu ostatnich dni. Skutek był raczej mierny i zabawny.

- I co to na litość bogów jest "nasilnik". - zwrócił się ni to do Krasnoluda ni to to dziewczyn na powrót zakładając sakwę na plecy i jak wprzódy kładąc ostrze miecza na ramieniu

Horus - 2012-12-02, 14:09

- Najemnik, jak mniemam - odparł, ubawiony, na otwarte pytanie człowieka - ale to żaden pewnik. Słuch i intuicja ledwie. Księciem, wszelako, nie jesteście na pewno.
Poprawił i on wór podróżny na plecach i ciężki zwój zrolowanych niedźwiedzich futer. Gestem zaprosił człeka do wspólnego marszu, samemu ruszając z wolna a wprzódy upewniwszy się, że Prvica prowadzi obok, a reszta dziewcząt zań podąża.

- Bystrzyście - kontynuował, uważnie lustrując mijaną okolicę - I słusznie wyłowiliście, że jedna z dziewcząt przepadła. Byłem przy tym, trop miałem najświeższy z możliwych. Wiatr nawet nie rozniósł jeszcze krzyków... Ale coś mnie wstrzymało.
Dalszy fragment skwitował milczeniem, splunąwszy siarczyście juchą.
- Dwa gobliny, wiódł ich większy, hobgoblin - ciągnął z wolna, hucząc basem - Później ostał się już tylko ten ostatni, ale zbiegł w knieje z białogłową na ramieniu... Cóż, mój nieznajomy człeku, słusznie byłoby ruszyć w pogoń, na gwałt i krzywdę się nie godzić.
Milczał dłuższą chwilę, nie poświęcając na pozór uwagi nikomu, nim odezwał się znowu, krótko, cicho, niesłyszalnie niemal:
- Ktoś musi.

Amon - 2012-12-02, 16:06

Veverka zapomniała o płaczu jeszcze zanim ostatnie łzy skapały z jej czeronej twarzy, Kmiecie córy były bardziej twarde niż miękkie, nawet te młode.
Hvala vam velmidobry Pane! - skłoniła zawstydzoną głowę.

Osmica, najmłodsza z Kazmirovien Przekrzywiła głowę na pytanie Freyrvinda Lennartsona
- Toto gostiny nikto jeszte nikomu nikda ne odmietnul! - wyrwalo jej się jakby mężczyzna wypowiedział jakieś tabu. Prvica odgoniła ruchem ręki młodszą siostrę
- Ano ne odmietnul i ne bude odmietnut, ibo "gost v dome, czlovek li inojaki, bogom jednaki".
Hej! - odpowiedziały chóralnie niewiasty.

na pytanie o nasilnika dziewczyny nie odpowiedziały, tylko Pestka coś tam pod nosem mamrotała z kpiną że "vsy kazmirovy je nasilnik" tym razem Prvicy ze złości cała krew odpłynęła z ciała, ale jakoś znalazła siły żeby nie zareagować.

Droga była już bardzo krótka. Gdy tylko grupa opuściła las i wbiegła na rozległą łąkę, na ktorej widać już było w oddali inwentarz, dziewczynom puściły ostatecznie nerwy.

- Czrvenice poryvali!

- goblynce poryvali Czrvenice!

- goblynce!

- Grybovne poryvali!



wszystkiemu oczywiście towarzyszył niewieści szloch i pisk.

Niewiasty wyprzedziły Bjolfa i Freyrvinda, pastuchowie i pastuchy wybiegli im na przeciw. Dziewczyny rzuciły im się na ramiona, każda gadała jedna przez drugą co powodowało niemały chaos, Kilku rosłych mężczyzn szło już z ponurymi minami w kierunku krasnoluda i northmana, ale przytomna Prvica zatrzymała ich tłumacząc pobierznie sytuację.

Gromada dobiegła do zaprzęgniętych w woły wozów, wszystkie dziewczyny oraz towarzyszącyh im Bjolfa i Freyrvinda na nie wsadzono. Szybko zajechali na główny skwer Polany. Do tej pory prawdopodobnie już cała wieś wiedziała co się stało, przekazywane z ust do ust imformacje rozprzestrzeniały się momentalnie.

Kiedy wszyscy zeszli z wozów większością dziewczyn zajeli się najbliżsi i powiedli je do domów. Jedynie Prvicę, Treczę, Prstkę oraz krasnoluda i northmana powiedziono natychmiast do domu wójta.

Dom Kazmirów był ogromną chatą z bali. Grupa weszła do wielkiej izby, w środku było trzech mężczyzn ubranych w sukmany. Najstarszy i najwiękrzy z nich miał białe sięgające szyi włosy i równie białe długie wąsy. nie było na jego ciele najmniejszego miejsca gdzie skóra nie była by pomarszczona. Gdyby męzczyna był krasnoludem, Bjolf bez kozery dał by mu czterysta wiosen. Ani krasnolud, ani northman nikdy nie widzieli człowieka który wyglądał by tak staro a do tego tak silnie. Sukmana mężczyzny była kmiecia, lecz bogata, dominowała w niej czerwień i błękit. Oczy mężczyzny były szare i zimne. Towarzyszący mu mężczyźni byli ubrani lepiej niż jakikolwiek z mijanych wcześniej w Polanie wieśniaków ale nie tak dostojnie jak szarooki, musieli też być młodsi gdyż ich włosy były jedynie siwe. Pestka bodbiegła do barczystego kmiecia z długą brodą, ubranego w białą sukmanę z czerwonym wykończeniem.
- Tatko! - pisknęła dziewczyna kiedy wtuliła się w jego rozległe ciało. męczyna obiął ją i podniósł wysoko do góry. Trecza podeszła do najniższego z mężczyzn, ubranego w zieloną sukmanę ozdobioną pasem ze złotą klamrą.
- Stryjku! - zawołała, mężczyna uśmiechnął się życzliwie i przytulił dziewczynę.
Prvica ze spuszczoną głową stanęła przed szarookim.
- Otce. - prawie wyszeptała Prvica. Mężczyzna wzią w swoją dłoń twarz dziewczyny i przekrzywił ją tak by mógł spojżeć jej w oczy.
W następnych kilku minutach Prvica opowiedziało co się stało, mężczyźni byli wyjątkowo niezadowoleni z bójki jaka wybuchła między dziewczynami. Pestka i Trecza dopowiadały też jakieś szczegóły których Prvica nie zapamiętała albo nie dostrzegła.
Kiedy opowieść dobiegła końca, szarooki przeniosł wzrok na Bjolfa i Freyrvinda.
- Vitajte v moim domu dobry karle i ty dobry mużu. - Kmieć zwracał się do mężczyzn bardziej zrozumiałą odmianą wspólszczyzny.
- Jestem Jan Kazmir, vojt Polany, a ti tu mużove to Bolek Gryb i Slavek Prst - czlonkove rady. - mężczyżni skineli głowami.
- Vedte, że jeste tuczas, mojimi gostmi. A vy karle, że krvi ne żaloval dla naszyh doczer, Ty prosi czo ty dumasz a my jak mamy to damy.

Dziewczynom wreszcie pozwolono się oddalić, Meżczyźni zasiedli do wielkiego stołu, kobiety przyniosły dla cudzoziemców chleba, sera i kiełbasy oraz kwasu chlebowego i mleka do popitki.
Zanim ktokolwiek sięgnął po jedzenie Jan zmówił modlitwę:
- Blagoslovjeny bud Silvanuse, że nam pozvalasz z lesu żit. Blagoslovjena bud Jannath, że nam pozvalasz z zjemi żit. Blagoslovjeny bud Talose Gromovladny, moczny ty, lituj se, ne bij v domy i stodoly nasze, Blagoslovjeny bud Malar, lituj se, ne poslaj volkov na nas, Blogoslovjeny budte vejake bogi i boginki czo my vaszih imen ne znamo... - Jan zerknął w przelocie na swoich gości. - Blagoslovjene budte jednako bogi karlov czo v jaskinah temnyh zivu.

Horus - 2012-12-02, 18:28

Ulfson odczekał, aż starzec skończył modlitwę, skinął dziękczynnie głową na wspomnienie o krasnoludzkich bogach i odezwał się pierwszy:
- Dzięki wam, gospodarzu - odparł z szacunkiem - Wszystko niemalże, czego dusza moja żąda mam. A to, czego jej nie staje już od was dostałem.
Przysunął sobie półmisek z chlebem, sięgnął po jeden z bochnów, przełamał go i wciągnął nozdrzami rozkoszny zapach świeżego pieczywa... Nie czuł go od miesięcy. Nie zdecydował się jednak jeszcze za zaspokojenie głodu. Łyknął za to solidny haust kwasu chlebowego, nim ozwał się znowu:
- Sprawa nie cierpi zwłoki. Znam północne ostępy Narfell i pogranicze z Wielką Doliną; bywałem tu przed laty, by handlować z ludźmi, nie pamiętam jednak, bym odwiedzał już wcześniej Polanę. Nie należę jednak do mężów, którzy prędką zapominają ścieżki, którymi kroczą. Zdołam, nawet samotnie, wrócić nad strumień w miejscu, gdzie jedną z waszych cór zawiedziono w knieje na mękę i śmierć. Słów na wiatr nie rzucam - zrobię więc, co rzekłem. W waszej jednak mocy decyzja o tym, jakie kroki podjąć. Nim ruszę, muszę się posilić. Pokaleczonym jedynie, pomocy mi nie trzeba. Prowiant, za to, zda się.

Amon - 2012-12-02, 20:29

Po obrośniętym siwą brodą policzku Bolka Gryba spłynęła łza, kmieć prędko otarł ją swoją olbrzymią włochatą ręką. Stary Jan obiął bratersko ramieniem siedzącego po jego lewej stronie Bolka i potrząsnął nim pokrzepiająco. Sziedzący na prawo od wójta Slavek Prst pokręcił w uznaniu głową:
- Jeste velko czestny muż karle. - Jan Kazmir przytaknął:
- Pravda - spojrzał na Bolka - Czo budesz molvit Grybe? Bolek zwrócił się do krasnoluda.
- Rad jestem, że hotete czestny karle moju doczere odskoczit. Hvala vam za to. Treba jeno vam znat, że verojetno goblynce jej ne budut ubit. U goblyncov żen velmi malo, oni zivu v gorah, zimno, jedat ne ma czo. Jak nejake detincze bude preżit to verojetno hlapec. Moje doczery silne... - Bolko zakrył twarz dłońmi i zapłakał cicho. Wójt westchnął:
Ano ano, od togo tam vasza doczera Grybe verojetno ne umre. Za to nasze syny tam v lesah verojetno tak. My ne voje, my kmete.
- Sut tam jeszte vedmy... Wtrącił Slavko, kazmir spojrzał na niego z kamienną miną ale wyjaśnił:
- Myslal że ne musim o tom govorit Prst! - przeniósł z powrotem wzrok na cudzoziemców - Ale pravda, sut i vedmy czo mużov lovijut, mużov mladyh, mużov silnyh i czestnyh. Wójt pokiwał glową:
Ale vy voje, jesli vy hotete doczere Grybov odskoczit - odnajdnut my budem najszczetlivsze! My damy czo vam treba do dragi!

Leoncoeur - 2012-12-02, 23:17

Freyvind nie włączał się wcześniej w rozmowę, posilając się łapczywie, bo była to bodaj pierwsza ciepła i domowa strawa jaka w ustach miał od miesiąca. Słuchał jednak bacznie przenosząc wzrok z krasnoluda na Kazmira nie uraniając nawet słowa.
- Vedmy to vedmy. Srogie baby ale jak przez łeb żelazem taka ubit to po vedme. Doczere Grybov rychlo odskoczit trzeba. Czy my voje czy ne voje, mus jest. Probowac chocby. - odezwał się w końcu ocierając dłonią usta po skończonym posiłku.
- Dajte tedy silne i bystre syny co po lesie trop odnajdut i las im znany. Co możem - zrobim. Na pohybel goblyncom co krasavice poryvajut. Ino rychlo, bo Grybova doczera im dłużej tam u nich siedzi tym... - urwał. - Chocby teraz gotovym ruszać, czekac na co nie ma.

Horus - 2012-12-03, 00:33

- Góry, rzekliście... - odrzekł Ulfson, długo przyglądając się Northmanowi, choć pytanie kierował do Bolka Gryba - Góry Gigantycznych Iglic na północ od lasów Rawlinswood? Znam ja te ziemie, polowałem tam. W istocie, po synach waszych, choć czestni i silni, pożytku nie będzie. Nawet wiosną śniegi tam nie ustępują, a i ścieżki wciąż się zmieniają. Las już przemierzałem, przemierzę go i teraz.
Tym razem bez kozery już sięgnął po miskę z kiełbasą i ugryzł solidny kęs, przepijając go kwasem.
- Dajcie nam prowiantu suchego a mocno uwędzonego mięsa i sera. Napitku a wody takoż, zdaje mi się, nam nie zbywa. Synów ostawcie, tu bardziej się przydadzą. Chyba, że mój towarzysz zdania owego nie podziela... Przeznaczenie - rzecz jednako człeku i krasnoludowi pisana. Bogowie zechcą, zwierz flaki nasze po leśnych ostępach rozwlecze; zechcą inaczej, z dońką waszą powrócimy.
Skończył, całkowicie niemal oddając się pochłanianiu mięsiw i sera.
- Jeszcze jedno, panowie gospodarze, urobek zeszłej zimy chcę spieniężyć - dodał, pomiędzy kęsami, wskazując nadgryzioną kiełbasą na zwój niedźwiedzich skór, które chcąc, nie chcąc, przywlókł ze sobą do izby - Na gotowiźnie mi nie zależy, ale w trakt ich ze sobą nie zabiorę. Rozliczym się po powrocie. Jeno kożuch mój potrzebny i dzban z wodą ciepłą bo radbym jeszcze przed drogą z juchy się opłukać. Co rzekniecie?

Amon - 2012-12-03, 15:39

Bolko Gryb, ojciec Czrvenicy, otarł łzy i zwrócił się serdecznie do cudzoziemców.
- Hvala vam dobre Pany, hvala. Wójt zawtórował
- Hvala. A o pożiviatiny se ne trapte, dam osla dobrego i silnego. Vsetko nest bude.
Slavko Prst obejżał skóry:
- Pekne koże, dam 5sz. - Wójt parsknął:
- A ja dam 7 - Slavko pogodził się z przegraną.

Leoncoeur - 2012-12-03, 17:54

Freyvind uśmiechnął się lekko widząc te targi.
- Tedy osła szykujcie. Wnet wyruszymy. Ja na zewnątrz poczekam.
Wziął miecz i sakwę, po czym skierował się ku wyjściu by w oczekiwaniu porozglądać się ciekawie po niewielkiej acz malowniczo położonej wiosce.

Amon - 2012-12-03, 20:26

Kiedy Freyvind wyszedł na zewnątrz, miał w końcu okazję lepiej przyjżeć się Polanie.


Wioska mogła liczyć z trzysta dusz, nie wychodził z niej żaden trakt li droga, jedynie wąskie leśne ścieżki. Miejscowa ludność była całkiem odizolowana. Życie toczyło wokół pracy na polu, przy wypasie trzody i oporządzaniu gospodarstwa. W Polanie był też młyn i mała kuźnia. Miejscowi byli wielce zainteresowani cudzoziemcami, bez wyjątku na wiek, do tego gdziekolwiek krasnolud czy northman by nie poszli, biegł za nim wianuszek wiejskich dzieci. Wioska zawdzięczała swoją nazwę położeniu, las roztaczał się w każdym kierunku. Mężczyźni dowiedzieli się ze istnieje jeszcze kilka wiosek-polan w tej okolicy, jednak trudno było wywnioskować gdzie dokladnie, "tam" towarzyszące wskazaniu jednego z czterech kierunków było najczęstszą odpowiedzią.

Oczywiście zarówno Bjolf jak i Freyvind odzyskali swoje ubranie, dostali też conajmniej po całusie od każdej z młodych niewiast które przyprowadzili do wsi, a także od ich starszych sióstr, ciotek, matek i babek (co niekoniecznie było takie przyjemne ale widać było że płynie to z życzliwości.) Dostal iteż masę rad i przestróg oraz kilka talizmanów "na wiedźmy".
Zasadniczo z tego co ludzie z Polany mówili las do wiedźm należy, z wiedźmą w zatarg wejść dobrze się raczej nie skończy, zazwyczaj trzeba zrobić to czego wiedźma żąda.

Słońce wskazywało na południe, kiedy osiołek z prowiantem był gotowy do drogi, wiejski orszak z wojtem na czele odprowadził poszukiwaczy przygód na skraj lasu, przy ścieżce prowadzącej w górę strumienia, do miejsca gdzie dzisejszym rankiem hobgoblin porwał córkę Grzybów.

Horus - 2012-12-03, 21:29

Krasnolud posłał porozumiewawcze spojrzenie Northmanowi, po czym zwrócił oblicze ku ludziom z wioski:
- Knieja wzywa, dobrzy ludzie - rzucił z lekkim uśmiechem - Wyglądajcie naszego powrotu. Bogom slava!
Skłonił się, obrócił na pięcie, chwycił osła za uzdę i poprowadził go w las. Szedł nieśpieszno, bacząc na ślady, które starał się zapamiętać w drodze do Polany i nucił wolniej jeszcze:

We mnie płonie tylko w wolność wiara
W ten spokojny i najprostszy szlak;
To jest główna życia mego miara
Cały cyrklem nakreślony znak...


Niskie, przeciągłe nury rozpływały się na wietrze, jak babie lato.

Leoncoeur - 2012-12-04, 09:16

Idąc obok krasnoluda Northman ciekawie wsłuchiwał się w pieśń nie przerywając towarzyszowi.
- Wciąż zastanawiam się czy my dobrze robimy - mruknął gdy niski śpiew umilkł. - Dziewce należy się pomoc i kiep każdy kto jej by odmówił gdy przez gobliny porwana została, ale tu już nie z goblińcami sprawa idzie. Ech jakbym ja wiedział o tych "vedmach" wcześniej...

Pokręcił głową i przesunął wzrokiem po ścianie lasu przesuwającej się w czasie wędrówki w górę strumienia.
- Cięższa przeprawa może nas czekać niż się spodziewaliśmy. Są jak wiadomo "vedmy" co jeno jako starowinki po lesie zioła dla wsi ważą, ale przecież są i takie co jak magią przygrzmocą to i nie ma co zbierać. - rzekł znów po chwili. - Polegać tedy na sobie przyjdzie, a wiem to, że ciężko na kimś polegać gdy nawet imienia się jego nie zna. Jestem Freyvind Lennartsson z brzegów Jotunspine na Norheim z wysp Moonshae, wśród moich zwą mnie "Vandræðaskáld", ale często wśród kamratów z krótka: "Frey".

Horus - 2012-12-04, 18:28

- Freyvind, Frey - krasnolud powtórzył za Northmanem z lekkim, serdecznym uśmiechem - Myślisz, że twoje imię narzuciło ci tę drogę, czy to ty sam nadajesz mu znaczenie?
Nie wydawało się, by Bjolf oczekiwał odpowiedzi. Powiódł wzrokiem po linii drzew w ślad za towarzyszem (a może baczył dalej, przez nie i daleko po za?) i milczał krótką chwilę, nim jął kontynuować:
- Jestem Bjolf Ulfson, choć miano krasnoluda zdradza tyle tylko, ile właściciel sam zdradzić zechce. Znam waszą kulturę, śpiewałem wasze sagi. Dziad mój wiele czasu spędzonego wśród ludzi poświęcił Northmanom na zachodnim wybrzeżu. Urodziłem się w górach Grzbietu Świata, alem już dawno je opuścił. Duchem, być może, jesteśmy równi, czas inaczej jednak rządzi naszymi ludami.
Oderwał wzrok od drzew i znów skupił go na wnikliwym badaniu otoczenia. Oddychał miarowo, wciągając głęboko do płuc cieplejsze już, bo południowe, powietrze. Suta strawa przywróciła mu nadwątlone siły.
- Co do wiedźm - rzekł znów - Prawda to. Kmiecie nie bez powodu w języki się gryźli. Są takie, co porody po wioskach odbierają, ludzi Sztuką i ziołami leczą. Ale są i gorsze, znacznie gorsze. Ani mój, ani twój język tego zła nie odda. Spróbujemy ukryć się przed ich wzrokiem, chociaż z naszym czworonogiem może być trudniej... Dziewce wszakże pomóc trzeba. Na moich oczach ją wzięli, więc oczy moje będą ją pamiętać. Jeśli nie spróbuję, tedy snu już nie zaznam.

Leoncoeur - 2012-12-04, 20:13

- Patrzcie no tylko! - zawołał z udawanym nieźle zdziwieniem. - Raz przez chwilę dziewkę ujrzał i już snu bez niej nie zazna. Ot kochliwyś Bjornie. - zarechotał, ale bez złośliwości.
- Choć jakże cię rozumiem. Dawno z babą żadną nie ległem, tedy po dzisiejszym przedstawieniu jakem się na was natknął, też szybko nie usnę. - mrugnął porozumiewawczo dla zaznaczenia że swych słów sam nie bierze na poważnie.

- Przeznaczeniu nie uciekniesz - dodał już bez krotochwili - Norn nie oszukasz. Nawet jednak jak przeznaczenie nasze określone, to co z tego jeśli go nie znamy? Wtedy czy los jakiś komu dany czy też samemu go okreslać można - na jedno wychodzi, nam i tak nie wiedzieć co przyniesie jutro.

Horus - 2012-12-04, 21:19

Krasnolud śmiał się długo, basem zgęszczonym, pełnym. Śmiech obu mężczyzn dudnił i szerzył się po kniei, a las odhukiwał po swojemu. Kogoś, kto nie wiedział nic o zbliżających się przechodniach, śmiech ten mógł przepełnić lękiem. Może to i dobrze. Dzień, jak dumał Bjolf, wyczerpał już swój limit przyjaznych spotkań...
- Northman jesteś, Freyu - odrzekł, opanowawszy się nieco - Z krasnoludzkim ludem winieneś być obyty. Wiesz tedy, że my w skałach i kamieniu jeno się kochamy, a dzieci nasze z górskich rozpadlin się rodzą... Przeznaczenie zaś rzecz nam dana, ale nie poznaniu, prawda to. Na ten moment możemy podumać lysze, czy o zmroku zaryzykujemy ogniskiem, czy zadowolimy się lulką i gąsiorkiem wina. Ogień zwierza odgoni, ale i gobliny na łeb ściągnąć może. Weź tu, człeku, dolę swą odgadnij...

Leoncoeur - 2012-12-04, 21:42

Freywind wzruszył ramionami.
- Ślad plugawstwa znajdziemy to ogień nie potrzebny i owszem, po co ma nas ktoś wyśledzić za blaskiem podążając. Gdyby jednak trop nam się zgubił, to nawet lepiej jak gobliny na łeb płomień nam ściągnie, bo jakże inaczej ich szukać by dziekę odbić.

Amon - 2012-12-05, 00:24

Dwójka z łatwością dotarła do miejsca gdzie Bjolf dostał się pod gobliński ostrzał. I choć minęło zaledwie pół dnia, niewiele już zostało z trucheł dwóch poległych tego poranka goblinów. Mężczyźni ruszyli w kierunku w którym hobgoblin oddalił się z Grzybówną. Bjolfowi udało się znaleźć trop: połamane gałęzie, ślady podeszw, strzępy lnianej koszuli. Szli kilka godzin i cienista buczyna stawała się ciemną buczyną.

Wtedy wyszli nad brzeg małęgo jeziorka, na końcu wąskiego pówysepku rósł stary modrzew, a na jego rozłorzystych konarach wisiało siedem goblińskich ciał. Zwisały głowami w dół, przywiązane za kostki do gałęzi grubym sznurem. Jamy brzuszne były otwarte a kapiąca wciąż krew spływała do jeziorka.

Juczny osiołek był tak wystraszony że Freywind i Bjolf musieli go ciągnąć razem, ale kiedy w końcu zwierze zdecydowało się stanąć - to już stało... . Na niebie świecił księżczyc.

Leoncoeur - 2012-12-05, 00:38

- Ostre mają dziouchy na tej Polanie - mruknął Freywind, choć bez faktycznego przekonania że to porwana tak zmasakrowała porywaczy. - Ktokolwiek ich tak urządził sojusznikiem może się zdawać, ale byłem na grobach takich co w podobnych sytuacjach tak pochopnie myśleli.

Przez chwile przypatrywał się gblinom malowniczo dekorującym modrzew, oraz okolicy. Wytężył oczy wpatrując się w jeziorko, choć księżyc jedynie za światło służący nie ułatwiał tego zadania.
- Ciemno już, a tego nicponia co się kopytami zaparł na plecy przecież nie weźmiem. Oddalmy się niewielki kawałek od tych truchł i rozbijmy obóz, dalej już nie pójdziemy a może ten kto ich załatwił się pokaże.

Northman pokręcił głową.
- Choc na tyłek Freyi... coś mi mówi, że możemy nie ucieszyć się ze spotkania - skrzywił się lekko. - Ognia bym proponował nie palić, los czy przeznaczenie... złego lepiej nie kusić, a hobgoblina wśród zabitych nie ma, tedy jak spokojnie odpoczniemy to może rano dalszy ślad znajdziemy gdzie z branką umknął.

Horus - 2012-12-06, 18:57

- W taką ciemnicę i tak nie znajdę tropów bez ognia - odparł krasnolud, kiwając głową - Miesiąc lśni na niebie, ale w głębi kniei znów ocienią nas drzewa. Hobgoblin, los pozwoli, może znajdzie się nieco dalej... To jednak oznaczałoby, że i dziewka żywota tu dopełniła. Przyjdzie brzask, rozwieje mroki i nasze domniemania. Poszukam miejsca na postój, a Ty przejrzyj kmiecie juki. Dobrze zwiedzieć się, czym dysponujemy.
Jak rzekł, tak zrobił. Szukał blisko, nie dalej, niż kilkadziesiąt kroków od półwyspu, a jednak na tyle daleko, by mieć całą linię brzegową na oku i smród goblińskich wnętrzności na tyle daleko, by poslilić się bez mdłości. Wrzośćcowa fajka w kieszeni kożucha korciła go coraz mocniej, a na zew jabłkowego fajkowego ziela coraz trudniej było pozostawać głuchym.

Leoncoeur - 2012-12-06, 20:01

W jukach znalazły się specjały które wywołały szeroki uśmiech na twarzy Northmana. Zamruczał z rozkoszą wyciągając przygotowany prowiant.
Osioł nie chciał się rzecz jasna przesunąć toteż Freywind postanowił załatwić drania podstępem. Oddalił się od upartego bydlaka na kilka kroków i pozwolił by w oślim łbie zaświtała ostrzegawcza myśl iż jego ośli żywot jest sam w ciemnej kniei obok trucheł goblińskich a najbliższy przedstawiciel przyjaznych dwunogów jest kilka metrów dalej. Zwierze powoli kopyto za kopytem zbliżyło się do Northmana, a ten powtórzył motyw jeszcze kilka razy aby w ten sposób doprowadzić osła w miejsce obrane przez krasnoluda. Posilał się przy tym pętem kiełbasy i ostygłym już ale świeżym chlebem.
- Trzymaj - rzucił krasnoludowi juk z żarciem z Polany, po czym zajął się zdejmowaniem drugiego ze zwierzęcia, oraz uwiązaniem go do młodego jaworu.
- Miałem kiedyś kompana - mruczał przy tej czynności. - Zwał się Matt i uparty był jak ty huncwocie, niechaj ci będzie Matt od tej pory, głupio byłoby aby wilki zjadły cię bezimiennego, co?
Osioł zrobił minę jakby odpowiadanie na takie sugestie było poniżej jego godności.

- Jeżeli ci nie wadzi, to zdrzemnąłbym się pierwszy, obudź mnie na północku to baczenie będę miał gdy ty snu zaznasz. - powiedział do Bjolfa posilającego się chłopską strawą.

Horus - 2012-12-08, 17:45

Wskazał Northmanowi miejsce blisko Matta, osłonięte ściółką i płaskie. Sam usiadł ciężko na zwalonym pniu nieopodal. Owinął się wełnianym kocem wyjętym ze swojego wora i zwrócił wzrok na przestrzeń w okół jeziorka. Skrzesał iskrę na ścinek kory brzozowej, którym odpalił nabitą fajkowym zielem fajkę. Szybko stłumił resztę ognia i puścił niewielki obłoczek jabłkowego dymu. Nie ryzykował. Ostatecznie, jeśli jakiś zapach, pośród feerii woni lasu, zwróci uwagę nieproszonych gości, będzie to zapach Matta.
Ognik fajki tlił się wewnątrz spracowanej dłoni młodego krasnoluda. Rozchylił lekko usta i nucił, niemalże mrucząc, melodię starej, wschodniej dumki, której tutejsze drzewa prawdopodobnie nie słyszały nigdy wcześniej...

Amon - 2012-12-08, 17:54

Gdy bohaterowie uraczyli się strawą i dymkiem, Freyvind przekręcił się na bok a Bjolf obiął pierwszą wartę. Northmanowi nie dane było jednak pospać długo i to nawet nie z powodu wściekłej komaryny, która kiedy tylko mężczyzna przestał palić rzuciła się na każdy nieosłoniety fragment jego skóry.

Głośny, kpiący i dziki niewieści śmiech sprawił że Freyvind otworzył swoje oczy szeroko, trudno mu było jednak ustalić kierunek z którego dobiegał śmiech. Jednak Bjolf, którego wzrok był bardziej wyczulony dostrzegł jakiś kształt i wskazał palcem koronę starego drzewa na którym wisiały goblińskie truchła.

Jeżeli northman miał jakieś wątpliwości, minęły one gdy głos, piękny i pewny siebie, podjął melodję:

Stari modrin odpoczival
V lese czrnom jak sen volka

Ja brodila s tvoju telom
Ja brodila let nekolka

omoczila ja gole nogi
v ostah i trave blotistoj

tvoje telo bolo legke
jak by to bol jeno duh tvoj

dvom oleńom zabludnym
vkusovala kora vonna

Ja polożilam te pri ozere
bylas gola i bezbranna

a vyzduh bol tolsty
spadali kapli rosi

ja kolenklam i ustami czesala tvoje vlasi
Ja slyszala volka vyte,

kdy dreva pokryli se mrakom
Ty otvarla raptom oczi, Ja ostavila te volkom!


Głos znów zaczął się dziko śmiać a mężczyźni usłyszeli w okół siebie warczenie, pierwszy wilk zaszarżował na northmana, drugi na krasnoluda.

Horus - 2012-12-08, 22:21

Bjolf wyrwał wbitą obok rohatynę, ucapił grube drzewce owinięte rzemieniem i wymierzył liściasty grot w szarżującego zwierza. Stał na lekko ugiętych, szeroko rozstawionych nogach, pozycję miał pewną i stabilną. Pieśń istoty na starym modrzewiu dała mu dosyć czasu, by mógł przygotować się na najgorsze. Włócznia ustawiona była horyzontalnie; gotowa do raptownego skoku przeciwnika, jak i ew. przygwożdżenia go do ziemi.
Leoncoeur - 2012-12-09, 10:14

Freyvind zerwał się z zaimprowizowanego posłania z mieczem w dłoni. Pierwsza senność odeszła w czasie wsłuchiwania się w pieśń brzmiącą melodyjnie z oszpeconego truchłami goblinów modrzewia, toteż atak wilka zastał go przytomnym.

Chwycił broń mocniej i stanął na szeroko rozstawionych nogach by ciąć wilczy pysk gdy zwierze znajdzie się w zasięgu ostrza gdy zwierz zaatakuje kierowany słowami istoty siedzącej na drzewie, lecz rozumiejąc sens piesni gdy tylko usłyszał wściekłe warczenie dochodzące z pomiędzy drzew rozpoczął własną.
Mocny i melodyjny głos rozbrzmiał gdy ucichło śpiewanie dochodzące z drzewa a wilki wychynęły z leśnych krzewow.
W lesie Wielkiej Doliny rozległa się pieśń "Odpoczynek Thóra", wyśpiewywana we wspólnym.

Spocząłem po podróży i znoju
pod Yggdrasil o gałęziach sięgających nieba.
Ratatosk nie dała mi spokoju
Szkodząc memu snowi którego mi wielce trzeba.

Podła wiewiórko, zwierze przewrotne
co orłu i Nidhoggowi za posłańca latasz.
Smiech jeno wzbudzą twe czyny psotne
w Ysgardzie, w Midgardr i wielu innych licznych światach.

Bo kto pod wiecznym drzewem zmęczony
po boju z gigantami w snu krainę wnet ruszy
Temu jest sen spokojny przeznaczony
jeno Ragnarok na znak Hejmdala niech go skruszy!


Pieśń niosła się nad brzegiem jeziora.
Wilki atakujące Freyvinda i Bjolfa były pierwszymi które ja usłyszały, bo też i do nich kierowana była pieśń northmańskiego skalda.

Amon - 2012-12-09, 21:09

Dwa wilki zawachały się i padły nieprzytomne mężczyznom do stóp. Ale bestii było oczywiście więcej. Jedna skoczyła na krasnoluda ale Bjolf ugodził ją w bok swoją włócznią. Wilk zawył głośno. Para innych krążyła w koło northmana tocząc pianę z pysków.
Horus - 2012-12-09, 23:46

Krasnolud przeskoczył na omdlałymi basiorami i stanął obok Northmana, uniemożliwiając pozostałym oflankowanie go. Ostrzegawczo powiódł grotem włóczni przed ich pyskami, lecz zrozumiał, że ten prosty sygnał doń nie dotrze. Wilki toczyły pianę z pysków, ale nie wyglądały na wściekłe; wściekłe wilki nie żyją w stadach. Ktoś lub coś z pomocą swoich guseł, Sztuki, bądź wiary przywiódł tu te zwierzęta i wysłał na zatracenie. Ten ktoś, lub coś, siedzi na starym modrzewiu ponad goblińskim ścierwem. Bjolf obrócił głowę w kierunek upiornego drzewa i zwrócił nań swą rohatynę. Długi, modulowany okrzyk krasnoluda, całkiem nieludzki, metaliczny, przeciął leśną głuszę. Mroki rozbłysnęły blaskiem - grot broni rozjarzył się światłem, którego promień poszybował ku wrażemu stworzeniu w koronie drzewa (Lanca Wiary).
Leoncoeur - 2012-12-10, 01:47

Freyvind przestał miotać się pomiędzy dwoma wilkami starającymi się go wymanewrować i stanął plecami do krasnoluda zapewniając tym obu bezpieczeństwo od ataku z tyłu.
Nie uderzał wściekłych zwierząt czekając na ich atak aby pchnąć lub ciąć w obronie gdyby któryś z wilków zdecydował się skoczyć..

- Odwołaj volky vedmo! My ne tvoje wrogi ale goblyncov! - zawołał głośno.

Amon - 2012-12-10, 21:08

Bohaterom, wilkom i połowie chyba lasu, dane było poznać, że promień przywołany pradawnym zawołaniem krasnoluda, trafił celu. Okrótnie wysoki babski pisk obudził wszystkie ptaki w okolicy. Jęk ciągnął się za opadającym, zaczepiającym przy tym o gałęzie, humadoidalnym kształcie urywając się gdy ciało plusneło w płytkie jeziorko. Woda zasyczała, do mężczyzn doleciał zapach popalonych włosów.

Kiedy wilki tylko posłyszały wiedżmi wrzask, natychmiast czmychnęły w las. Również dwa uśpione wcześniej nothmańską pieśnią zwierzęta postawiły uszy i ruszyły za towarzyszami. Nawet pchnięty przez krasnoulda basior, który wydawał się leżeć martwy, odkuśtykał skomląc żałośnie w zarośla.

Leoncoeur - 2012-12-11, 00:11

Wrzask, plusniecie i uchodzące wilki złożyły się w jedno. Krasnolud jak się okazało nie tykał się kompromisów, jak już walnął to po całości.

Freyvind upewniwszy się we względnym bezpieczeństwie związanym z rejteradą basiorów rzucił się w stronę jeziorka nie wypuszczając miecza z dłoni.
- Nie dobijaj! - zakrzyknął do Bjolfa na wszelki wypadek gdyby ten zechciał iśc na całość.
- Chłopi z polany mówili wprost: "vedmy" - dodał patrząc na toń jeziora wzburzona upadkiem osoby do tej pory rezydującej na modrzewiu.
- Nie jedna, "vedma". "Vedmy". One nam wrogami nie są, te ścierwa goblińskie to pewnie jej robota, a jak jedna przez nas szczeźnie to reszta nas z tego lasu nie puści żywcem.

Northman wbił miecz w ziemię i rzucił się w wodę by wyciągnąć trafioną przez krasnoluda.

Horus - 2012-12-11, 16:50

- *My* żyjemy! - Bjolf odrzekł warknięciem, podnosząc z ziemi jeden z odrzuconych w wirze walki oszczepów - Ona żyje. Niech tak zostanie. Wybacz, ale czasu na retorykę, ni na bierną obronę nie stało. A kto jest naszym wrogiem, tłumaczyć mi nie powinieneś.
Drzewce oszczepu zatrzeszczały pod żelaznym uchwytem prawej dłoni; rohatyna czekała w lewej, gotowa. Rzucił okiem na Matta, ale ostatecznie ruszył za skaldem, osłaniając jego plecy.
- Martwi nie mielibyśmy już żadnych zmartwień! - zawołał za mężczyzną brnącym ku jeziorku.

Amon - 2012-12-12, 19:39

Bjolf zdążył jeszcze wypatrzeć Matta. Osiołek ugrzązł podczas ucieczki w pobliskich chaszczach i raczej prędko się z tamtąd nie wyplącze jesli ktoś mu nie pomoże.

Woda w którą wszedł Freyvind była letnia, dno nierówne i muliste. Na powierzchni unosiło się do góry plecami ciało trafionej. Głowa i nogi pozostawały zakryte pod wodą, długie ręce pływały szeroko rozłożone. Wyglądało na to że postać nie ma na sobie żadnego ubrania. Freyvind był po kolana w wodzie gdy wyciągnął dłoń w stronę topielca. Kiedy tylko jego palce dotknęły jej skóry, wiedźma poderwała się jak piorunem trafiona. Księżyc odbijający się w tafli jeziorka dawał całkiem sporo światła. Wiedźma była bardzo chuda i wysoka, przewyższała northmana prawie o głowę, poza tym przypominała młodziutką ludzką kobietę. Jej ciało było nagie miała na sobie jedynie jakąś mistyczną biżuterię, amulety wykonane z drewna kamieni, kości, piór i futra. wisiały one na jej biodrach, na szyi i nadgarstkach. Jej ciało pozbawione był jakichkoliwek włosów w tym brwi. Wiedźma wrzasnęła złapała się za głowę i obmacała łysinę zawyła jeszcze głośniej. Gdy jej obie ręce znajdowały się w górze, widać było wyraźnie otwartą ranę między drobnymi piersiami.

Wtedy wiedźma spojrzała na Freyvinda, jej wielkie oczy błyszczały niemal tak jak księżyc. Jej dłonie wystrzeliły do przodu powalając northmana na bok, kobieta przeskoczyła nad nim tylko po to by zatrzymać się przed wymierzonym w jej twarz grotem Bjolfowej włóczni. Wiedźma jęknęła w przerażeniu i cofnęła się do tyłu... lądując na Freyvindzie.

Leoncoeur - 2012-12-12, 20:56

Przewrócony przez kobietę powstał ociekając woda i prychając nią... tylko po to by znów wylądować w płytkim jeziorku gdy wiedźma przewróciła go cofając się znienacka.

Freyvind zaklął coś w northmańskim i ustawiając się przodem do jej pleców szybko sięgnął ku nagim ramionom dziewczyny unieruchamiając je i nie dając jej okazji na kolejne ekscesy. Szarpała się jednak taplając się w wodzie i kręcąc głową. Gdy przez chwilę ujrzał jej oblicze w oczach zobaczył ból i przerażenie, uspokajające słowa zamarły mu w ustach. Ciężko przezwyciężyć panikę zwykłymi słowy.

- Suttunga córo o przepastnych oczach
od Midgardr po Alfheim niech sławią twe imię.
Jam z Asów najpierwszy, o najwyższych mocach
urokiem twym pokonan dziś hołdy ci czynię.

Córo olbrzymów, dziś wrogość im odkładam
za uśmiech twój w Hellheim gotowym skoczyć.
Dziś runy zaklinam, byś była mi rada
jak ja tobie, daj ty mi się zauroczyć.


Skald sączył cicho w jej ucho "Pieśń o Odynie i Gunnlod", mając nadzieję iż na przerażoną i spanikowaną kobietę jej starożytna moc podziała łatwiej niżby czynił to względem skupionej i przygotowanej na urok wiedźmy.

Amon - 2012-12-12, 22:00

Wiedżma mimo obrażeń pozostawała wciąż groźnym zapaśnikiem i gdyby Freyvind nie podjął pieśni, sprawy mogły by potoczyc sie dla niego tragicznie. Wraz z melodią ciało wiedźmy zaczeło się odprężać, przestała stawiać opór. Jej ruchy stały się faliste, wężowe, jej nagie kształty idealnie przylegały do mokrego ubrania northmana. Freyvind spiewał sagę a kobieta leniwie przekręciła się do niego przodem, mrucząc przy tym jak zwierze. Jej nogi i ręce oplotły mężczyznę, jej oczy zalotnie obserwowały z góry jego twarz. Kiedy northman skończył pieśń, kobieta przekręciła ich oboje usadawiając teraz Freyvinda nad sobą w dwuznacznej pozycji.
- mhmrrmm... Pekne spevasz zelonooky kolduńe.... - wymruczała pojękując lubieżnie.
- ale drevnej vedmy zauroczit nemocz - jej ręce i nogi zacisnęły się na ciele northmana z taka mocą że ten dostał problemów z oddychaniem, nie było możliwości wyrwania się spod wpływu jej ogromnej siły. Ekspresja jej twarzy ani trochę się nie zmieniła, wciąż się uśmiechała i robiła wyzywające miny, otarła swój policzek o policzek Freyvinda i jęknęła.
- Mily moj... povesz li karlovemu koldunovi żeby osztep ostavil?... - wyglądało na to że trzymanie mężczyzny w żelaznym uścisku nie sprawia jej żadnego wysiłku.

Leoncoeur - 2012-12-12, 22:42

Przez głowę Freyvinda przemknęła (och jakże odkrywcza!) myśl, że źle ocenił siłę wiedźmy sugerując się pozorem chudego ciała.
Była silniejsza i trzymała go w mocnym uścisku, mogła go utopić gdyby trafiła jej się taka fantazja.
Od strachu przed takim losem z dala trzymało go tylko... dość niedwuznaczne zachowanie kobiety.
Być może bardziej doświadczony krasnolud miał racje rżnąc w wiedźmę czarem nie siląc się na konwenanse.

- Bjolfie... - stęknął w końcu, starając się łapać oddech. - Nie mam zbytnich nadziei, że możesz miec jakiś afekt do mych żeber, aby nie były w kawałkach... ale czy rozważyłbyś odłożenie broni?
Uśmiechnął się trochę głupkowato.
- Wszak nikt tu nikomu przecie krzywdy chyba nie chce uczynić.... - dodał starając się desperacko znaleźć na to potwierdzenie w oczach wiedźmy przylegającej lubieznie do jego ciała.

Amon - 2012-12-13, 14:28

Wiedźma załopotała zęstami... to znaczy "załopotała by" żęsami gdyby wciąż je miała. Całe jej ciało miało woń spalonych włosów, widać było że ich brak sprawia kobiecie dyskomfort.
- A... Ano... - przytaknęła
- Ja tu sama, jedina, mlada vedma jesm. A vy dva kolduny silne i straszne, bojim se. - zrobiła wystraszoną minę.
Freyvind mógł teraz "poczuć na własnej skórze" jak bardzo atletyczne jest ciało kobiety, jej brzuch, ramiona, nogi stały się twarde jak drewno.

Horus - 2012-12-13, 21:24

- Żaden z nas nie chce cię skrzywdzić, wiedźmo - krasnolud ozwał się wibrującym basem; mówił, uśmiechając się łagodnie, posyłając uspokajające spojrzenie Freyvindowi - Odłożę teraz broń, a Ty go uwolnisz. Nie spotka cię krzywda - masz słowo karła. Wkroczyliśmy tu jak intruzi, jak cyrkowe błazny, wiem o tym, wlokąc ze sobą własną śmierdzącą menażerię.
Wysunął w bok dłoń dzierżącą oszczep i odrzucił go kilka stóp dalej. Dłoń dzierżąca rohatynę uniosła się w górę i z rozmachem wbiła broń w ziemię, zanurzając żelazną stopkę głęboko w ściółkę i glebę. Ostentacyjnie odsunął się od sterczącego totemu śmierci, demonstrując dobrą wolą.
- Żałuję, że to zrobiłem - mówił, nadal miękko; gniew, który przebrzmiewał w jego głosie uleciał gdzieś wobec emanacji świata, emanacji która tu, przed nim, owijała Northmana długimi nogami w żelaznym uścisku; emanacji świata, który kochał i do którego tęsknił. Do świata wiedźm i guseł, który wreszcie odnalazł.
- Żałuję, że zrównałaś nas w traktowaniu z tym goblińskim ścierwem - ciągnął z wolna, gestem głowy wskazując na wyflaczone fetysze zwisające w drzewa - Żałuję, że zraniłem wilka, którego posłałaś k'nam na zatracenie. Ślubowałem chronić twój świat, nasz świat.
Jego rysy twarzy stężały, czoło i wydatny nos pokryły się zmarszczkami. Ręce, pozornie, splótł za plecami; w istocie prawa, sękata dłoń objęła brzozową rękojeść ciężkiego skramasaksa.
- Puść go, proszę - mruknął, ciszej, ale nadal słyszalnie - Jesteś piękna, wiedźmo. Takiego piękna nie winno się zabijać.
Ostatnie zdanie brzmiało dziwnie; mieszały się weń podziw i zimna determinacja. W głosie tym, który znów nabrał metalicznych nut, dało się wyczuć, że krasnolud zabije, jeśli będzie musiał. Nawet jeśli złamie mu to serce.

Amon - 2012-12-13, 22:58

Wiedźma uniosła siebie i Freyvinda w górę, odstawiła mężczyznę i sama wyszła powoli na suchą ziemię, omineła łukiem krasnuluda i podeszła pod modrzew, wspięła się na pień i usiadła na niskiej grubej gałęźi. machała długimi nogami i patrzyła się wielkimi oczami na krasnoluda.
- Taki jesi zly karle, że jak do nekogo molvisz, to on navet ne zna że go straszisz, a on se boi. - powiedziala wiedźma z niekrytym podziwem.
- Volki ne moje sut, oni do Volczej Baby należajut, ona ih rani bude ogledat i bude ńuhat. - Wiedźma rozłożyła ręce.
- Priszli vczera, trinadsetu malyh, jedin duży i devka jeszte panna. Napili se vody i hoteli devke rubat jedin za drugim. - Widźma aż się roześmiała.
- No to zeszela ja z dreva i molvim że tyle na raz to i kota picza ne da rady, jedino polovina może, a druga plovina na drevo viset, bo ne bude banda po lese mi hodit. - Wiedźma parsknęła
- Jak trebili drugov vaszat i presekat, to im se jebat juże nehotelo. - Wiedżma pogladzila się po łysej głowie i popatrzyła w stronę szamoczącego się Matta.
- Beru serst s osla i po roku s vaszego zivota - stweirdziła zwyczajnie.

Horus - 2012-12-14, 16:34

- Weźmiesz to, co damy - odrzekł równie zwyczajnie, nie okazując jakichkolwiek emocji - Nie przynależę światu, który daje cokolwiek za darmo, wiedźmo. Matt, droga pani, też nie wygląda na takiego, co czegokolwiek chce się pozbywać.
Opuścił luźne znów ramiona wzdłuż bioder i stanął w szerokim rozkroku. Zadarł do góry, patrząc na długonogie, wielkookie zjawisko. Nie czekał na odpowiedź, zmienił temat.
- Z nas banda żadna, a tę na poły rozsieczoną dognamy - kontynuował - i dorżniemy. Dziewka jest nasza. Nikt, ani nic innego szkody nijakiej nie dozna.

Amon - 2012-12-14, 18:19

Wiedźma obkręciła się kilka razy w koło gałęzi to wisząc głową w dół, to siedząc prosto.
- Serst mi koldune ty spalil i tylko osel ma dużo, czo bym se mogla brat. Jemu zimno ne bude ibo i tak teżkie nosi. Je jesm Drevna Vedma i toto je moje drevo. Jak na nim sede to moja mocz vse daleko, gde koreńe idu, to je vsegde tu. - wiedźma wskazała całą polankę.
- Czlovek, ale i karel i ork i vedma, jak se smrti boja i żivot tihy ma, spokajny. To żit może dlugo. Ale jak rok albo veczej odda, to jak smrt prihodi do starego, on vie, że mogl by jeste rok, dva żit, a ne bude. - Wiedżma się zaśmiała:
- Ale inny, czo se smrti neboja, żivot jego nespokajny, polny vojovańa. On ne pozna smrti od veku starego. Ale żadna vedma nebude hotela jego smrti, ibo togdy vedma trati. Togdy vedmy hcut, czoby taki muż dlugo żil, żeby vedmy rok se mogly brat. - wiedźma zastanowiła się nad czymś chwilę nerwowo pocierając podbródek, wkońcu wystrzeliła pomysłem:
- Albo! budem grat v kosti! ale to o pet rokov ide. jak vygrate to vy żit budete dlużej. - wiedżma uśmiechnęła się zawistnie;
- Ale togdy vedmy hcut vasz żivot skraczit.

Leoncoeur - 2012-12-14, 18:44

- Ten kto pierwszy o grze w kości mówi, temu one zwykle przychylne - roześmiał się Northman . - tedy ja w taki hazard nie wchodzę.
Freywind przekręcił lekko głowę.
- Tyś na nas wilki poszczuła i tyś awanturę poczęła, a jak się skończyła wiesz, bośmy śmierci twej nie chcąc na życie nie nastawali, gdyś z drzewa fikła. Tedy to ty nam roki winna nie my tobie. Jam już trzy roki komu oddał i dwa winny jeszcze jestem. Hazard taki mi nie straszny, bo jak Odyn do Vaelhall zawezwie to tym lepiej jak w pełni sił, a nie starego wieku.
- Może i Mattowi włosy zabrać winnaś, niechaj i będzie zadośćuczynienie za twe piękne loki śliczna dziewojo ale jeno jak i Bjolf się na to zgodzi. Osiołkowi zimno nie będzie. Ale roków chcesz ode mnie to za coś, a nie jeno złudne obietnice.

Amon - 2012-12-14, 20:44

Wiedźma wierciła się wyraźnie nieusatysfakcjonowana takimi odpowiedziami:
- To vy prihodite do lesa a ne les do vas! Ja jesm u sebe! My vedmy jesmo u sebe!
potarła podbródek i dodała już spokojniej:
vy prihodite to musite platit, albo My jesmo zle.

Leoncoeur - 2012-12-14, 21:26

- Tedy i platit będziem, ale za wysokiej ceny żądasz, bo my nie z tych co bezdurno roki z życia będą dawać. - Northman uśmiechnął się podchodząc bliżej. Miecz pod ramie zatknął przyglądając się wiedźmie. - Daj cene co ją ochotnie zapłacimy myto za przejście przez las dając, jeno taką co nie za wysoka.

- Mi za śpiew płacą, a choć ci piękną pieśń wyśpiewałem nijak złej ceny nie wołam - dodał żartobliwie i przekornie.

Amon - 2012-12-14, 22:49

Wiedźma wierzgneła kilka razy energicznie nogami jak złe dziecko, złapała się za łysinę starając zebrać myśli.
- Bere serst i zautra budem dumat. powiedziała w końcu łypiąc to na northmana to na krasnouda.

Horus - 2012-12-15, 18:21

- Bierz sierść - odrzekł powoli, zerkając ze spokojem na wiedźmę - Ale zwierzęciu krzywdy nie rób, nie jest winne niczemu.
Ruszył za Freyvindem, stanął u jego boku i zadarł w górę gruby warkocz brody, przygladając się stopom wiedźmy nad swoją głową.
- Co do reszty twoich żądań, Northman ma rację, ale połowiczną ledwie - mówił chłodniej, surowiej, ale bez wyczuwalnej wrogości - Młodym ja ciałem, ale stary siłą pamięci. Widziałem jak zielone zorze płoną ponad Wielkim Lodowcem. Wiele zim temu pierwszy las wkroczyłem w te lasy, choć przewodnika miałem mądrzejszego niż ja sam. Ścieżki znał, z lasem rozmawiać potrafił tak, jak ja nigdy nie zdołam się nauczyć. Ale jedno mi wpoił - las do nikogo nie należy, to my do lasu należym. Z równym powodzeniem możesz żądać ceny za powietrze, którym oddychamy.
Zmrużył oczy i zmarszczył czoło; nos nabiegły zmarszczkami wydawał się jeszcze wydatniejszy. Błękitne oczy skryły się w przepastnych cieniach łuków brwiowych.
- Targów nie będzie - uciął krótko - Ni nocy tej, ni jutro. Skalpy goblińców ci przyniesiemy, ich duszami się nakarmisz!

Amon - 2012-12-16, 13:25

Wiedźma przewróciła oczami.
- A czo ja jesm Vyzduhna Vedma? - kobieta zeskoczyła z drzewa i pognała w kierunku krzaków w których szamotał się Matt. Nie było widać co dokładnie tam się działo przez następne kilkanaście minut, ale zarówno osiołek jak i wiedźma wydawali dość szczęśliwe dźwięki.
Kiedy kobieta wreszcie wyprowadziła oswobodzonego Matta, zwierze było całkowicie łyse. Za to wiedźma miała długie, gęste włosy ciągnące się aż do stóp. Uradowana biegała w koło modrzewia wiele minut, później wspieła się na szczyt drzewa i zaczeła wydawać z siebie dźwięki imitujące różne zwierzęta. Okoliczna fauna odpowadała jej i przy tamim to akompaniamęcie dwójka mężczyzn w końcu zasnęła.

Obudziła was zimna poranna rosa. Dzień był słoneczny, bezchmurny. Wiedźma siedziała skrzyżnie na gałęzi przypatrując się wam. Jej swobodnie zwisające włosy niemal dotykały trawy. Gęste brwi niemal zrastały się ze sobą. Długie żęsty zawijały się do góry. Nos miała długi, garbaty, usta drobne, twarz pociągłą, z zaznaczonymi kośćmi policzkowymi. Kobieta miała ogromne zielone oczy, włosy brązowe (ta sama barwa jaką miał Matt.). Jej skóra była ciemna, spalona słońcem.

Wiedźma skrzywiła się.
- Ne mam czo s vami rabit. Ne sluhate se, ne bojite se. Mate żelezo, Znate czari. A ja jesm mlada vedma. Rade se s vojakami i kmetami. Czlovek li goblinec, li ork li inny zver. Ale vy kolduny - wiedźma rozłożyła kapitulacyjnie ręce.
- Dla mne vojovat s vami za dużo, tu kabaly treba albo Baby. Tak idjte gde vola, ale pametajte, że vam dreva pomocy ne budu davat. - to powiedziawszy wstała i wspięła się na wyższe partije drzewa, gdzie nie było jej już widać.

Matt leżał sobie łysiutki nieopodal was. jego ciało okryte było suchymi liśćmi. Zwierze leniwie żuło trawę.

Horus - 2012-12-16, 14:11

- Musimy ruszać, Frey - rzucił w kierunku Vandræðaskálda z lekkim, łagodnym uśmiechem, podnosząc się i otrzepując z liści - W innych okolicznościach namawiałbym cię by zostać, przychylność wiedźmy pozyskać, ale czas nagli. Spaliśmy i tak nazbyt długo.
Krasnolud miał nad wyraz dobry nastrój. Co nie oznaczało, że ociągał się z robotą: pozbierał swoją broń, zmusił osła do powstania i ponownie go objuczył. Z samych juków wypakował dwa solidne kawały sera, które odciął nożem, zawinął w płótno i rzucił Northmanowi.
- Będziemy posilać się w drodze. Szykuj się.
Przerzucił swój wór podróżny i ruszył w zarośla otaczające jeziorko w poszukiwaniu wczorajszych tropów. Nawet kiedy płowy, podgolony czub zniknął pośród liści, dało się jeszcze posłyszeć jego z wolna nucony zaśpiew:

Skowronek śpiewał - ja o świcie wstałem,
I czułem życie, i życie kochałem;
Lecz teraz zgadnąć nie mogę, dlaczego
Cięży mi niesmak, dziwnie pomięszany
Jak woń fijołka świeżo rozkwitłego
I pogrzebowych kadzideł tumany...

Leoncoeur - 2012-12-16, 16:44

Freyvind nachmurzył się słysząc słowa kobiety.
Kiwnął głową krasnoludowi i złapał prowiant, choć najwidoczniej był nieobecny, pogrążony w rozmyślaniach.
- Byvaj drevna vedmo! - zakrzyknął w końcu - Gdy pannę odbijem to powrócę, rok żywota ci ofiaruję.

- No chodź łysy.- rzucił do Matta biorąc go za postronek. - Ciesz się, że vedmy to baby, bo może następna by twych jajec zażądała. - mruknął.

Ogryzając kawał sera skierował się ku krasnoludowi, starając się nie przeszkadzać w wypatrywaniu śladów. Sam zresztą też zerkał uważnie by w tym pomóc.
- Żeby tak za każda pomoc potrzebującym na szlaku (jak ci chłopi) rok żywota komu dawać, to by się długo nie pożyło. Proszę jednak cię Bjolfie o jedno byś na drogę zważał, aby móc tu drogę znaleźć, bo mus mi po powrocie we własnej sprawie z tą złośnica paktować. - rzekł w końcu przepatrując krzewy.

Horus - 2012-12-16, 17:43

- Czarowna ta nasza wiedźma, nieprawdaż? - odrzekł Freyowi, błyskając zębami w uśmiechu - Rozchmurz się, człeku. Noc całą spaliśmy przy niej, jak dzieci bezpieczni, skrzywdzić nas nie dała. Ja nie zasypiam tak łatwo, moc jej śpiewu to sprawiła. Czyny, nie słowa, świadczą tu o lubości.
Wyjął z pakunku własny kawał sera i odgryzł solidny kęs, nie odrywając wzroku od poszukiwań śladów.
- Nie trap się tym więcej - podjął, przeżuwając - Drogi nie zapominam nigdy.

Amon - 2012-12-16, 18:06

Bjolf nie miał większych problemów ze znaleźieniem tropu i choć trop ten prowadził większosć czasu przez mokradła poruszaliście się dość sprawnie. Z drobnymi wyjątkami: Gdziekolwiek znalazł by się wystający korzeń, któryś z was musiał się o niego potknąć. To dotyczyło głównie Bjolfa, Freyvinda dotyczył raczej "problem odkształconych gałęzi" gdzie jego towarzysz przeszedł, na northmana czekały powracające po wygięciu się pędy. Mężczyźni nie przypuszczali też nigdy, że suche igliwie może dostawać się za kołnierz w takich ilościach.

Gdzieś po południu, krasnolud zatrzymał towarzysza ruchem ręki. Wskazał palcem przed siebie i dałniemy znak by zachować zdwojoną ostrożność. Dwóch mężczyzn zkradało się powoli zostawiając Matta w tyle. Wkrótce już oboje słyszeli szkaradną mowę goblinów.

...Seven? for fuck's sake! that was hard...

Towarzysze wyjrzeli ostrożnie przez krzaki. Dwóch hobgolinów siedziało skrzyżnie na ziemi i paliło z długiej drewnianej fajki, Gdy jeden się zaciągnął podawał fajkę drugiemu a ten powtarzał gest gdy sam skończył. W jednym z hobgoblinów, Bjolf rozpoznał porywacza. Drugi był wyraźnie starszy, jego twarz obrastały siwe włosy, a przez ciało przebiegało wiele starych blizn. Miał na sobie dobrej jakości skórznie hobgoblińskiej roboty, oraz naramienniki których przedstawiciele jego rasy używali jako oznaczenia bitewnych rang. Po stronie porywacza (lewej) siedziało sześcioro goblinów uzbrojonych w krótkie włócznie i kamienne noże. Siedziała tam też wystraszona córka Grzybów Jej ciało było podrapane okryte resztkami koszuli. Dziewczyna obejmowała swoje nogi, ściskając kurczowo materiał i zasłąniając się jak mogła. Kiwała się katatonicznie z wzrokiem wbitym w kolana. Jej szyja, kostki i przeguby pętała lina. Po stronie starszego hobgoblina (prawej) siedziała dwudziestka goblinów uzbrojonych podobnie jak gobliny z naprzeciwka, czterech młodych hobgoblinów trzymających krótkie łuki, oraz średniego wzrostu ork podpierający się na długim mieczu. Sami mężczyźni.

- It was hard indead. - przytaknął porywacz podając fajkę swojemu rozmówcy.
- But by these sacrifice I granted a witch favor! none of them will confront me in these woods. - Starszy mężczyzna kiwał głową zaciągając się a gdy skończył podał ją rozmówcy:
- If?... - zapytał wypuszczając dym.
Młodszy hobgoblin spojrzał nerwowo na starszego, ten wyjaśnił:
- Speaking about Witches, there is always "if" so what is this? - młodszy mężczyzna spojrzał nerwowo na swoich towarzyszy, stary uśmiechnął się.
- I see... well I think it will be more wisely to pass she-human under my protection. It is more likely she will make her way to the Camp alive. - Młodszy mężczyzna przetrzymał fajke dłuższą chwilę zastanawiając się, w końcu wypuścił dym i oznajmił:
- Deal!
- Deal then! - zawtórował mu rozmówca i mężczyźni uścisneli sobie dłonie.

Horus - 2012-12-17, 12:49

- Dognaliśmy ich szybciej, niż przypuszczałem - krasnolud wyszeptał do Northmana na granicy słyszalności - Trzeba będzie zluzować osła i zabrać część zapasów na własnych barkach. Te trwalsze ukryjemy - przydadzą się w drodze powrotnej. Nie zdołamy śledzić ich mając zwierzaka na karku...
Umilkł, czekając na rozwój wypadków. Liczył na rozdzielenie się grup, oceniał ich liczebność i zdolności bojowe. Wiedział, że w tej liczbie są dlań niepokonani.
- Tymczasem czekamy.

Leoncoeur - 2012-12-17, 17:12

Northman nie wydał żadnego dźwięku kiwając tylko głową.
Obserwował gobliny marszcząc brwi.

Amon - 2012-12-17, 17:59

Rozmówcy wstali. Starszy podszedł do swoich ludzi i wziął z plecaków trochę ekwipunku. Długi miecz, sztylet i naramiennik. Hobgoblin potywacz wybrał naramiennik i miecz, po czym wręczył starszemu sznur na którym była trzymana córka Grzybów. Dziewczyna pogodziła się już chyba ze swoim losem, nie stawiała oporu, łkała tylko cicho gdy starszy hobgoblin oglądał ją i dotykał jak nowy pan nabyty inwentarz. Duży orszak starszego hobgoblina wraz z dziewczyną ruszył w kierunku, w którym jak domyślał się Bjolf, znajdowała się najszybsza droga ku górom. Mniejszy orszak ruszył przedsie, w mroki lasu.
Horus - 2012-12-18, 22:08

- Człowiek wart jest niewiele - krasnolud mruczał ponuro - Jeden naramiennik i ostry kawałek zahartowanego, nawęglonego żelaza. Chętnie dorwałbym te psy i wytłukł pojedynczo, ale nasz obiekt zainteresowań zmienił opiekunów i to za nimi trzeba nam będzie ruszyć.
Upewnił się, że żadna z grup nie wypuściła czujek; zamilkł na chwilę, nasłuchiwał, dopiero po długiej chwili zaś znów podjął szeptem:
- Nie są ostrożni. Nie boją się pogoni, bo wcale się jej nie spodziewają. Wiedzą, że kmiecie boją się wiedźm. Trzeba ich rozbić, zasiać niepokój, rozproszyć. Spróbuję przypomnieć sobie dogodne miejsce, nim dotrzemy w góry.
Bjolf przeniósł wzrok na Northmana; patrzył nań długo i badawczo.
- Nie będę cię jednak zwodził, człeku - wyszeptał - Nawet w najgłębszym jarze rzucenie wyzwania takiej grupie to niemal samobójstwo. Wracaj do domu, kochaj kobiety, płódź synów. Wiedź dobre życie. Życie, Frey.

Leoncoeur - 2012-12-19, 11:24

- Masz racje.... - Frey cicho zgodził się z krasnoludem i bez zbędnych ceregieli odwrócił na pięcie. Podszedł do Matta i wziął z niego jeden z juków zarzucając sobie na ramię.
Po chwili gotów do drogi stanął przed krasnoludem patrząc na niego z lekkim uśmieszkiem.
- Masz rację, to samobójstwo. - potarł jak amulet warkoczyk na brodzie. - We dwóch uderzać na dwudziestu! Zwycięstwo godne największych sag, a klęska godna uśmiechu Valkylr zabierającej ducha do Vaelhall. Rzeknę ci jedno: człek co podkula ogon i czmycha na widok goblinów nawet nie próbując wypruć im flaków choćby zmyślnym konceptem, nie wart jest ni kobiety ni syna.

Northman położył dłoń na ramieniu Bjolfa.
- Myśl nad miejscem, bo mamy pewną przewagę. Oni tak jak kmiecie boją się wiedźm... a my mamy jedną co po naszej stronie stanie gdy tylko ją zawołać - wyszczerzył się w uśmiechu.
- Mam nadzieję, że znajdziesz drogę do domu golasie - klepnął Matta po zadzie zachęcając zwierzaka do odejścia z powrotem tam skąd przyszli.

Horus - 2012-12-22, 19:06

Krasnolud pokiwał głową, po trosze w uznaniu, po trosze w akceptacji dla decyzji Northmana. Przejął drugi z juków do tej pory niesionych przez osła i wskazał Freyowi drogę, odbijającą nieco po łuku na zachód od szlaku obranego przez większą grupę goblinoidów; pozwoli im to zachować kontakt wzrokowy i jednocześnie ograniczyć możliwość wykrycia. Spojrzał w niebo by ocenić porę dnia, określił kierunek wiatru, dał znak i ruszył szybkim marszem. Chciał zrównać się z grupą i śledzić ich na lewej flance.
Amon - 2012-12-22, 23:47

Słońce, jakiś czas temu minęło zenit i kierowało się już ku zachodowi, gdy towarzysze ruszyli goblińskim tropem. Wiatru prawie nie było, jak już coś podwiewało to raczej od północy, czyli z kierunku w którym zmierzali. Oddział humanoidów poruszał się truchtem, jednak Grzybówna mając skrępowane nogi często potykała się przez co spowalniała całą grupę.

Krasnolud i northman wciąż nie mieli szczęścia do gałęzi, nie było takiego odcinka gdzie o coś by nie zachaczyli.

Kiedy zbliżał się wieczór, oddział zatrzymał się przy wartkim strumieniu. Część humadoidów zaczęła przygotowywać obozowisko, inne objęły wartę. Siwy hobgoblin wyszeptał coś do młodszej czwórki i trzymającego się blisko z nimi orka. po czym oddalił się z dziewczyną w górę strumienia. Kilka goblinów to zauważyło i chciało ruszyć w tym samym kierunku ale hobgobliny i ork szybko wybiły im to z głowy.
- Looking for some fun? - wybełkotał ork wykopując jednego z małych humanoidów metr do tyłu. Gobliny szybko wróciły do obozowych zajęć.

Horus - 2012-12-23, 11:47

Krasnolud wskazał Northmanowi oddalającego się w górę strumienia, ku własnej uciesze, hobgoblina.
- Pójdźmy, Frey - wyszeptał.
Ruszył z wolna, po łuku, w górę w strumienia, zachowując zdrowy dystans od grupy. Wiódł Freyvinda po swojej lewej, nie ograniczając sobie pola widzenia. Nie był jeszcze zdecydowany, by atakować. Nie był wcale zdecydowany, by przeszkodzić hobgoblinowi w dobraniu się do dziewczyny. Niestety, jeśli mają przeżyć jakąkolwiek próbę, lepiej będzie gdy ten nie będzie zbyt czujny.

Leoncoeur - 2012-12-23, 15:08

- Pójdźmy - zgodził się Northman i szedł obok Krasnoluda.
Bjolf wiódł ich w sporej odległości od hobgoblina a i od reszty oddalili sie podążając chwilę za tymaczasowym "opiekunem" Grybówny, toteż Frey uznał iż lepszej okazji nie będzie. Tym bardziej iz wydawało się, że własnie teraz przyjdzie im odbić dziewkę.

- Jam jest pan Asow i runów znam wiele
Jam w magii biegły, w niej niedościgniony
Jam jest Odyn co panem jest Asgardu
Jam jest mąż, ciała twego spragniony

Ty najpierwsza z piękności jesteś Freyjo
Ty wzbudzasz żądze a oprzeć im się nie da
Tys lubieżna, lecz skarby swe ukrywasz.
Lokiego sposobu uzyć mi trzeba.

Nie Odyna ujrzyj we mnie, lecz Oda
Co słońcem się jawi na jasnym niebie
Innego ujrzyj we mnie, na noc jedną
Ja zaś... "Od"... dziś dobiorę się do ciebie


Skald cicho nucił pieśń o Odynie i Freyi zważając by nie dać porwać sie pieśni i nie podnieść głosu.
Gdy przywoływał historię o Władcy Asów co na jedna noc przybrał się pod postać Oda - boga słońca by pod jego postacią niecnie zerżnąć najpiękniejszą z bogiń, jego ciało poczęło się zmieniać.
Northman wyszczuplał, a jego ubranie zmieniło się w rzemyki i paciorki nie skrywające nagości. Gęste włosy niemal sięgające ziemi zafalowały gdy potrząsnął głową, a oczy skryte rzęsami zalsniły jak księżyc odbijający się w wodzie. Miecz zniknął, a miast niego dłoń dzierżąca go przemieniła sie w wielkie szpony które wrecz prosił sie o to by wypruć nimi jakieś flaki.
Freyr lubieznie przeciągnął drugą dłonia po małych piersiach, brzuchu i smukłych udach.
- Ech karli nasilniku... da li goblincy koldun dievke drevnej vedmie, zali ne da? - rzekł modulując głos na podobny wiedźmie jaką spotkali ubiegłej nocy i usmiechając się delikatnie. - Kak by mu nehotelo davat panny, kak my prosit, to my... - nie dokończył i wyszczerzył się w szerokim usmiechu.
Tu kończyło się podobieństwo do "drevnej vedmy". Dwa rzędy ostrych i spiłowanych zębów wzbudzały respekt gdy wcześniej zgrabne usteczka wykrzywiły się odsłaniając je.
Freyr uniósł dłoń zbrojna w straszne szpony i polizał po nich długim wężowym językiem
- ... to my go prosit mocnej by devke jednak nam dal...
Oczy zalśniły mu czerwono.

Horus - 2012-12-24, 13:30

Krasnolud patrzył z niekłamanym już podziwem na Sztukę skalda. Patrzył na długie szpony i igiełkowate zęby, a uśmiechał się coraz paskudniej.
- Da, jakże ne da - odrzekł śpiewnie w odmianie wspólnego zasłyszanej niegdyś jeszcze dalej na wschodzie - A jakszczo daty ne schocze, to ja pijdu za toboju i spisu jomu wdaru sered oczi.
Krasnolud zamknął oczy, zadarł brodę w górę, spojrzał w korony drzew i zaśpiewał. Śpiewał nisko i tak cicho, że niemal niesłyszalnie; tak, jak śpiewał jeszcze wczoraj, nad potokiem. Po ostatnim akordzie zwierzęcego pomruku, jak wczoraj, uderzył pięścią w pierś, a hojny las spowił jego ciało mgłą, zaciemniającą wraże umysły.
- Oczy goblińskie mnie nie wypatrzą - wyjaśnił - Będę cię strzegł. Ruszaj!

Leoncoeur - 2012-12-24, 16:19

Frey w postaci Drevnej Vedmy skinął tylko głową.
- Nie bądź jeno za blisko mnie.
Northman ruszył przez siebie, przez chwile błazeńsko kołysząc biodrami. W końcu dał sobie spokój z krotochwilami i skradał się ostrożnie w kierunku w którym hobgoblin ciągnął Grybównę.

Amon - 2012-12-25, 14:35

Towarzysze podążali za hobgoblinem i prowadzoną przez niego dziewczyną. Dwójka oddaliła się od oddziału o dobre 150 jardów, na tyle daleko by nie było słychać rozmów, na tyle blisko by dało się posłyszeć krzyk. Mężczyzna przysiadł na pniu i zmusił wystraszoną Grzybównę do usiądnięcia na jego kolanie. Z suną z siebie płaszcz i okrył nim dziewczynę. Hobgoblin z za pazuchy wyciągnął kawałek suszonego mięsa i podsunął go pod twarz młódki.
- Masz, i nje buj szje. - polecił w całkiem przyzwoitym wspólnym.
Dziewczyna miała pewne opory, ale głód był silniejszy, szybko wepchnęła sobie porcję do ust i przełknęła ją szybko.
- Dobsze, masz jeszcze, jec. - mężczyzna podawał jej porcję za porcją.

Leoncoeur - 2012-12-25, 16:32

- Szto za dobryj goblincovy koldun... - rozległ się cichy głos, Frey starał się na ile mógł modulowac go na podobieństwo Drevnej Vedmy. Nie za pomocą magii, lecz zwykłych skaldzich umiejętności związanych ze śpiewem.
Postać jaką przybrał wynurzyła się zza jałowca i stanęła w odprężeniu bez nerwowych ruchów, w nadziei, że hobgoblin nie zacznie z miejsca wrzeszczeć. Wyglądał na inteligentnego, a jego zachowanie względem Grybówny też dawało do myślenia.
- Dobryj, movi "jec". Inny by hotel jebat, a on: "jec". Dobryj. - "Drevna Vedma" zamruczała przeciągając lubieżnie ręka po małych piersiach, szponiasta ręka była leniwie wyciągnięta wzdłuż ciała by nie zostało to źle odebrane.
- Dobryj... - Frey westchnął raz jeszcze - Taki to po lese mi hodit może, ale platit musite jak vy prihodite do lesa, vy co byste hoteli by żadna vedma nebude hotela jego smrti. Ty starego veku, ty to znajesz. - skald prócz udawanego głosu starał się posługiwać jedynie tymi słowami jakie słyszał od vedmy i na Polanie. Hobgoblin jak widać nie posługiwał się tutejszą wersją wspólnego wyjatkowo biegle, jednak ją znał i Frey dmuchając na zimne nie chciał 'wysypać' się używając złych słów lub akcentu.

"Drevna Vedma" uśmiechnęła się, lecz bez prezentacji przybranego przez northmana uzębienia.

Amon - 2012-12-25, 17:23

Hobgoblin wstał trzymając bardziej jeszcze przejętą widokiem wiedźmy dziewczynę w żelaznym uchwycie za ramię. Mężczyzna rozejrzał się nerwowo po okolicy.
- Czego hcesz vjedżmo? dszef mi nje ruszami, ofiari f szvjentih mjejscah dajemi. Ja jestem Hod Foxmind, mousz dla tszeh czarczih vjedżm.

Leoncoeur - 2012-12-26, 02:25

- Ne, ty ne. Ty znajesz: "drev ruszat ne volno". - Freyvind zgodził się.
- Platite, dary dajete, drogov svych gdy ne ma co dat... "Drevna Vedma podrapała się w brodę. - ... i vy i lude. Tak treba davat co vedmy hcut.
Skald przekrzywił głowę i rozłożył ręce.
- Mialam ja drevko, mlode, czestne, nad potokom. Czlovek priszet, rubal żelezem i zabil me drevko cudne, moj modrevik mily. Zabral. On na Polane sedi, moja mocz vse daleko, gde koreńe idu... ale ne tam. Devka jego, on jej otcem.
Przybrana przez Northmana postać tupnęła ze złością i zrobiła minę jak prawdziwa drevna vedma, gdy siedząc na gałęzi dowiedziała się, że Frey i Bjolf nie chcą dać jej swych lat z życia.
- Beru devke. - stwierdził(a). - Ja Tobie za to dam tak kak ty mi by roki sve dal. Czoby ty dlugo żil i dreva pomocy davaly. - kusił i przedłużał rozmowę dając czas niewidocznemu Bjolfowi zbliżyć się do hobgoblina z dobrej pozycji, gdyby hobgoblin po dobroci oddać Grybovny nie chciał.
- Silne, czestne nasilniki do lasu vczera priszli czoby te doczere odskoczit. Beru ja sama devke. Ne? To smert bude. A jak rady ne dam, to ja volky i dreva na pomoc nasilnikom dam.
- U nasilnikov devka, jeszte panna. Mlada, pekna jak kralevna - "Drevna vedma" roześmiała się. - Beru devke i vam povem gde hodit czoby vy hoteli ich odnajdnut, a volky i moje dreva do pomocy dam vam, ne im.
Na koniec Frey starał się wykazywać już wyraźne zniecierpliwienie 'vedmy'. Stary hobgoblin wiedźmy jak widać znał jak i ich (jak to Frey i Bjolf na spotkanej zauważyli) niechęć do dłuższych targów.

Horus - 2012-12-26, 15:55

Bjolf zbliżał się do hobgoblina w rytm kroków Freya w wiedźmiej postaci. Nie śpieszył się, oddychał powoli, miarowo. Ustawił się w na prawym skrzydle Northmana, dwa kroki dalej, niż ten sam się zatrzymał. Nie mógł zbliżyć się bardziej, by nie ryzykować zauważenia. Odległość była jednak odpowiednia do celnego rzutu oszczepem. Stał na szeroko rozstawionych, ugiętych nogach, broń spoczywała w lekko zaciśniętej dłoni. Był gotowy.
Amon - 2012-12-26, 18:37

Hobgoblin strzygł uszami w czasie słuchania "wiedźmy" z wyrazu jego twarzy można było wywnioskować że nie wszystko co mówi rozmówczyni ma dla niego sens, jednak nie przerywał. Kiedy "wiedźma" skończyła hobgoblin zastanowił się chwilę po czym puścił dziewczynę i wzruszył ramionami.
- Dajesz duszo za nic, vjedżmo. Nje hce njc od czebje bo spokoju mi nje dasz. A ja jusz tszem tvojim szjostrom pszisugi jestem vinjen. - Hobgoblin pchnął dziewczynę przed siebie.
- Proszeu czje tilko, nje daj jej do ludżi vruczicz. Mam ja rozkazi od mego pana, samic szilnih i zdrovih doprovadżicz. Tendi muszje osade ludżi podejszcz.

Leoncoeur - 2012-12-27, 05:48

"Vedma" skrzywiła się i prychnęła..
- Otcu jej dam te devke kak ku mne do lasu pridie po doczere. Ja im tak dam jak on memu drevku, ne mnej... Ne mnej! - Roześmiał(a) się złowieszczo i źle. Minę miał(a) nie wróżącą Czrvenicy męża, dzieci i szeroko pojętej przyszłości. - Kak ty dumasz? Oni vruczit? - Frey popatrzył na hobgoblina przekrzywiając zalotnie głowę, po czym przeniósł złe spojrzenie "Vedmy" na dziewkę. Ręka ze szponami uniosła się i zacisnęła.

- Togdy koldune se na to godisz, to ostav nas i pojd na sve vojovańe o czestne silne doczery.

Amon - 2012-12-27, 18:34

Hobgoblin wsłuchiwał się w mowę "wiedźmy" starając się zrozumieć jak najlepiej jej intencje, po czym kiwnął głową i rzucił jej końcówkę sznura na którym prowadzona była Grzybówna.
- Tendi szegnam czje viedżmo, daj los nje spotkami szje jusz vjencej. - To powiedziawszy odwrócił się na pięcie i oddalił się pospiesznie.

Leoncoeur - 2012-12-27, 20:07

Frey złapał sznurek w lewą rękę i pociągnął dziewkę ku sobie.
- Chodź - szepnął i skierował ją za jałowiec. - Nic ci nie będzie.
- Bjolfie - odezwał się cicho mając nadzieje, ze niewidoczny krasnolud jest w pobliżu. - Weź proszę idź kawałek za nami patrząc czy nas nie śledzą.
Rozglądając się uważnie i trzymając mocno Czrvenicę skierował się tam skąd przyszli, choć omijając miejsce gdzie gobliny rozbiły tymczasowy obóz i... w dość sporym pośpiechu.
Sznurek przywiązał sobie do dłoni.

Horus - 2012-12-27, 20:13

- Jestem - krasnolud mruknął w odpowiedzi i ruszył za osobliwą parą, bacząc na ewentualny ogon, jaki może za sobą ciągnąć.
Zachowywał dwukrotnie dłuższy dystans, niż dzielił go do Northmana do tej pory, ale utrzymywał równe tempo.

Amon - 2012-12-28, 23:31

Towarzysze wraz z Grzybówną oddalali się pospiesznie. Bjolf nie wypatrzył żadnego pościgu. Kiedy mężczyźni uznali że są już wystarczająco daleko, northman postanowił rozproszyć czar i uspokoić dziewczynę która łkała żałośnie całą drogę. Ściemniało się juz zresztą i z waszym nieustającym “szczęściem” do wpadania na korzenie i gałęzie nie zaszlibyście już daleko.


Freyvind odwrócił się do Czrvenicy i rozpraszając iluzję otworzył usta by coś rzec... i to było wszystko co dane mu było zrobić. Przed jego oczami był obraz przerażonej dziewczyny. Obraz – nie tylko dlatego że northman nie był w stanie mrugnąć oczami, czy nawet zmienić kierunku w którym skierowany był jego wzrok. Obraz, gdyż zarówno młoda Grzybówna, jak i wszystko w około, zastygło w bezruchu.

Bjolf chciał pogładzić swoją brodę gdy jego ręka i oddech po prostu stanęły. Utkwił wpatrzony w swego towarzysza i dziewczynę.

Do uszu mężczyzn nie docierał żaden dźwięk. Ich umysły krzyczały lecz usta pozostawały ciche i mimo iż northman i krasnolud zachowali pełną świadomość, rzeczywistość po prostu zatrzymała się.

Towarzysze nie byli w stanie określić mijającego czasu, żaden z ich zmysłów nie funkcjonował. Pozostawali w nieprzebranym królestwie własnych myśli. Żadnego przyśpieszonego tętna, zimnego potu, dygotania, jedynie własne myśli.

Kiedy przed oczami pojawiły się nowe postaci, mężczyźni podświadomie usiłowali skupić spojrzenie, przesunąć, lub po prostu wyostrzyć wzrok. Niestety, to co widzieli, uzależnione było wyłącznie od pozycji w jakiej się „zatrzymali”.

Przed Freyvinda, wsunęła się długowłosa kobieca postać, przesłaniając obraz Grzybówny. Northman nie musiał tutaj nic analizować, doskonale wiedział że nie może to być nikt inny niż jedna z wiedźm. Kobieta wyglądała bardziej „zwyczajnie” (jeśli takie słowo w ogóle pasuje do jej rodzaju) niż Drzewna Wiedźma, którą towarzysze spotkali wcześniej. Była niższa od Freyvinda, wzrostu córki Grzybów która stała nieruchomo za nią. Miała postać młodej ludzkiej kobiety o bladej cerze i ciemnych oczach. Jej twarz mogłaby uchodzić za urodziwą, jeśli komuś nie przeszkadza długa blizna ciągnąca się od lewej skroni, przez policzek i w dół za szyję. Wiedźma zrobiła łobuzerską minę, zawołała coś za siebie jednak Freyvind nie posłyszał żadnego dźwięku, nie poczuł nawet jej oddechu, mimo iż jej nos niemal stykał się z jego. Kobieta pogroziła mu przed oczami palcem, po czym zbliżyła swoje mięsiste czerwone wargi do zastygłych w uchyleniu ust mężczyzny. Freyvind poczuł ukucie bólu w dolnej wardze. W jego umyśle rozbrzmiał wulgarny żeński głos
- Bawisz się w Wiedźmę czarowniku? To teraz ja się trochę pobawię...
- Ja też!
I ja
my wszystkie!
– zawtórowało jeszcze z tuzin głosów.

Kobieta odczepiła się od ust Freyvinda pokazując ubrudzone jego krwią wargi, oblizała się lubieżnie po czym zasunęła dłonią powieki mężczyzny. Nothman pogrążył się w ciemnościach.

Bjolf widział sześć kobiet. Oczywiście wiedział że muszą to być wiedźmy. Pierwsza pojawiła się stosunkowo niska „ludzka” kobieta o jasnej cerze i długich ciemnych włosach związanych w wiele warkoczy. Ubrana była w spodnie i kurtkę skrojone z czegoś co kojarzyło się Krasnoludowi jedynie ze skórą humanoida. Zapinki wykonane były za to z niedźwiedzich palców, co Bjolf zauważył od razu. Jakkolwiek makabrycznie ubranie by nie wyglądało, wykonanie go wymagało wiedzy i umiejętności. Kobieta wsunęła się w przestrzeń między zastygłym northmanem i Grzybówną. Dwie inne wiedźmy stanęły za Freyvindem, rozmawiając o czymś, oczywiście żaden dźwięk nie dochodził do uszu krasnoluda. Kobiety nosiły długie mocne suknie wykonane ta samą „techniką” którą krasnoludowi dane już było oglądać. Ich brzuchy były odsłonięte, za to piersi i ramiona okrywały futra. Na nadgarstkach wiedźmy nosiły biżuterię wykonaną z kości. Obje miały długie rozwiane blond włosy. Wyglądały jak dojrzałe ludzkie kobiety.
Czwarta wiedźma, wyszła z przeciwległej strony i stanęła za młodą Grzybówną. Zakrywał ją długi płaszcz z kapturem, oczywiście w tym samym „stylu”. Bjolf nie widział jej twarzy jednak zza kaptura wystawały pęki śnieżnobiałych włosów. Jej długie dłonie objęły młode ciałko Czrvenicy. obróciły dziewczynę jak pacynkę. Wiedźma obwinęła włosy dziewczyny wokół palców i uniosła ją za nie w powietrze. Jednym szarpnięciem drugiej ręki zerwała resztki materiału które służyły córce grzybów za ubranie. Długie palce krążyły drapieżnie po skórze dziewczyny. Pierwsza z wiedźm krzyknęła coś bezdźwięcznie za siebie do zakapturzonej, ta pokiwała głową nie przestając trzymać Grzybówny w powietrzu. Pierwsza pocałowała Freyvinda nagryzając jego wargę po czym zamknęła mu oczy i pchnęła przed siebie. Mężczyzna upadł w dłonie jednej z blondynek, ta z rozbawieniem zerwała z niego rękaw i pchnęła w stronę koleżanki, która również zerwała rękaw z mężczyzny i odepchnęła go z powrotem. Zabawa bezwładnym northmanem trwała do czasu aż mężczyzna stał się całkiem nagi. W międzyczasie wzrok pierwszej wiedźmy utkwił na Bjolfie. Kobieta wskazała na niego palcem poruszając ustami jak by wydawała komuś komendy. Wzrok krasnoluda uniósł się w górę, mężczyzna zobaczył korony drzew. Zrozumiał że został przewrócony na plecy. Dwie kolejne wiedźmy spoglądały na niego z góry. Te miały postać niemalże dzieci. Gdyby były ludźmi Bjolf dał by im jakieś trzynaście wiosen. Jednak dzikie spojrzenia nie miały w sobie ani nic z młodości ani niewinności, a unoszące się strzępki kolczugi jakie migotały krasnoludowi przed oczami, świadczyły o sporej sile.
- mmm... Karle! – dojrzały kobiecy głos rozległ się w umysle Bjolfa
- Co dzisiaj wykujesz Czarcim Wiedźmom? – pytanie przeszło w śmiech. Bjolf zobaczył jeszcze dwa palce zmierzające w stronę jego oczu. Gdy zapadła ciemność krasnolud zastanawiał się tylko czy zostały zamknięte czy wyłupione.


Kiedy ich oczy na powrót się otworzyły, towarzysze dostrzegli że ich zmysły powróciły. Znów widzieli, słyszeli, mogli się poruszać. Cóż, mogli się poruszać na ile pozwalała im lina... . Wisieli za ręce nadzy, na gałęzi wielkiego drzewa. Była noc, jednak rozświetlały ją płonące światła ognisk. Nagie wiedźmy to skakały przez ogień, to wiły się w tanecznej ekstazie. Śpiewały w jakimś nie znanym wam języku. W centralnej części stał szeroki, płaski kamień na którym leżała skrępowana, rozkrzyżowana Grzybówna, całe jej ciało było obnażone.

Zgraja wiedźm podbiegła do waszej dwójki, ich bezwstydne dłonie i usta oblegały dolne partie waszych ciał. Kilka z nich wdrapało się na gałąź na której zostaliście zawieszeni, zwisły głowami w dół i wmusiły w was trzymany w rogach miód. Napój był bardzo smaczny, ożywiał ciało... i żądze. Przesłaniał wątpliwości i zahamowania. Kiedy trzymające was sznury pękły i wasze stopy dotknęły ziemi, byliście już jak dzikie zwierzęta. Łapaliście się za każdą wiedźmę jaka się napatoczyła, dając upust swojemu pożądaniu i wściekłości. Wiedźmy bynajmniej się nie broniły, nie ważne jak brutalni byście nie byli i jak samcze nie były by wasze zachcianki. Ta siła ta moc! Ile razy można to zrobić jednej nocy, sto? Dwieście? Tysiąc? I w końcu gdzieś przez krzyki ekstazy, zaczęły się w końcu przebijać jęki bólu, błagania o zaprzestanie. Nareszcie dostały za swoje! To pobudziło was jeszcze bardziej dodało nowych sił.


Obudziło was jaskrawe popołudniowe słońce. Zajęło wam dłuższą chwilę podparcie się do pozycji półleżącej i oparcie o wielki głaz. Wasze nagie ciała były gęsto podrapane do krwi, wargi pogryzione, „Dolne części” zużyte jak nigdy. Pokrywała je krew ale nie wasza, a może to wino? Rozejrzeliście się po okolicy po wiedźmach nie było już śladu, ogniska żarzyły się ostatkiem sił. Usłyszeliście jakiś ruch bardzo blisko. Z niepokojem wyjrzeliście za wielki kamień.

Skulona Grzybówna łkała cicho i kiwała się katatoniczne jej wzrok był nieobecny, trzymała dłonie na kroczu, na jej udach było pełno zaschniętej krwi.

Horus - 2012-12-29, 14:19

Bjolf z trudem uniósł się na kolana, a później na proste nogi. Dłuższą chwilę, bez słowa, błąkał się po okolicy w poszukiwaniu strzępów ubrań; Nie znalazł jednak nic co przypominało by własność jego lub northmana. Miejsce w którym się znajdowali nie było tym samym, w którym wiedźmy zdarły z nich odzienie. Krasnolud znalazł jednak nieco wilczego futra i skór, musiały one należeć do jakiejś wiedźmy, było tego dość by okryć wstydliwe miejsca trójki.. To, co postanowił przedsięwziąć, nie lada robić z wywieszonym kutasem. Odnalazł też kożuch, zbyt gruby, by dał się łatwo rozerwać na strzępy.
- Masz - polecił Freyowi, przyklęknąwszy obok, podając mu jego gacie i kożuch; mówił długo, powoli i spokojnie - Odziej siebie, później odziej Grzybównę. Nie tłumacz nas, to i tak niczego nie zmieni. Mogę zaleczyć rany jej ciała, ale rany ducha zaleczy jeno czas. Nie odstanie się, co już się stało. Ona nie jest już nawet zaszczutym zwierzęciem; jej duch się poddał, odszedł w bierność. Jedno pewne: nie jesteśmy już potworami, które wiedźmy wywlekły z naszych wnętrz. Róbmy więc swoje.

Krasnolud oddalił się na na dobre kilkanaście jardów i ponownie przyklęknąwszy, nabrał w dłonie mokrej ziemi.
- Trzeba ci wiedzieć, Frey - zawołał jeszcze do Frevinda, nim rozpoczął kant porannej modlitwy - że kmiecie, za to, co zrobiliśmy dziewczynie, najpewniej rozerwą nas wołami. Trzeba ci wiedzieć, że nie uważam, bym nie zasługiwał na ten los. A mówią, że w krasnoludach namiętność budzą jedynie kamienie i złoto...
Oderwał wzrok od Northmana, oderwał go od świata. Spojrzał w swoje wnętrze i zacisnął dłonie na garści zebranej ziemi.
- Oto ziemia, po której kroczę, Władco Dróg - wyszeptał we wspólnym - Kroki moje tobie przynależą.
Każdy, kto zna język krasnoludów posłyszałby, jak Bjolf wzywa Wiatry Czterech Stron Świata i uwodzi je, zdobywa ich przychylność pomrukiem kantu krasnoludzkiej modlitwy. Wiedziałby, że wywołuje imię Marthammora Duina, najmłodszego pośród synów Moradina, boga wędrówki i krasnoludzkich wygnańców. Jednak ani Northman, ani Czrvenica nie znali mowy strzeżonej pilniej, niż największe skarby ziemnego ludu.
Kiedy Ulfson wreszcie podniósł się z kolan, oblicze miał spokojne i pewne. Pomiędzy palcami jego sękatych dłoni błyskały ogniki niebieskiego światła.
- Róbmy swoje - powtórzył.

Leoncoeur - 2012-12-29, 16:48

Skald bez słowa okrywał się skórami, choć słowa krasnoluda nie zrobiły na nim aż tak przesadnego wrażenia. Jak i cała ta sytuacja.

Grybovna nie była pierwszą która Northman zgwałcił, gdyż jego drakkar nie raz trafiał na osady gdzie czyniono... to co się zwykle czyni jak się siedzi na drakkarze. Tym razem sprawa była inna, bo uczynił to wbrew swej woli i własnie tym czuł się bardziej zgwałcony niż tym co fizycznie wyrabiały z nim wiedźmy.

- Może zrozumieją wszak raz że nas opętały i nie czyniliśmy tego wedle własnej woli, dwa że i tak wyszła na tym lepiej niż jakby hobgoblin doprowadził ja w góry. - mówiąc to okrył dziewczynę wilczym futrem i otarł łzy z policzków.


Powstał i rozglądał się po polanie obchodząc ją całą i szukając swych rzeczy lub jakichkolwiek poszlak którędy wiedźmy ich tu przytargały.
Gdy Bjólf skończył uwalnianie mocy czaru, Frey zbliżył się do niego.
- Ja tam uważam, że nie zasłużyłem. na taki los. - rzekł - A zresztą chłopi dowiedzieć się o niczym nie muszą.
Dodał wymownie patrząc to na Grybovnę kiwającą się w niewielkiej odległości... to na spory kamień leżący w trawie pod jednym z drzew, taki idealnie nadający się do wzięcia go w dłoń i....
- Mogliśmy wszak jej nie znaleźć. Zresztą i tak licho wie gdzie jesteśmy i czy odnajdziemy drogę z powrotem.

Horus - 2012-12-29, 23:00

Czujnemu oku krasnoluda nie umknęły wymowne spojrzenia Northmana, poprzedzone zresztą nie mniej wymowną sugestią. Uśmiechnął się drapieżnie, ale w uśmiechu tym nie było przychylności. Opuścił ramiona swobodnie wzdłuż ciała; w dłoniach wciąż migotały płomyki energii. Odsunął się od mężczyzny i obszedł Grzybównę tak, by dziewczyna znalazła się między nimi. Ozwał się wreszcie, acz w jego głosie przebrzmiewała jeno nuta zimnego zdecydowania.
- Po co tu ruszyliśmy, Frey? - zapytał, wciąż uśmiechnięty - Po to, żeby ukręcić sprawie łeb, kiedy tylko nieco się skomplikuje? Może nawet dosłownie?
Wyciągnął przed siebie ramiona, dłonie zawieszając na wysokości głowy dziewczyny.
- Dla złota? - ponowił pytanie - Nie... Takie motywy nam przynależne. Dla chwały? Z przyzwoitości? Ot, zagwozdka.
Przeniósł wzrok wzrok na Czrvenicę. Z palców krasnoluda wytrysnęły snopki błękitnego światła.

Leoncoeur - 2012-12-30, 00:42

- Potrzebuję sojuszników Bjolf - skald odezwał się cicho patrząc krasnoludowi w oczy. - Przeciw wrogowi, który krąży w tych lasach. Chłopi z Polany? Czemu nie. Wiedźma? Myslisz, że chciałem byś pamiętał drogę do jej modrzewia by się z nią chędożyć?
Northman oparł się o drzewo przytrzymując improwizowane odzienie.
- Sam rzekłeś, że chcesz iść po dziewkę, bo na twych oczach porwana i że snu nie zaznasz. - mruknął. - Też własny cel. Ot egoizm, nie przyzwoitość. O sławie i złocie rzecz jasna nie wspomnę bo go tu nie znajdziesz.

Skrzywił się lekko i zaczął bawić się warkoczykiem na brodzie.
- Żal mi dziewki. Tak po ludzku. Sympatyczna doczera, może jej śmiech niósł się po polach, życie Bjolf, piekno, radość - tak. Żal mi jej. Ale co mam się tu pochlastać?

- Jarl af Havn zwał się drakkar wyśmienity, a mężów na nim znalazłbyś najlepszych. Duma morza, duma Moonshae i najpierwsi Thóra słudzy. - zaczął podniosłym głosem intonując jakby głosił sagę, lecz zaraz wrócił do poprzedniego tonu. Mówił cicho by Czrvenica nie słyszała jakby jej stan pozwalał na rozuienie co dzieje się wokół niej. Zbliżył się do krasnoluda. - Na Wybrzeżu Mieczy wciąż są jeszcze zarośnięte zgliszcza wsi na jakie trafiliśmy w morskiej wędrówce, kości zgwałconych niewiast i zabitych rybaków leżą tam pewnie rozwłóczone przez wilki. Czemuśmy to czynili? Dla złota, kuu radości i uciesze. Wracają czasem, rżnięci żelazem mężowie i hańbione niewiasty. W snach. Ale czy winny się czuję? A czemu? Czy możny winny się czuje, że chłopa gnębi daniną? Czy chłop winny się czuje bijąc psa kijem? Czy morski rozbójnik czuje się winny łupiąc wsie co okupu nie chcą płacić? Poszedłem Grybovne odbić bom szukał sojuszników i chcąc by ta dziewka żyła jak chciała, radośnie, za to można skóry nadstawić. Poszliśmy za nią, uwolniliśmy, dowiedzieliśmy się, że hobgoblin planuje napad na wieś. Ostrzeżeni chłopi mogliby się obronić, hobgoblin sądząc że został oszukany przez wiedźmę zacząłby z nimi wojenke, tez wesoło. Po tom jej postać przybrał, a nie orka by znienacka siwego w łeb chlasnąć i z dziewczyna czmychnąć. Teraz zaś co? Odejdziemy, to gobliny może wieś wymordują. Zabierzemu Grybovne, to nas wieśniacy za gwałt na pal wbiją (choć nie nasza to wina). Szukam sojuszników, nie wrogów. Wrócimy bez niej, wieś ocaleje i będa nam wdzięczni. A ona? Biedna dziewczyna, żal mi jej teraz i będzie mi jej żal zawsze. Ślicznej młódki co w snach mi będzie powracać jaką mogłaby być i jaką była. Jako roześmiany rudzielec buszujący w zbożu i jako zgwałcona i sponiewierana dziewczyna z rozbita głowa zostawiona w lesie. Ale jakie mamy inne wyjście?

Horus - 2012-12-30, 23:36

- Wszystko co żyje, Freyvind, wiedzione jest własną potrzebą - Bjolf odrzekł po krótkiej chwili, przenosząc wzrok na rudą; i on mówił cicho i długo - Wiele lat temu Ulf Broström służył toporem swojemu klanowi osiadłemu w starożytnej krasnoludzkiej cytadeli Adbar. Jednej zimy Mroźny Las przekroczyła zbrojna grupa orków. Napadła na osadę ludzkich najemników, mordując całe rodziny i paląc niewielki garnizon naszej straży. Pogoń umyślnie nie gnała ich w pośpiechu. Chcieli, by ścierwo wróciło do swoich pieczar, by doprowadziło ich do gniazda zarazy. Być może jeszcze dziś Lodowe Góry niosą echo ich krzyków. Dziad mówił, że najgorszy był wrzask ich dzieci. Wibrujący, przeraźliwy, niemalże ludzki. Lecz słuszna zemsta jest świętością dla każdego krasnoluda, a to nie były nawet zwierzęta.
Odetchnął ciężko. Przez wiele pośród ostatnich miesięcy, krasnolud nie miał okazji prowadzić tak długich rozmów. Przez wiele tygodni nie prowadził żadnych rozmów. Gardło nawykało powoli, a przy tym paliło go nieznośne pragnienie.

- Nie łudzę się jednak myślą naiwną - kontynuował z wolna, półszeptem - że dziad mój z potrzeb innych, niż własnych, ruszył w wieczną tułaczkę. Wszak sam zabijał, święcie przy tym wierząc, że wschodni wiatr uciszy nocne, o których i Ty mówiłeś. Po latach tułaczki przestajesz pamiętać znajome twarze, zapominasz głosy; pamiętasz jedynie imiona. Ilu tych, których zabiłeś, znałeś z imienia? -
- I mnie nauczył zabijać - szeptał, znów patrząc w oczy Northmanowi - być może nauczył tego, co sam potrafił najlepiej. Jedno zali czyniło różnicę - nigdy już nie mordował z czyjegoś rozkazu. Nigdy nie zabijał z potrzeby innej, niż chęć własna. Zabijał, bo chciał, wtedy li tylko. Ni on, ni ja, nie należeliśmy nigdy do świata, o którym mówisz. Należymy do Rubieży, a te dają wolność niewyobrażalną: tu nie ma panów i sług, tu wszystko zależy tylko od twoich własnych kroków i jedynie przed sobą samym odpowiadasz.

- Nie obchodzą mnie twoje sojusze, Frey - dodał szeptem balansującym na granicy ledwo słyszalnego pomruku - Wyprzedź nas, kmieci ostrzeż, sojuszników zyskaj. Ruszyłeś tu z własnej woli, gnany sobie jeno znanym motywem. Moją wolą jest, by dziewczyna żyła. Nie wyręczę losu i twojemu wyręczaniu nie przyklasnę. Jej przeznaczenie znów jest w jej własnych rękach.

Leoncoeur - 2012-12-31, 02:58

- Rozumiem Cie. I niech tak będzie. - odpowiedział Frey po chwili. - Wracajmy tedy na Polanę z dziewką, o ile drogę znajdziesz.
Northman znów spojrzał w oczy Bjolfa.
- Ale jeżeli chłopi za to cosmy tu uczynili będą chcieli nas bić, zadość za jej krzywdy uczynić. Wiedz jedno. Wioska wrogiem mi będzie jako i ty, obierający tą drogę. Choć ją rozumiem i akceptuję. A ja choć lubie cię Bjolfie wielce, to litości w sobie mam... jak ty. - spojrzał wymownie na dziewkę.

Northman nie rzekł nic więcej szykując się do drogi. Sam jej by nie odnalazł, zdał się więc na krasnoluda.
Paradoksalnie, wbrew temu co sugerował względem Grybovny wcześniej, teraz podszedł do niej spokojnie i z pewną widoczną w oczach troską. Starał się nucąc lekko doprowadzić dziewczynę do spokoju i możliwości zabrania jej na jej własnych nogach dalej, w kierunku jaki obrałby krasnolud.
- Ech biedna ty doczero... - szepnął głaszcząc ją delikatnie po włosach. - Rudzielce to mają jednak przerąbane. - Dodał przytulając ją starając się ją uspokoić.
Spoglądał przy tym na Bjolfa czy wskaże on drogę jaką mieli podążać.

Amon - 2012-12-31, 14:16

Pod wpływem łaski krasnoludzkiego boga, która spłynęła na nią poprzez dłonie Bjolfa, dziewczyna wyrwała się ciemnego zakamarka własnego umysłu. Obmacała dłońmi swoje uśmierzone z ran i bólu ciało, przeniosła załzawione oczy na dłonie krasnoluda, dłonie które przyniosły jej ulgę nie jawiły jej się dobrze, pisknęła strachliwie. Gdy Freyvind narzucił na nią prowizoryczne odzienie i dotknął palcami jej policzka, Czrvenica zaczęła trwożnie dygotać. Siedziała na trawie niespokojnie, jak zaszczute zwierze między dwoma drapieżnikami. Drgająca nieustanie szczęka i suche od płaczu gardło utrudniało dziewczynie wyartykułowanie pojedynczego słowa.
- P... Prosim... ne... – Grzybówna spuściła wzrok i odkaszlnęła kilka razy, podpierając się na zaciśniętych pięściach. Tors Czrvenicy to podnosił się to opadał w szybkim tempie, pod wpływem stresu.
- Prosim, ostavtje mne, vy uże brali czo hoteli. – Dziewczyna przełknęła
- Ne rańtje mne uż prosim. – Otarła ramieniem nos
- Prosim ne ubivatje! Ja bude rabit czo hotete. – Podniosła swoją piegowatą bladą twarz zerkając błagalnie to na krasnoluda, to na northmana.
Kiedy Frevind pochylił się nad nią i przytulił, dzieczyna przemogła paniczny lęk i nie odsunęła się, dygotała tylko sztywno w jego objęciach szepcząc cicho:
Prosim ne, prosim ne

Horus - 2012-12-31, 18:19

Bjolf długo patrzył w oczy Freyvindowi; wzrok ten był pełen myśli i słów, ale ich natłok czynił niemożliwym jakiekolwiek ich odczytanie. Wreszcie, jego czoło się rozpogodziło, a błękitne oczy odzyskały właściwy sobie wyraz - wyraz zdecydowania.
- Nie chcieliśmy - krasnolud odpowiedział dziewczynie głosem spokojnym z początku, który jednak z każdym wypowiedzianym zdaniem nabierał mocy - Nie chcieliśmy niczego z zeszłej nocy. Nie po to ruszyliśmy twoim śladem , by brać cokolwiek wbrew woli. Wiedźmy widziałaś; na równi niewolnikami nas poczyniły. Ale zły sen się skończył. Najwyższy czas, byś przestała prosić o cokolwiek. Wstań, walcz, żyj!
Obrócił się na pięcie i energicznie oddalił od dwójki, kreśląc coraz szersze okręgi wokół. Działanie przysporzyło mu nowych sił; bierność zawsze go dławiła. Gdzieś, po za śladami nocnej orgii musiały przetrwać te nieco starsze, te wiodące ich do miejsca, gdzie zatrzymał się czas. Połamane gałęzie, odciski bosych pięt, rozgrzebana ściółka, strzępy wilczego futra... Bjolf wiedział, że aby odzyskać orientacje w terenie, musi powrócić do miejsca, w którym ją utracił. Byli półnadzy, bez broni i jedzenia. Czas naglił podwójnie; wkrótce Polanę podejdą gobliny. Być może, nie będzie dokąd wracać.

Amon - 2012-12-31, 18:35

Mimo pełnego wytężenia umysłu, Bjolfowi nie udało się odnaleźć żadnych śladów, najwyraźniej wiedźmy kiedy chciały potrafiły poruszać się bardzo ostrożnie. Krasnoluda uderzyła też inna myśl: ile właściwie minęło czasu od ich pojmania? czy to było wczoraj, czy dalej? wszak kiedy jego oczy zostały zamknięte, Bjolf nie dysponował żadnym zmysłem.
Mimo wszystko krasnolud potrafił nieco zorientować się w terenie, byli blisko gór, pewnie dzień drogi bliżej niż wczoraj. Krasnolud zakładał że jeśli szli by na południe, powinni trafić na górny odcinek strumienia, który powinien prowadzić w stronę miejsca w którym spotkali hobgoblina. Z drugiej strony tam właśnie natknęli się na wiedźmy... . Bjolf uważał również, że jeśli odbili by nieco na południowy zachód, mijając strumień, powinni znaleźć się w okolicach starego modrzewia, domeny Drzewnej Wiedźmy. Ukształtowanie terenu sprzyjało im, schodzili teraz w dół, jednak niezależnie którą drogę obiorą, to będzie jakiś dzień, półtorej dnia drogi.

Horus - 2013-01-03, 11:29

- Frey! - zawołał krasnolud, powracając do dwójki - Nie odnalazłem żadnych śladów; to nie lada sztuka, nie zostawić ich, wędrując z trójką niemalże spetryfikowanych osobników. Wydaję mi się jednak, że odzyskałem orientację: jesteśmy dzień marszu bliżej względem gór. Pójdziemy na południe, a powinniśmy znaleźć się w punkcie wyjścia: być może znajdziemy tam nasz ekwipunek i zapasy. Być może. Jeśli stopy nasze powiedziemy nieco bardziej na zachód, trafimy na dobrze nam znany stary modrzew. Tak, czy inaczej, to dzień, półtorej dnia marszu. Jak odnajdujesz takie możliwości?
Nim zamilkł, rzucił jeszcze długie, badawcze spojrzenie Rudej.

Amon - 2013-01-04, 13:27

Gospodarska córka mimo młodego wieku zdawała się bardziej niż zdolna, do długotrwałych bosych podróży przez las. Dziewczyna zerkała na was bacznie śledząc każdy ruch i nie zamierzała wtrącać się do wymiany zdań. Znacznie bardziej odpowiadało jej, że jesteście zajęci sobą a, nie nią... i nie zamiarowała w żaden sposób przyczyniać się do zmiany tego stanu.
Leoncoeur - 2013-01-04, 13:41

- Odnajduję je.... jako jedyne. - mruknął Northman wyraźnie zdegustowany wizja długiej bosej wędrówki przez las.
- Przydałoby się pójść gdzie choćby teoretycznie nas rozbierały te babsztyle, może Odin da znaleźć swe rzeczy.
Skald spojrzał na Grybovnę i Bjolfa.
- ruszajmy, nie ma co marnować czasu.

Horus - 2013-01-04, 14:44

Bjolf w milczeniu skinął Northmanowi głową. Ruszyli, ostatecznie decydując się na południe i obranie za cel miejsca, gdzie utracili kontrolę nad swoimi ciałami i całość ekwipunku. Wcześniej krasnolud znalazł solidną gałąź i ułamując ją z obu końców, uczynił sobie prosty, wędrowny kostur. Przez lata wędrówek sękate dłonie nawykły do noszenia drzewców najróżniejszych broni i narzędzi; czuł się nieswojo maszerując z pustymi rękami.
- Będę wypuszczał się na szpicę - wyjaśnił krótko - Ale nie zniknę wam z oczu. Jeśli posłyszycie mój krzyk, bierzcie nogi za pas i nie oglądajcie się za siebie. Na zachód, później na południe. Byle dalej, bezwzględnie.
Surowe spojrzenie błękitnych oczu nie znosiło w tej kwestii jakiejkolwiek dyskusji.

Amon - 2013-01-04, 15:01

Grupa ruszyła zatem w kierunku, gdzie jak przypuszczał Bjolf, pojmały ich wiedźmy i gdzie obydwu mężczyzn miało nadzieje znaleźć chociaż część swojego ekwipunku. Droga była wyjątkowo uciążliwa, krasnolud i northman notorycznie potykali się, ponadto ich stopy nie przywykłe były do bosej wędrówki po często ostrych gałęziach i kamieniach. Dla kontrastu Grzybówna, poruszała się boso od urodzenia i podróż nie była dla niej bardziej męcząca niż zwykle. Dziewczyna trzymała się dobre kilka stóp za mężczyznami ale nie wyglądało by zamierzała się od nich odłączyć.

Ściemniało się już gdy do nozdrzy towarzyszy dotarła woń palonego drewna. Grupa zaczęła poryszać się ostrożniej. Nie minęło wiele czasu gdy udało się odnaleźć źródło ognia. Dogasające, zwęglone gałęzie były porozrzucane po niewielkiej polanie. Widać było trzy mniejsze goblińskie ciała oraz jedno większe, należące do hobgoblina. Wyglądało na to, że humanoidy zostały zaatakowane bardzo gwałtownie, nie mając za bardzo czasu na jakikolwiek kontratak. Z każdych zwłok wystawało po kilka strzał. Gdy podeszliście bliżej rozpoznaliście w hobgoblinie porywacza, widząc go grzybówna charknęła kilka razy, zbierając dużą ilość wydzieliny i plunęła obwicie na wykrzywioną w agonalnym grymasie twarz nieboszczyka.

Przy ciałach nie zostawiono żadnego ekwipunku, prócz prostych części garderoby jakie goblinoidy mogły by nosić oraz dwóch kościanych sztyletow oraz jednej porcy. Wsród rozrzuconego ogniska dało się odnaleźć kompletnie ogryzione do ostatniej kosteczki pozostałosci małego zwierzęcia.

Horus - 2013-01-04, 19:06

Bjolf skrzywił się z niesmakiem na widok goblińskiego ścierwa, ale mimo to przystąpił do pośpiesznych oględzin. Najwięcej czasu poświęcił lotkom strzał, próbując określić ich proweniencję; każdy z ludów zamieszkujących Krainy wyrabiał je na swój własny sposób.

Zabrał również dwa kościane sztylety; jeden rzucił Northmanowi, drugim rozszczepił koniec swojego kostura i odciął z jednej leżących nieopodal szmat prowizoryczny powróz. W powstałą szczelinę wsunął drobną rękojeść goblińskiego oręża i ciasno owinął, wiążąc na kilka supłów. Całość roboty, w zręcznych krasnoludzkich dłoniach, zajęła ledwie mgnienie oka.
- Raduje mnie ten widok - rzucił do dwójki, dzierżąc w dłoni już nie kostur, a prowizoryczną włócznię z kościanym grotem - Ale mniej uraduje mnie widok tych, co to uczynili. Ognia wykorzystać nie możemy. Ruszajmy dalej.

Leoncoeur - 2013-01-04, 19:37

Kościany sztylet gobliński nie był bronią o jakiej można by marzyć, ale chwilowo był jedyną.
W przeciwieństwie do krasnoluda Frey nie próbował nawet robić improwizowanej włóczni, zamiast tego sprawdził wyważenie.
Nie zawiódł się.
Była to tragiczna broń do rzucania. zawsze jednak coś niż nic.

- Więcej ich było. - rzekł patrząc na ciała. - Ciekawe czy udało im się uciec czy tez zostali wykończeni wcześniej.

Gdy Bjolf oglądał ciała i strzały, oraz robił sobie prostą włócznię, northman obszedł dookoła niewielką polanę zaglądając za drzewa i krzewy okalające ją.

Amon - 2013-01-05, 15:33

Bjolf był utwierdzony w przekonaniu, iż strzały były hobgolińskiej roboty, długi, cienki i szpiczasty kszemienny grot, ostro ścięte lotki, prostota, funkcjonalność.

Freyvind nie wypatrzył w leśnym gąszczu niczego nadzwyczajnego, zresztą wieczorna szarawka nie czyniła jego wzroku jakoś szczególnie bystrym.

Czervenica oswobodziła z odzierzy wszystkie trupy nie załując im przy tym mowy nienawiści. Nałożyła na siebie dosłownie wszystko co było dostępne. Wyglądała teraz jak jakaś półdzika traperka. Podwinięte hobgoblińskie spodnie, podziórawiona i pokrwawiona skórzana koszula. Wzięła też procę.

Przed nocą udało wam się dotrzeć do miejsca, w którym jak uważał Bjolf, odebraliście Grzybównę z rąk hobgoblina.

Miejsce w którym napadły was wiedźmy albo mineliście, albo po prostu nie udało wam się wypatrzeć żadnego pozostawionego ekwipunku.

Horus - 2013-01-06, 14:14

- Jeśli mamy dotrzeć do Polany przed goblińską komandą, trzeba nam będzie maszerować również po zmroku.
Bjolf stał wsparty na włóczni, strzegąc otoczenia czujnymi oczyma. Czekał jedynie na aprobatę ze strony dwójki, był gotowy do dalszego marszu. W umyśle budował już mapę otoczenia i trasę pozwalającą na "ścięcie" wszystkich możliwych meandrów ich dotychczasowego szlaku.

Leoncoeur - 2013-01-07, 14:13

- Nie. - Northman pokręcił głową.

- I nie idzie mi o zmęczenie, czy niebezpieczeństwo. Furda to. Ale jak pewnie zauważyłeś drevna sucz mści się za nie oddanie jej części naszego życia. Mści się od kiedy odeszliśmy od starego modrzewia. - Pociągnął ręką po zadrapaniach na twarzy jakie pozostawiły liczne gałęzie, bez litości bijące ich w czasie wędrówki.
- "(...) pametajte, że vam dreva pomocy ne budu davat". No i nie dają. Ja nie widzę po nocy tak dobrze jak Ty, a tu roi się od korzeni drzew kierowanych złośliwością vedmy. Nie Bjolf, nie nocą bo ja kulasy chce mieć całe.

Horus - 2013-01-08, 14:47

- Wybacz, Frey - krasnolud pokiwał głową - Racja po twojej stronie, a mi upartość jeno przesłania zdrowy rozsądek.
Znów zostawił dwójkę na kilka chwil. Ruszył w poszukiwaniu dobrze osłoniętego miejsca, z możliwie jak najgrubszą warstwą ściółki. Na wypadek gdyby wszędzie było go jednakowo mało, był zdecydowany zgarnąć je w jedno, gdzie usiądą i dadzą odpocząć kończynom; noc będzie chłodna, a nawet na wiosnę zdarzają się jeszcze przymrozki. Bjolf dawno nauczył się, że dobra izolacja od gleby to podstawa.

Leoncoeur - 2013-01-09, 15:59

Northman przez chwilę stał spokojnie nucąc coś pod nosem, lecz po krótkiej chwili zerknął na Grobovne.
- Czrvenico - rzekł cicho i spokojnie. - Wybacz, że do tego wracam ale... czy vedmy kiedykolwiek wcześniej jakichś mężów z Polany tak jak nas zaczarowały? Bywały takie przypadki?

Amon - 2013-01-09, 23:03

Bjolf okupił poszukiwania kilkoma upadkami i zadrapaniami. Jednak znalazł miejsce jakiego szukał. Trójka w w końcu mogła zaznać nieco odpoczynku.

Grzybówna pokręciła przecząco głową na pytanie Freyvinda. Trzymała się nieco na uboczu, jednak im ciemniej się robiło tym większej korekcie ulegała początkowa odległość od dwóch mężczyzn. Nie zamierzała się na pewno do was tulić ale wolała nie zostawać sama w środku lasu.

Noc udało wam się przetrwać spokojnie i nawet zaznać nieco snu.

Ruszyliście wczesnym rankiem. W drodze Bjolf znalazł nieco jagód, nie było tego wiele jednak wasze puste żołądki przynajmniej na moment przypomniały sobie że jest coś takiego jak pokarm.

Dla dwójki mezczyzn droga zwyczajowo była usiana "przeszkodami", Grzybówna radziła sobie znacznie lepiej.

Gdzieś koło południa Bjolf zdał sobie sprawę że możecie przejść przez okolice wiedźmowego modrzewia, lub możecie go ominąć łukiem.

Horus - 2013-01-10, 16:29

- Dobrze byłoby uniknąć ponownej wizyty pod starym modrzewiem. Co o tym dumacie, towarzysze niedoli?
Nie przerywał równego marszu, chociaż ciągłe potykanie się powoli wyczerpywało przepastne rezerwuary jego cierpliwości. On, krasnolud który połowę żywota spędził wśród puszcz i bezkresnych stepów, szedł teraz z gracją proszalnego dziada-kuternogi.
- Chyba, że pragniesz teraz przedłożyć swoją sprawę naszej małej drzewnej suczy... - rzucił półżartem do Freyvinda.

Leoncoeur - 2013-01-10, 17:01

- A ja bym zajrzał teraz, nie zawadzi. Gdyby chciały nas wykończyć to zrobiłyby to, tedy i ona widać powodów ku temu nie ma - Skald w zamyśleniu pogłaskał się po brodzie.
-... a skoro to po drodze, to nie wadzi w takim razie obaczyć. Kto wie, jak jej we własnej sprawie cosik ofiaruję, to i przychylniej na nas wszystkich spojrzy przed tym jak na Polane ruszymy dalej. Niewiele mnie zdziwić potrafi, nawet to, że nasze rzeczy u niej być mogą, bo przewidywać mogła, że koło niej wracać będziemy jak po drodze nam wcześniej było. Może i Matt tam sie pasie słuchając w zadumie jak sierść mu rośnie...

Freyvind zawahał się i spojrzał dyskretnie na Grybovnę, po czym schylił się lekko by szepnąć coś krasnoludowi na ucho.

Horus - 2013-01-10, 22:10

Krasnolud spoważniał nieco. Spoważniał bardziej, słuchając szeptu.
- Wola Twoja - odrzekł Northmanowi głosem cichym, acz nie szeptem jeszcze; szeptać wcale nie musiał - Propozycje swoje wyrażaj jeno umiejętnie. Odmowa może uczynić nam wrogów na obu płaszczyznach. Ale mówić umiesz... Masz więc wolną rękę.
Nie przerywali marszu. Teraz jednak stopy wiodły ich wprost do starego modrzewia.

Amon - 2013-01-10, 22:34

Grzybówna nie miała własnego zdania w kwestii drogi jaką należało by obrać.

Towarzysze przedzierali się się (jedni mniej inni bardziej dosłownie... ) przez las jeszcze dobrą godzinę nim znaleźli się przy znajomym małym jeziorku. Wygłodniała komaryna przyssała się do nich radośnie pobrzękując.

Grupa obchodziła powoli jeziorko stąpając po grząskim mulistym dnie. Dobrą rzeczą było to że w wodzie nie było korzeni czy gałęzi. Niestety na tym kończyła się lista bytów jakich w wodzie nie było... Wodne pająki, pijawki i tym podobne ochoczo wpełzywały na "nowo przybyłych"

Dostrzegliście Wiedźmę z dobrych pięćdziesięciu jardów. Leżała beztrosko oparta o pień modrzewia. "Jej" bujne włosy opadały na trawę. Wiedźma była skupiona na nawlekaniu nici na kościaną igłę. na jej nagich udach leżał płat skóry. Fakt że na konarach drzewa dyndały już tylko trzy goblińskie truchła pozwalał się domyślać mężczyznom, na jakiego rodzaju "materiałach" pracuje drzewna wiedźma. Na skraju polanki pasł się Mat. Jego sierść całkowicie odrosła.

Grzybówna widząc wiedźmę zatkała sobie usta obiema dłońmi i stanęła sparaliżowana strachem.

Leoncoeur - 2013-01-11, 01:55

Frey powoli brodził w wodzie, aż wyszedł na brzeg. Przez chwile krzywiąc się zdejmował dwie pijawki radośnie chłepczące jego posokę po przyczepieniu się do jego nóg.
- Jak obiecałem, wróciłem vedmo. - rzekł po chwili nie zwracając na razie uwagi na Czrvenice i Bjolfa. - Myslę, że dobrze byłoby nam pogadać.

Horus - 2013-01-12, 01:29

Bjolf zwolnił wyraźnie, pozwalając Northmanowi wysunąć się na przód. Wyprzedził tylko Grzybównę, zatrzymał się przed nią i znieruchomiał, swoim zwyczajem wspierając się na włóczni, jak na wędrownym kosturze. Nie umknęło mu przerażenie dziewczyny; umknąć wszak nie mogło.
- Spokijno, dytyno - powiedział miękko w odmianie Wspólnej zasłyszanej z dum - Spokijneńko.

Amon - 2013-01-12, 20:51

Grzybówna popatrzyła tylko na Bjolfa ale wcale nie zrobiła się spokojniejsza, stała jak zaklęta i nie zamierzała ruszyć się ani kroku.

Wiedźma zerknęła w waszym kierunku, mamrotała coś niezrozumiałego pod nosem. Mogło to być jakieś zaklęcie, ale nawet jeśli w istocie nim było, to nie mieliście pojęcia jakie.
- Tak gadaj... - rzuciła oschle odkładając robótkę i wstając z ziemi. Wyprostowała się i zaplotła ręce na piersiach. Jej ciało nie było mniej nagie niż zapamiętaliście. Wiedźma miała ponurą minę, "jej" długie loki falowały dziko mimo iż pogoda była całkowicie bezwietrzna.

Leoncoeur - 2013-01-12, 22:54

- Chciałaś roki naszego żywota, aleśmy ci nie dali. - zaczął nie zrażony chłodną postawą vedmy.
- Wiem tedy żeś obrażona, ale nie gniewaj się na nas proszę cię drzewny kwiecie tego lasu. Wszak devke bez twej pomocy żeśmy odzyskali, a nawet mimo twego przeszkadzania - Uśmiechnął się lekko (na znak, że pretensji nie zywi) przesuwając ręką po zadrapaniach na policzku jakie pozostały pamiątka po gałęziach chłoszczących go w w czasie drogi.

Frey zbliżył się lekko, raptem o dwa kroki, jednak bez jakichkolwiek ruchów jakie mogłyby odczytane być wrogo. Rozłożył ręce w geście wskazania iż de facto wyszło na "ich", nie "vedmy". Starał się mówić z szacunkiem, ale nie przesadnym aby nie popaść w sztuczność.
- Sama widzisz piękna drevna vedmo, żeśmy pomocy twej nie potrzebowali i bezdurno byśmy oddali ci własną część żywota, bo przed czarcimi vedmami i tak by pewnie twoja opieka nas nie uchroniła. Siły twej jednak nie doceniać nie sposób, choć jak rzekłaś mlada z ciebie vedma, toć silna i mądra. - dość płynnie wszedł w schlebiające tony. - Tedy ja ci część swego żywota oddam, tu i zaraz, jak mi pomoc w mej sprawie przyobiecasz, a każdą przyjmę bo to nie ściganie goblynców po lesie.
Mówiąc to znów lekko, spokojnie i powoli się zbliżył, tylko tyle by bliżej być wiedźmy niż Bjolfa i Grybovny.
- I prośbę z karlem byśmy mieli. - szepnął tak by "drevna" usłyszała, a Czrvenica już nie. - Może ty znasz czary lub wywary co pamięć potrafią zagłuszyć, by kto co złego zaznał już nie pamiętał. Dziewce zło się przydarzyło, niechaj zapomni, niech na jej uśmiech w przyszłości to czego zaznała się nie rzuci. Odwdzięczym się lub zapłacim za to jeśli taka twa wola.

Amon - 2013-01-13, 00:02

Drzewna Wiedźma zdawała się osobą wyjątkowo podatną na wszelkiego rodzaju pochlebstwa i słodzenia. Prężyła się niemal jak kocór, za każdym razem gdy Freyvind wypowiadał słowa "piękna", "silna", "mądra". Nie przypominaliście sobie takiego zachowania z poprzedniego spodkania. Lukrowana gadka northmana czasowo poprawiała pochmurny nastrój wiedźmy.

Kiedy mężczyna skończył wywód, wiedźma parsknęła:
- Ano... smerdi czartymi vedmami. - pociągneła nosem
- Jeszcze navet se vy ne umyli... - Wiedźma popatrzyła z obrzydzeniem na mężczyzn ale zaraz spojrzała na Grzybównę zupełnie daleka od obrzydzenia... . Wiedźma wyciągnęła rękę i wskazała na dziewczynę. Czrvenica jęknęła gdy długie rośline macki wynużyły się z wody oplatając najpierw jej nogi a potem całe ciało ostatecznie kneblując usta nawet (zostawiając jednak nos tak by dziewczyna mogła złapać powietrze). Trwało to wszystko zaledwie oddech serca. Wiedźma wykonała ta samą ręką zapraszający gest, łowcza roślina, posłuszna wiedźmie pomknęła wraz z Grzybówną w jej kierunku poprzez wodę jeziorka a gdy woda ustąpiła miejsca trawie, korzenie przeorały ziemię, zatrzymując się dopiero przed stopami Drzewnej Wiedźmy. Grzybówna była całkowicie unieruchomiona, jedynie jej klatka piersiowa unosiła się w galopującym tempie (na ile pozwalały oplatające ją konary.)

Wiedźma z lubierznym uśmiechem przybliżyła twarz do ciała dziewczyny i zaciągnęła się "jej" zapachem.
- Ty takoże se jeszcze ne myla... - wiedźma spojrzała zalotnie na krasnoluda i northmana po czym zaczeła się śmiać.

Kiedy w końcu przestała rechotać pokiwała głową.

- Pravda, szkoda vaszyh jajec ibo kmety budu hotet je vam odrubat. Tak ne hotete czo by devka pametala. - Wiedźma wsadziła nerwowo palec do ust zastanawiając się nad czymś, w końcu pstryknęła palcami dając do zrozumienia że ma pomysł.

- Da se zrabit, że devka ne bude pametat. Duha ja znam, czo pożre pamet. - Popatrzyła chytrze na mężczyzn.
- To jak?

Leoncoeur - 2013-01-13, 01:27

- Nie myli się my, bo i gdzie nie było, a to twoje jeziorko i jeszcze byś pieknooka znów na nas zła była że ci spokój mącimy i bez pozwolenia robimy co chcemy gdzie tyś królową. - Skald roześmiał się i zmrużył oczy. - Pozwolisz to z chęcią brud z siebie zmyjemy.

Spojrzał na Grybovnę przyciągniętą do wiedźmy przez roślinę.
- Duchy przewrotne są - przemówił po chwili przypominając sobie sagi i opowieści z folkloru. - My chcemy by dziewka nie pamiętała co stało się od czasu gdy nas Czarcie Vedmy zdybały. A duch nie pożre jej całej pamięci że stanie się jak ta roślina co ja oplatasz? To jakby ją zabić, a my tego nie chcemy. Jeżeli tylko ta część pamięci jej pożre o jaką nam chodzi, to rzeknij co za to żądasz urocza vedmo.

Zbliżył się jeszcze stając obok Grybovny i przez chwile leniwie bawił się jej włosami zastanawiając się nad czymś.
- Jam z daleka, zły los mnie tu rzucił z dalekiego zachodu... wraz z innymi. Spora grupa mocnych i walecznych koldunów, okrutne woje jakich tu nie widziano. W Lethyrze śladem ich szedłem, mijałem trupy i spalone sioła, aż przeszli na drugą stronę Wielkiej Doliny, w tych lasach ich zgubiłem. Chcesz piękna królowo modrzewiej polany, to sagę ci o tym wyśpiewam. Ale głów chcę, a przynajmniej jednej z nich. Pomóż mi, mocą swa wielką co drzewami włada i wskaż gdzie są, niechaj mi twa potężna opieka sił w walce z nimi przysporzy, niechaj drzewa wspomogą miast gałęziami w pysk trzepać. Za to z żywota swego lub czym innym zapłacę z ochotą.

Amon - 2013-01-14, 16:55

Wiedźma wzruszyła ramionami

- Duh żre od vpreda lub od nazada. Tak żre, aż go nekto ne zatrima. Tak jak nikto ne zatrima, bude żret vso. Tak jak bude pożreta vsa pamet, duh telo bere i v nim żivu. - Mówiąc to wiedźma gestykulowała zjadanie od przodu i od tyłu.
- Jak se duha zatrima i vygna v czas, devka żit bude. - Wiedźma uśmiechnęła się krzywo.
- Ale... nikto ne zna, jak ryhlo duh żre. - Wiedźma rozłożyła ręce.
- Tak jak ja mu skażu naprimer żret od nazada, to ja neznam li on v godine pożre deń li rok. - kobieta uniosła palec w górę
- Zato znam, że duh pożre vso, do zapada solnca.


Wiedźma słuchała długo "prywatnej" proźby northmana.
- To tebe bude drago stat, krasivy koldune... - Drzewna Wiedźma uśmiechnęła się a jej źrenice roższerzyły się.
- Moge ja zly czar z tebe vzet i dobry dat. Zato ty mne dasz, czo ja bude hotet... kedy bude hotet. Ne dnes ne zautra. - Wiedźma zaplotła dłonie na ramionach northmana, chciała się przybliżyć ale po pociągnięciu nosem skrzywiła się lekko i odsunęła.
- A żeby ty ne "zabyl"... ne myslal mne lżet, czar bude na tebe dany, ne prez mne, ale silnejszu vedme.

Wiedźma oparła dłonie o biodra
- To jak?

Leoncoeur - 2013-01-14, 18:09

- Bjolfie? - Skald zwrócił się do Krasnoluda. - Co ty na to? - spytał i wiadomym było, że nie idzie mu o jego "prywatną" prośbę. Spojrzał wymownie na Czrvenicę i Vedmę.
Amon - 2013-01-14, 18:24

Oczy Grzybówny były pełne przerażenia i łez. Jej usta były zablokowane ale uszy nie. To co dziewczyna zrozumiała ze słów northmana i wiedźmy chyba nie napawało jej spokojem.
Horus - 2013-01-15, 23:39

Krasnolud długo patrzył na Grzybównę, jak na ptaszynę szamoczącą się pośród cierni. Wydawało się niemal, że głuchym się stał na słowa wiedźmie i northmańskie; na jego twarzy nie malował się najmniejszy nawet grymas. Wreszcie jednak przemówił:
- Głupi byłem - przeniósł wzrok na Panią Modrzewia i powtórzył, dygnąwszy z czcią - Głupi byłem, zwierzchności twojej nie uznając. Pieknaś, prawdę mój druh rzecze, a jednako mądra i silna. Skromnaś jeno wielce; kedyśmy ostatni raz tu gościli, młodą i słabą się mieniłaś, a z młodości wszelako uroda ci ostaje, o Pani. Resztą ponad wiek swój wyrastasz.
Bjolf nie dorównywał Freyvindowi gibkością języka, ale stało za nim doświadczenie i rozsądek. Wiedźma odsłoniła swój czuły punkt, a instynkt łowcy nakazywał mu go wykorzystać. Słowa jego, zresztą, na poły wiedzione były prawdziwą admiracją wielkookiego leśnego zjawiska, więc krasnolud nie musiał wcale blefować...
- Tedy i zechciej rok z mego żywota wziąć, byleby korolestwo twoje i mnie przychylnym było. Rad bym tu ostać czas jakiś, łowów dokończyć; wszelako nowa zwierzyna jawi mi się na horyzoncie.

Postąpił do przodu, a grząska ziemia ustępowała miękko pod jego szerokimi stopami. Oczyma wodził pomiędzy Freyem a Wiedźmą; oczywistym było, że do nich obojga teraz kieruje swoje słowa:
- Dziewki wszelako na żer nie oddam. - mówił z chłodną powagą - Niewolą się brzydzę, a czymże innym jest rok z życia skradzion wbrew woli? Czym jest życie, jak nie pamięcią? Gdybyśmy znali, kiedy demon dwa dni pożre, godziłbym się, na hazard takowy jednak nie przystanę. A ja kundlem nie jestem, co się odpowiedzialności za siłę własnych lędźwi boi.
- Ale ślepy byłbym, Frey, nie widząc, że los ścieżki nasze splótł - mówił dalej, patrząc już jeno na Northmana - Nagrody kmieciej swym wyborem ci odmawiam, prawda to, czego rozumieć nie musisz, ale ramiona swoje i oczy bystre w łowach ofiaruję. Czrvenicę daj mi jeno na skraj lasu odprowadzić; niech będzie tak, jak jej przyobiecałem - los jej w jej rękach znowu. Powrócę, do łowów gotów, a Ty paktów dopełnisz, których świadkiem dziewka i tak być nie powinna. Kmiecie wiedźm się boją - pomoc zeń żadna i zagrożenie żadne. W las i tak nie ruszą.

Leoncoeur - 2013-01-16, 08:08

- Niechaj się stanie, przyjmuję twą propozycję pieknooka vedmo. Uczynię co zechcesz kiedy zechcesz, warunek jednak postawię - nie zmusisz mnie tym bym przeciw bliskim swym działał.
- Ot i tak to niewolnikiem drevnej krasawicy się staję.
- przekrzywił przekornie głowę z łobuzerskim uśmiechem.

- Nie oddasz, wbrew woli. - Frey odwrócił się do krasnoluda.
- Wbrew woli. - powtórzył. - Też chcę Bjolfie, by te śliczne rude dziewczę znów władczynią swego losu było... ale w odróżnieniu od ciebie ja już widzę w niej panią swego przeznaczenia. Od tamtej polany. Sama zdecydowała z nami iść miast samojedna drogi do wsi szukać. Roślina więzi jej ciało, a strach paraliżuje myśli, ale wolna jest. Przymuszać do niczego jej nie chcę, niechaj sama zdecyduje.

Northman pogłaskał Grybovnę po policzku i otarł łzę.
- Ruszyliśmy w las by cię odzyskać krasawico, ryzykowaliśmy śmierć z rąk goblinów lub co gorszego z rak wiedźm. - rzekł cicho do Czrvenicy - Straciliśmy wszystko, jedynie z wyleniałymi skórami na plecach wracając, tracimy nawet część własnego żywota oddając go królowej tej polany. Ty zaś zapamiętasz nas tym tylko, że czartie vedmy nas zaczarowały i bezwolni na sabacie żeśmy cię pohańbili... A może tatko twój każe za to nas cepami i kosami po polu rozwłóczyć w podzięce? Kto wie.
Skald nawinął na palec rudy kosmyk.
- Chcesz li żyć ze skazą w sercu? Wspomnieniem tego co czartie vedmy na polanie sprokurowały? Wspomnieniem łap goblinców? Czy zaryzykujesz śliczny rudzielcu aby koszmar jaki przeżyłaś odszedł i nigdy cię już nie nawiedził? Nie zechcesz to cię do dom odprowadzimy jak ojcu twemu żeśmy przyrzekli, choć głowy ryzykując. Zechcesz, to z własnego żywota zapłacę by vedma ducha przywołała.

Northman wymownym spojrzeniem poprosił wiedźmę by odblokowała usta Czrvenicy.
- Albo proś o termin u vedmy - zażartował.

Amon - 2013-01-17, 23:31

Wiedźma, tak jak poprzednio, spijała żarłocznie wszystkie komplementy. Triumfowała teraz gdy obydwaj meżczyźni zamierzali dobrowolnie dać jej to czego poprzednio nie chcieli. Wiedźma krążyła powoli między Bjolfem i Freyvindem, przejeciała łobuzersko dłonią po ich policzkach.

Na wzmiankę o uwolnieniu Grzybówny, Wiedźma tylko prychnęła. Kiedy przenieśliście wzrok na Czrvenicę, zobaczyliście że strzepuje z siebie i wypluwa z ust suche igliwie, liście i gałęzie, zupełnie jakby tarzała się w lesnym poszyciu. Po magicznych konarach nie było nawet śladu, nie było tez śladu po przeoranej ziemi.

Wiedźma momentalnie znalazła się przy wystraszonej dziewczynie, tak szybko że mężczyźni nie zauważyli nawet momentu gdy wzięła ją za ramiona i uniosła w górę na wysokość swoich oczu. Ciało dziewczyny było sztywne jak kłoda.
- Poslysz mne devko! hotesz ty pametat li ne pametat, jak ty pannoju skonczila byt?
- Ne. - dziewczyna potrząsła przecząco głową
- Ne hotem znat. - uściśliła, słysząc to wiedźma uśmiechnęła się i zanuciła słotko:
- ...Tak spij detinu
Jestli zvezdke s neba hotesz
Dam ti ju...
- Młoda Grzybówna zamknęła oczy i osuneła sie w błogi sen. Drzewna przeżuciła sobie dziewczynę przez ramie, po czym chwyciła obu meżczyzn za dłonie i przyciągnęła do siebie.
- Idte s mnoju. - poleciła i w dwuch susach znalazła się na modrzewiu. nie mieliście czasu na zastanowienie się ile siły trzeba by wybić się z jednej nogi na kilka stóp do góry i to mając nieprzytomną dziewczynę na ramieniu, gdyż wiedźma, chwyciła was jednego po drugim i uniosła ku sobie.

W jednej chwili, przedzierając się przez liscie znaleźliście się w... izbie? Sciany nie miały okien, pokryte były skórami, podobnie podłoga i sklepienie na środku palił się mały, bezdymny plomyk, otoczony okragłymi kamieniami. pomieszczenie na planie okręgu o promieniu dziesięciu stóp. W powietrzu unosiła się przyjemna woń palonych ziół, było ciepło, bardzo.

Freyvind wyczuł że pomieszczenie jest w jakiś sposób magiczne, mogli znajdować się chociażby wewnątrz wiedźmowego drzewa, pomniejszeni, lub całe mile pod ziemią, licho wie.

Wiedźma przeszła przez całe pomieszczenie, odsłoniła jedną ze skór, w małej wnęce znajdowało się posłanie, kobieta zrzuciła Grzybównę z ramienia i ułożyła na kocu.

Później wiedźma wróciła do was, odsłoniła ścianę w innym miejscu i zaprosiła gestem dłoni do małej kamiennej grotki z gorącym oczkiem wodnym. Kobieta kilkoma ruchami zerwała z was szmaty i bezceremonialnie wpchnęła do cieplutkiej wody. Sama skoczyła za wami z dzikim radosnym piskiem. Szorowała waszą skórę i włosy, niewiele sobie robiąc z możliwych protestów, śmiejąc się nieprzerwanie. Kąpiel była przyjemna, z czasem gorąc i zaduch sprawił że staliście się senni aż wreszcie zapadliście w sen.

Zanim Freyvind i Bjolf meli okazję ponownie się zobaczyć, przeżyli osobno, lecz tą samą "przygodę":

Miły dotyk rozbudził twoje ciało w miejscach szczególnie wraźliwych na pobudzenie. Wielkie zielone oczy wpatrywały się w ciebie, Wiedźma była bardzo troskliwą kochanką, nie musiała w żaden sposob przymuszać, przynajmniej nie czułeś się przymuszany czy zniewolony jakąs magią. Kobieta potrafiła wyczuć twoją każdą zachciankę sama czerpiąc mnóstwo przyjemności. Gdy skończyłeś, odpływając miedzy jej udami, poczułeś że prócz płynów coś jeszcze wsiąka w kobietę, to było twoje życie. Bardzo mała jego część lecz jednak coś co zostało już stracone na zawsze, jakieś nie przeżyte jeszcze wspomnienia. Nowa fala zmęczenia rozlała się po twoim ciele pogrążając cię we śnie zanim niepokój zdołał zakłócić błogość.

Obudziliście się nadzy w "głównym" pomieszczeniu. Wiedźma tańczyła wkoło małego płomienia. Gdy zauważyła że nie śpicie, rozpromieniła się i podbiegła do was w podskokach.
- Dobre rano mili! - Drzewna wiedźma pocałowała was w policzek na powitanie.
- Ne budete goli po lese hodit. - zaśmiał się i podała wam odzienie które jak zauwazyliście leżało koło was. Były to dwa świerze komplety skórzanej odzierzy i widzieliscie już kiedyś ten "styl".
- No! szibko! sama urabila - wiedźma zachęcała was do nałożenia ubrania na siebie.

Kiedy byliście gotowi, wiedzma usiadła skrzyżnie przed wami i zaczeła rzeczowo (choć wciąż była bardzo uprzejma)
- Tak sejczas vy jeste mojimi mużami. Żadna vedma v tom lese ne bude vas krivdit. Ale povażajte je! I na Baby, to jest stare vedmy uvażajte, ibo one velmi sroge i velmi moczne, navet insze vedmy se ih boja. Tak les ne bude vas bit uż. - Wiedźma spojrzała na Freyvinda.
- A jak żelate veczej... To budemo czarovat, tak jak molvilam. - odniosła się do wcześniejszej prośby northmana.

Wiedźma odwróciła wzrok za siebie.
- Bude idt tuczas devku se zajet, hotete videt? ne musete - zapytała robiąc piekne oczy.

Horus - 2013-01-18, 00:49

Fala zadowolenia rozpływała się wraz z krwią po ciele krasnoluda. Pustka po utraconym roku życia, pustka wewnątrz duszy ukłuła go niepokojąco, to prawda, ale ile lat spokojnego życia oddał, decydując się wieść je pośród bezkresnych stepów wschodu, pośród trzaskającego mrozu, który wysysał ciepło z kończyn i lodowatego wiatru, który tuż za progiem dorosłości zamienił jego dłonie w sękate dłonie starca? Żył tam, gdzie zawiódł go dziad, gdzie nie zapuścił się wcześniej którykolwiek z Volamtar, kapłanów Marthammora Duina, boga krasnoludzkich wygnańców i strażników pogranicza, gdzie polował i gdzie chłonął pieśni i opowieści o nieistniejącym już świecie. Niestety, płacił też tego cenę. Teraz zapłacił kolejną, tym razem mniej namacalną; cenę za dopuszczenie go do świata, o jakim zawsze marzył i dla którego zdecydował się pozostać tak długo na Wschodzie. Przyszłość pokaże, czy była ona wysoka.

Prócz tego, dawno nie miał kobiety... Choć w zasadzie, miał. Tym razem jednak czynił to z własnej woli, i co najważniejsze, z *jej* woli. Ten drobny, niezauważalny ledwie szczegół grał dla Bjolfa ogromną rolę.

- Dobre rano - odpowiedział z ciepłym uśmiechem, przetykając szponiaste zapinki kaftana.
Zerknął na swój nowy ubiór, próbując ocenić, czy kaftan ów i hajdawery Wiedźma uszyła ze skóry goblińskiej, czy może innej, o mniej egzotycznej proweniencji. Sprawdził też mocne buty z wysoką cholewką, poruszając wewnątrz stopą.
- Piękna - odrzekł, przesuwając szerokimi dłońmi po powierzchni swojej nowej odzieży, patrząc przy tym w owe wielkie zielone oczy; dwuznaczny uśmiech utrudniał ustalenie, co lub kogo konkretnie krasnolud ma na myśli - Po latach tułaczki mam ja własną żonę i dom. Nie sądziłem przeto, że będę go dzielił z kulawym Northmanem. Ścieżki losu niezbadane...
Wewnątrz wiedźmiej izdebki rozległ się basowy, rozedrgany śmiech.
- Co przedsiębierzecie, mili moi, na tom i gotów - dodał, nadal uśmiechając się szeroko - Ale dziewkę prędko w dom trzeba odprowadzić, nim goblińce Polanę obstąpią. Dadzą li, kmieci ostrzec zdołamy.
Umilknąwszy, rozejrzał się po izbie, wiedziony instynktownym poszukiwaniem jakiegokolwiek uzbrojenia.

Leoncoeur - 2013-01-18, 08:38

Freyvind ogarnął spojrzeniem skórzane wdzianko krzywiąc się jednak przy tym mocno. Krój krojem, ale materiał nie przypadł mu do gustu.
- Ano trzeba prędko, obyśmy zdążyli... - Skald uśmiechnął się ale jakoś tak bez przekonania gdy wkładał spodnie. - A ty Bjolfie kim dla mnie teraz jesteś? Ni kum ni szwagier nie pasuje. Na wyspach u nas mąż może mieć i kilka żon wtedy one sobie są.... "Eiginmaðursystir" lub "Mín Maðurinn"- powiedział nie znajdując słowa we wspólnym. - By żona wielu mężów miała tom się z tym nie spotkał, a "Mąż mojej żony" brzmi dziwnie.

Urwał śmiejąc się i mocując się ze skórzaną koszulą, słychać było jak testuje różne słowa, z których najczęściej powtarzało się "Mín Koneinn". Raz jeszcze prychnął kręcąc głową.
- Trzeba będzie z krasnalem konkurować o względy swej pięknej żony, to się będzie konkurować! - Zawołał obejmując vedmę znienacka i zakręcając nią i sobą dookoła jak w tańcu.
- Pójdę z tobą ale powiedz nam mila jak pomóc możemy i co robić mamy by duch za dużo z tej dziewki nie wyżarł. - powiedział już poważniej.

Amon - 2013-01-18, 14:49

Po oględzinach Bjolf zauważył, koszula nie została w żadnym miejscu zszyta, przód, tył i rękawy przylegały do siebie w sposób "naturalny". Co musiało oznaczać że skóra należała pierwotnie do humanoida niewiele większego od Bjolfa. Skóra nie była gruba, raczej cienka. Buty i spodnie były grubsze, solidniejsze, pikowane kościanymi ćwiekami.

Krasnolud nie wypatrzył żadnej broni w polu widzenia.

Wiedźma pozostawała w dobrym nastroju. Komentarze towarzyszy śmieszyły ją ale szybko przyszła z wyjaśnieniem.

- Ja ne mam dużo mużov, hot jesm mlada vedma. - wiedźma wzruszyła ramionami. - Oni mogut vojovat, hot ja volim jak nevojojut. Volim jak oni dolgo żivu. Tak, jak możete, ne bijte jedin drugogo na smrt. - powiedziała beztrosko pozwalając się zakręcić northmanowi. Kiedy przestali odpowiedziała:
- Tiho budte jedino i niczo nedotykajte. - powiedziała krótko i ruszyła przed siebie, dając mężczyznom znak ręką by za nią podążyli.

Wiedźma uniosła jedną ze ściennych skór i włslizgnęła się za nią, uczyniliście podobnie.

Znaleźliście się w ślepym końcu wąskiego spadającego stromo w dół tunelu. Zewsząd wystawały korzenie. Prowadząca wiedźma musiała iść w kuckach, Freyvind przygarbiony ze spuszczoną głową, w całkowitych ciemnościach, prowadzony za rękę przez kobietę. Jedynie Bjolf mógł poruszać się względnie swobodnie widział też dobrze wszystko do okoła. Krasnoludzkie zmysły podpowiadały mu że znajdowali się teraz dobre sto stóp pod powierzchnią gruntu.

Tunel ciągnął się jakieś trzydzieści stóp. Weszliście do owalnej jamy której sklepienie i ściany były kłębowiskiem korzeni. znajdowała się malutka sadzawka, zaraz obok wielki kamień. Woda w sadzawce biła nadnaturalnym zielonym blaskiem, rozjaśniając całą jamę. Freyvind czuł silną magię tego miejsca. Z centralnej części sklepienia wyrastał gruby konar opadający wprost do sadzawki.

Spostrzegliście, że podłoga wyłożona jest połamanymi kośćmi, głównie czaszkami humanoidów. Na wielkim kamieniu przy sadzawce leżała Czrvenica, była nieprzytomna. Wiedźma przyglądała się leżącym czaszkom jakby szukała jakiejś konkretnej. W końcu podniosła dość dużą, z dziurą w potylicy. Podeszła do sadzawki i zanurzyła kość w wodzie. Uniosła improwizowaną "czarę" i napiła się z niej wody. Jej włosy zaczęły falować dziko. Twarz wiedźmy malowała ogromne skupienie. Kobieta przytknęła czaszkę do twarzy dziewczyny i wyszeptała jakieś dziwaczne, niezrozumiałe i wręcz nie przyjemne słowo. Różowe maski wypełzły z oczodołów czaszki i oplotły szyję Grzybówny, następnie wpełzły do jej uszu nosa i ust. Ciało Czrvenicy trzęsło się w konwulsjach. Wiedźma wolną ręką liczyła na palcach... Kiedy zauważyła że się jej przyglądacie wzruszyła ramionami i energicznym ruchem szarpnęła za czaszkę, macki zniknęły, Grzybówna leżała nieprzytomna jak wcześniej. Wiedźma rzuciła czaszkę za siebie, chwyciła śpiącą dziewczynę i przerzuciła ją przez ramię.

W drodze powrotnej wąskim tunelem Bjolf szedł pierwszy, prowadząc Freyvinda. Wiedźma szła znacznie wolniej z grzybówną trzymaną na rękach. Oczywiście na końcu tunelu mężczyźni musieli na nią poczekać bo nie było zadnej drogi wyjścia. Wiedźma złapała ich za dłonie.

Poczuliście brak gruntu pod nogami i podświadome przygotowaliście ciało na upadek. Lądowanie było na szczęście miękkie i bezpieczne. znajdowaliście się u podnóża starego modrzewia. Było wcześnie rano. Po wiedźmie nie było śladu, koło was leżała młoda Grzybówna, dziewczyna mrużyła oczy właśnie się przebudzając. Kiedy jej wzrok was napotkał jej oczy otworzyły się na cała szerokość.
- Aaa! kto vy!? mamo!... -wrzasnęła.

Horus - 2013-01-19, 16:53

- Dobrzy ludzie - odparł krasnolud z uspokajającym uśmiechem - Ty jesteś Czrvenica Grybovna, doczera Bolka Gryba z Polany. Nad strumieniem cię uprowadzili, ale szczęściem odbić zdołaliśmy. Na polecenie i prośbę twojego staruszka. Do niego też rychło cię odstawimy, droga już krótka.
Mowie krasnoluda nigdy nie towarzyszyła specjalnie żywa gestykulacja; wprost przeciwnie - wydawało się, że Bjolf nigdy nie czyni ruchów innych niż nieodzowne. Teraz jedna dołożył wszelkich starań, by nie popełnić żadnego fałszywego kroku. Celowo też odpowiedź jego nie obfitowała w żadne dodatkowe detale - one należały już jedynie do nieprzebranych mroków przeszłości, którego jedynymi strażnikami byli on, Northman i Drevna Vedma.

Leoncoeur - 2013-01-21, 19:49

- Dobrze się czujesz? - Northman spytał dziewczynę z troską gdy Bjolf skończył podstawowe wyjaśnienia. Frey nie miał jednak zamiaru nie sięgać do przeszłości. Wprost przeciwnie...
- Nieprzytomna byłaś niby bez życia, jużem się bał czy oczęta w ogóle otworzysz. Musiały cię goblince mocno w głowę stuknąć... pamiętasz li to?

Amon - 2013-01-22, 22:52

Zdezorientowana dziewczyna pokiwała energicznie głową słysząc swoje imię a słysząc wzmiankę o swoim ojcu i zamiarze waszym by szybko ją do niego zaprowadzić, jej usta rozawrły się z radości.
Na pytanie northmana o jej stan dziewczyna zawachała się po czym wzruszyła ramionami.
- Ne vem Pane, myslim że dobre.
Słysząc że została porwana przez gobliny zrobiła szczerze przejętą minę
- Jejku jej - Czrvenica zaczeła macać się chwilę po całym ciele sprawdzając czy aby czegoś jej nie brakuje. Wtedy zauważyła że ma na sobie goblińskie odzienie, Grzybówna aż wżasneła z przerażenia. Zerknęła na was niepewnie.
- Dobre Pany, ja niczo ne pametam, byla ja v doma a potom... - rozłożyła ręce.

Droga powrotna do Polany przebiegała bez problemów. Maszerowanie przez las nigdy nie zdawało się Freyvindowi przyjemniejsze a i Bjolf, który do lasu był nawykły, czuł niezwykłą lekkość w poruszaniu się, jakby przeszkody same ich omijały, jeśli coś takiego w ogóle było możliwe.

Już na okalających Polanę łąkach, pastuszkowie wypatrzyli wędrowców. Gdy zobaczyli idącą wśród nich Grzybównę zaczeli głośno wiwatować, zanim towarzysze dotarli do wioski, towarzyszyła im niemała grupa mieszkańców. Grzybówna poznawała wszystkich, lecz jej twarz zdradzała momentami zakłopotanie. Waszym uszom nie uszły uwagi dziewczyny że "to drevo duże take", "sivy vlas mate", "streha otvory ma" "mate sestre?".

Gdy Bolko Grzyb wyszedł wam na przeciw, Czrvenica rzuciła mu się na szyję, mocarny kmieć uniósł ją z łatwością i mocno przytulił. Spojrzał na was, jego mokre oczy były pełne szczęścia i wdzięczności.

Mężczyzn powiedziono pod dom wójta. Stary Kazmir przywitał ich ku bramy obejścia. Na jego twarzy malował się skromny uśmiech, co było i tak osiągnięciem dla tego zimnego kmiecia. Stojący obok Slavko Paluch był za to w naturalny sposób szczęśliwy.

Gdy zawiedziono was do środka, stół był juz syto zastawiony. Najwidoczniej ktoś pobiegł do wójta gdy tylko was wypatrzono. Strawa była ciepła i smaczna a miód słodki. Kazmir siedział spokojnie, twarz miał uprzejmą ale nie mówił nic. Słavko, po wychyleniu dwóch kubków, ośmielił się zagadać pierwszy:
- Prosim heroje, molvite. Jak to bylo?

Leoncoeur - 2013-01-23, 00:41

Northman niepozornie ale z uwagą spoglądał na dziewczynę by zorientować się wedle jej reakcji ile straciła wspomnień ze swego życia. Szczególnie jej uwaga o "drevie" wywołała zachmurzenie u skalda. Kilka lat jak w pysk strzelił. Była młoda wiekiem, a nie zachowywała się jak podlotek, trzy, cztery? Freyvind nie znał się na tym jak szybko rosną drzewa. One po prostu rosły, kogo by to interesowało? .. Jego. Teraz.

- Kilka lat pięknych wspomnień - szepnął do Bjolfa gdy pewien był, że w radosnym rwetesie nikt inny go nie usłyszy. - Za być może naszą resztę życia, albo jej kilkanaście lat hańbienia przez gobliny w górach. Nawet jak cena wydaje się najcięższa, to może jednak... tak naprawdę jest niczym przy innej możliwości? - Mimo wszystko Frey starał się nie patrzeć krasnoludowi w oczy. To on zaproponował to rozwiązanie, to on zgrabnymi słowy być może przekonał dziewkę do decyzji na polanie. Czy tak czuli się młodzicy co przekonywali ukochaną do spędzenia dziecka będącego wynikiem schadzki w lesie?

Mimo opanowania i talentu aktorskiego skalda, krasnolud (w przeciwieństwie do wieśniaków zajętych Grybovną) mógł zauważyć przez moment rysująca się na twarzy Northmana wściekłość gdy Frey ujrzał "Radę Wioski".
- Jeżeli możesz uszanować mą prośbę... na razie nie mów im nic o goblinach co zamierzają na Polane napaść. - szepnął jeszcze ciszej gdy zniżył się do ucha Bjolfa udając że poprawia nogawkę spodni z goblina.



Gdy rozsiedli się za stołem, Northman rzucił się na jadło. Był strasznie głodny.
W międzyczasie z obrzydzeniem zdjął "goblinią" koszule rzucając ja w kąt, obnażony do pasa posilał się póki głos Slavka nie zwrócił jego uwagi.
W pierwszej chwili popatrzył na wieśniaka jakby nie wiedział o co chodzi, lecz sens pytania dotarł w końcu do niego. Northman bez mrugnięcia okiem i spojrzenia na Bjolfa odwrócił się do pytającego.
Był zły. Był upiornie zły.
Poszedł by odebrać dziewczynę kilku goblinom, a stracił wszystko co miał, do tego zaś część własnego żywota.
Na krasnoluda nie patrzył jednak dalej, może dlatego, by nie wybiło go to z porażonej wściekłością żądzy powiedzenia tego co myśli.
Mimo wszystko mówił spokojnie, opanowanie głosu było jego zawodem.
- Chcecie, to nie tylko wam, ale i innym sagę o naszych dziejach wyśpiewam, bo w tym jestem uczony i z tego słynę, a znają mnie byc może jako najlepszego skalda aż po Cormyr, a może i dalej. - odezwał się nie kłamiąc, gdyż skaldów z Moonshae nad morzem spadających gwiazd nie notowano z pewnością zbyt często, a wiec "konkurencji" właściwie nie miał.
- Chcecie, to wieczorem przy całej wsi wyśpiewam i choć mi złotem nieraz płacą, to z dobrego serca czas umilę, byście wiedzieli co było.
Zmarszczył brwi.
- Z dobrego serca. Nie takiego jak wasze. Goblynce porwały Czrvenicę... ni jeden z was nie chciał kogo z wsi posłać nam do pomocy. Boście nie woje? Boście w starciu z goblincami nie widzieli możliwości bicia ich? Gdy wasze doczery goblince lać poleciały gdy Czrvenica w ich łapy się dostała? - spojrzał w oczy Slavka.
- Nie. wy odważni, każdy kto mieszka w puszczy jako i wy odważnym być musi. wyście swoich posłać nie chcieli nawet po to by w lesie łatwiej się obeznać, bo wiecie co znaczy na teren wiedźm wejść, z czym to się wiąże a i czasem czym to grozi.

Skald przeniósł spojrzenie na Kazmira.
- Gdy Slavko rzekł, że w lesie są tez vedmy, co żeś rzekł? Ja do słów pamięć mam wielką, to mój fach. "Myslal że ne musim o tom govorit Prst!". Tak starego męża dawnom jak ty Kazmirze nie widziałem. Przezyłeś lat więcej niż inni, czy nie za jakieś co jeszcze nie nadeszły? Nie chciałeś mówić o vedmach za duzo byśmy się nie rozmyślili wiedząc co ryzykujemy? Żesmy stracili wszystko, cały dobytek, a i coś jeszcześmy stracili by Czrvenicę odzyskać, wiesz może co? Co na to rzekniesz? A i o Czarcich vedmach z którymi dogadać się nie lza to tez żeście zapomnieli mówić?

Frey nie spuszczał wzroku ze starca.
- Trafiły wam się nasilniki co mogli dziewkę odzyskać. I odzyskali. Nie musieli wiedzieć co ich w lesie czeka. Mniejsze zło Kazmirze? Az dziw że osiołka żeś poświęcił, bo przecie nie kulawy. Chcecie się dowiedzieć o naszych dziejach. Wyśpiewam wszystko, ale i to w mej piesni się znajdzie.

Northman ostentacyjnie odgryzł kawał mięsa z udka pieczonego kurczaka.
- Czrvenice jednak do łóżka ponieście naprzód, bo chyba srogo broniąc się przed goblincami w głowę chyba dostała, a gdyby (choć żywa się zdaje i zdrowa) przez to zmarła jak to czasem bywa gdy wymiot chwyci, to nasza strata na nic by się zdała.

Horus - 2013-01-23, 19:57

Krasnolud kiwał oszczędnie głową na szepty Northmana jeszcze przed nastaniem "Wiejskiej Rady". Brnął do domu wójta nieco już zmęczony, jednak nie marszem, głodem, ni drogą, ale ludzkim tłokiem, nachalnymi głosami i ogólnie pojętym harmidrem. Nigdy doń nie nawykł, ale niespecjalnie chciał nawyknąć.

W wójtowej izbie nie zdjął koszuli śladem Freya. Miast tego ostentacyjnie podciągnął rękawy; miękka skóra goblinoidalnej istoty, z którego ich Żona wykonała odzienie poddała się temu zabiegowi bez specjalnych oporów. Z obnażonymi przedramionami, Bjolf oddał się powolnej konsumpcji jadła, którym obficie zastawiono stół. Wprzódy jednak hojnie zwilżył gardło miodem, choć mówić niczego jeszcze nie przedsięwziął.

To było przedstawienie Freyvinda, on grał tu pierwsze skrzypce i krasnolud rozważnie nie chciał krzyżować jego planów. Podstawowym błędem retorycznym było okazywanie postronnym rozbieżności zdań. By to wiedzieć, nie trzeba było kończyć żadnych terminów. Był poważny, ale nie nachmurzony; wiele z czasu, jaki opłynął na słuchanie Northmana, Bjolf patrzył w oczy starego wójta, powoli przeciągając sękatą dłonią po grubym warkoczu jasnej brody; srebrna zawieszka z łbem wilka-smoka zwisająca z zakończenia jej splotu, pamiątka jego dziada, była jedynym elementem dobytku dawnego życia, który mu pozostał.

Amon - 2013-01-23, 23:34

Oczy Slavka Palucha, były małe i chytre, jak u kupca, poborcy podatkowego, sutenera lub, jak w tym wypadku majętnego kmiecia, który majetny jest nie tylko dlatego, że ciężko pracuje karkiem, ale i rozumem. Paluch uśmiechnął się krzywo:
- Tak vy same hoteli v les idt. My jak pomagat mogli tak pomogli, a vy se zgovarali. - Slavko zerknął na wójta
- A Jan o vedmah ne govor.... - Paluch uciął w pół zdania gdy Jan nań spojrzał.
- Ne jesi Prst v prstovej hate! ale v kazmirovej! Na kazmirovym kresle dupe trimasz! Tak mordy mi ne użyczaj ibo ja tu Pan! - Prst skurczył się i schował głowę w kubek miodu. Kazmir nie wykonywał żadnych niepotrzebnych ruchów, a jego srogość zniknęła kiedy tylko przeniósł spojrzenie na cudzoziemców.
Patrzenie w oczy wójta było taką samą pociechą jak patrzenie w pustą ścianę. Obserwujący w ciszy Bjolf zdał sobie sprawe że Jan nosi maskę, mentalna skorupa była za gruba by można było wyśledzić jakiekolwiek emocje.
- Ale pravda, ja o tyh... strygah movit ne hcem. Ih svet inny jest, ne czloveczy, ne nasz. One jak czlovek moviut, mużom pekne se vidut. Ale dla prostyh ludi to smrt. Tak one beru, ale vsegda tież dajut. Ne sut jak drval czo drevo utina. One jak czo utnut to czo dajut, ale to juże ne jest czlovecze. - Kazmir który do tej pory patrzył na northmana przeniósł wzrok na krasnoluda.
- Kazmirove juże tuto selo tri razy budovali. My im szkody rabit ne hcem, my żivu tu jak lude, ne hcem ih "darov". - Kazmir spojżał w przelocie na ubranie które northman z siebie zrzucił, potem spojzał jeszcze raz na krasnoluda a potem utkwił szare oczy na Freyvindzie, ale mówił do Slavka:
- Czo tam Prst v Polane o starym Grybe lude govorut? - Paluch odchsząknął i zaczął:
- Tak lude govorut, że Gryb raz vedme v lese potkal, że klutvu mu dala, że każdy raz jak na babe jaku vleze, tak ta bude tehotna. Tak Gryby majut veczej deti jak zemi. - Kazmir wciąż patrząc na northmana wydął usta w kpinie:
- Moviut, że Gryb davnej deti ne mogl met i do lesa, do vedm po pomocz szel. Tak dostal. - Prst pokiwał głową:
- Ano, tak lude govorut. - Kazmir zerknął w przelocie na Slavka:
- A o tebe Prst to ne moviut że vedma ti dala voly najdobrejsze v Polane? - Slavko wycedził przez zaciśnięte zęby:
- Govorut. - Teraz Kazmir obrucił się i spojrzał Slavkovi prosto w oczy:
- A o mne Prst ty ne govorisz, że dusze podarovalem czartom? - Błysk przerażenia na twarzy Palucha był tak samo komiczny jak przybrana potem zdziwiona mina:
- Czo ja? etam... - Slavko machnął ręką
- Bajki. - Kazmir tylko się uśmiechnął spojrzał na cudzoziemców.
- Pravda li bajki, ne tolko priodene hyba vy lese "dostali" Daj bogi by vam dobre slużylo, hot od zla do priszlo. Ale hiba znate, że take "dari" to za dużo dla ludi s Polany, jak dla mladej Grybovny. Myslim czo ona dostala za del razumu.

Horus - 2013-01-24, 16:52

- Ja też nie z człowieczego świata zrodzonym, Jane Kazmirze - Bjolf odparł spokojnie, znosząc spojrzenie zimnych oczu wójta - Ale świat wasz, ludzki, jako rzeczecie, dobrzem poznał. Tam, nad strumieniem, gdzie natknąłem się na doczery wasze w poszukiwaniu ludzkich siedzib, widziałem, co robiły, miast prać. A raczej, kogo prały, miast ubrań. Gdyby było inaczej, goblyńce nie wzięłyby ich z zaskoczenia.
Przełamał na poły udko kurczaka, trzaskając głośno przerywanymi chrząstkami. Mówił dalej, a głos miał chłodny, metaliczny w brzmieniu:
- Ale mnie, wójcie Kazmirze, nie obchodzą wasze swary. Nie obchodzi mnie czy, komu i za co zaprzedaliście dusze. Gościem waszym jestem, więc miast perorować, z szacunku dla tej izby mówić będę krótko, po krasnoludzku. Posłaliście nas w bór ślepych i głuchych, jak dzieci, świadomi tego, że być może ślecie na śmierć. Głupoty takowej jednak się po was nie spodziewałem, panowie kmiecie; śmierć nasza wszak oznaczała śmierć dla Czrvenicy, a wcześniej wieloletnie hańbienie i połogi pół-krwi goblinich popłuczyn czegoś, co mogło być człowiekiem. Słowo przestrogi nie kosztowałoby nic, wszak poszliśmy nawet nie ustaliwszy warunków pomocy... Tacyście sami, ludzie, od Wybrzeża Mieczy po wschodnie rubieże.

Krasnolud uśmiechnął się paskudnie, samymi ustami, a w uśmiechu tym nie było żadnej przychylności.
- Co dostała Grzybówna? - rzucił pytaniem na pytanie w stronę ciekawskich kmieci - Dziewka pamięć poroniła. Sami rzekliście, że wiedźmy jak czo utnut to czo dajut, ale to juże ne jest czlovecze. Mocy nadprzyrodzonej dziewka jakoś nie posiadła... Chcecie wiedzieć, co dostała od goblyńciw? Zapytajcie jej sami, chociaż pewno nie pamięta. Miast tego pytajcie lepiej ich stygnącego ścierwa, co leżą na północ od strumienia.

Leoncoeur - 2013-01-24, 17:28

- Prawda - northman zgodził się z krasnoludem. - Idźcie i pytajcie. Ja uprzednio was o co spytam. Jak myślicie straty nasze nam wynagrodzić? Gdyśmy szli po Czrvenicę nic o tym mowy nie było, bośmy po ludzk... - zerknął na krasnoluda...
- Bośmy tak po dobrym obyczaju się ku temu poczuli. Ot się zleje kilka goblinów, dziewczynę zratuje, niechby i całusa dała w podzięce to już nagroda, niechby strawa i gościna za nią starczyła (która nas żeście uprzednio przyjęli). Przez was i przez wasze "o strygah movit ne hcem", wracamy z goblinią skóra na rzyci jeno, z dobytku nic nam nie ostało. Mało tego. Wracamy z dziewką z łap wrażych ją zratowawszy, nawet osiołkowi włos z grzbietu nie... - urwał, ale wnet dokończył - nie spadł. Odwdzięka by się zdała.

Amon - 2013-01-24, 19:41

Kazmir odczekał dłuższą chwilę a Slavko nie ważył się już wtrącać. Twarz wójta jak zwykle pozostawała niewzruszona, jego szare oczy patrzyły w bliżej nieokreśloną dal. Kiedy wreszcie przeniósł wzrok na cudzoziemców, przemówił:
Może i tak bylo. My tu sami żiem do innyh daleko. Ale ne movte czestni heroje, że vam o... "nih" ne govorili. Tom ja sam vam povedal, że mużov vedmy lovit hcut. - przypomniał Jan i zwrócił się bezpośrednio do northmana:
- A ne vy movili, że na vedmy żelezo mate? - nie czekając na odpowiedź wójt przeniósł spojrzenie na krasnoluda:
- Tak my vam tież movili kratko, po czloveczemo, jak kmet. I v Polane każdy molvil że vedmove pravo v lese jest. - zauważył stary kmieć i znów zwrócił się do obu:
- I pravda, może mogli my povedet neczo veczej, ale jak my ne movili, to ne zato, że vam nekto zle żelal, bogi uhovajte, ibo zato że to nasz strah. - Jan zrobił znów dłuższą przerwę.
- Ale pravda, Ja ne veril, że żiv povratite, Prst takoże, pevno Gryb tież. Tak nikto ne hotel vam zla. Tak vy vratili, tak my znamy że vy zapravde heroje. Lude velku lubost do vas majut zato że mladu grybovne vy nam vratili. Tak damy vam i zlota i inventaru. My bogov v srdcu mamo i vdecznost dat znamo. Tak z herojami żit dobre hcemo. Dom dla vas vsegda tież tu bude. - Kazmir znowu się nad czymś zastanowił.
- My ne voje, znam v tyh lesah mesta mnoge, gde jak kto odvażny, bogatstvo najdt może ale dla kmeti jedino smrt tam czeka.

Leoncoeur - 2013-01-24, 20:57

Skald skinął głową i uśmiechnął się.
- Vedmy to vedmy. Srogie baby ale jak przez łeb żelazem taka ubit to po vedme. - rzekł po chwili, powtarzając to co rzekł przed wyruszeniem po dziewkę. - I nie o one mi tu idzie, bo dogadać się z nimi przecie da, jako rzekłeś wtedy i co nam starczyło. O czarcie vedmy z którymi rozmowy nie ma mi chodzi, przed którymi nas nie ostrzegliście. - zmełł w ustach przekleństwo na wspomnienie o bandzie bab co złapały ich w lesie, ale już widać w lepszym humorze. Słowa starca o złocie i zgoda na rekompensatę wzbudziły dobry nastrój.

- Niechaj będzie, urazy w takim razie żywić nie ma o co. - przeciągnął się. - Jakom mówił, wygłoszę wam "Sagę o Czrvenicy", przed wieczorem aby wszyscy raz usłyszeli, a nie by językiem strzępić każdemu kto ciekawy. Myślę, że cosik was w tej opowieści zainteresuje bardziej niźli myślicie. - Zerknął na Bjolfa i wymownie dla niego przeniósł spojrzenie na leżącą pod ścianie "goblinią" koszulę.
- Dajcie mi się jeno w coś odziać, bo choć ubiór ten zatrzymać chciałbym... to w skórze goblina albo nago we wsi chodzić nie chcę - dodał.

Horus - 2013-01-24, 21:12

I Volamtar skinął głową, uśmiechając się pogodniej.
- Surowi bylim - mówił nadal powoli i z namaszczeniem, ale głos stracił już wszelkie oznaki surowości - O rozsądku waszym uwagę cofam, chociaż w strach wasz, pane Kazmirze, wierzyć nadal mi nie po drodze. Wszelako i naszym emocjom się nie dziwcie, urazy nie chowajcie. Dziewczyna żyje i wolna znów. Radujmy się.
Krasnolud mówił o emocjach, chociaż tych, swoją miarą, nie okazywał wiele. Nieśpiesznie kończył pochłanianie strawy, nie bacząc na northmańskie oznaki gotowości.
- W hojność waszą nie wątpimy - kontynuował, przepłukawszy gardło kubkiem chlebowego kwasu - Chociaż rekompensata, jakiej sobie zażyczę daleka być może od tego, co sobie roicie. Kowala we wsi macie, dobrego aby?

Amon - 2013-01-24, 22:43

Na wzmiankę o czarcich wiedźmach Slavko i Jan przeżegnali się pospiesznie po ramionach kreśląc znak gromoviti.
- Talose uhovaj. - zakończyli. Jednak Jan zauważył:
- Każda jedna vedma jednako sroga byt może. Tak i do tyh, byli i take, czo szeli i vratili. - po czym dodał:
- Tak byli i mnogo take czo ne vratili. - kiedy skończył uniósł kubek w górę:
- Tak zgoda, pijem za vas, heroje.

Wysłuchawszy uwagi northmana o ubraniu Jan kiwnął:
- Pravda, ne trevożte se, moje kufry vasze sut, brajte czo vola. - zachęcił.

Po słowach krasnoluda Jan uśmiechnął się krzywo.
- Że kmete strah majut, to im ne zla vecz a dobra. Tak dolżej żivu. My meste nasze znamo inszej drogi ne szukamo. Nam ne slava, nam rola.
Zapytany o kowala odparł:
- Koval jest, ale do karla ne uhodi movit li on dobry, sami budete videt.

Kiedy za czas jakiś ucztę zakończyliście, Slavko Paluch pożegnał się i opuścił dom wójta. Sam wójt zabrał was do prywatnej izby, bez okien w której drzwi były inne jeszcze ze sztabą tak wielką i ciężką, że wątpiliście czy którykolwiek z was mógłby ją unieść. Stary Jan zaparł się, jego twarz krwią nabiegła, ale ku waszemu zdziwieniu sztabę kamienną uniósł i odwiesił. Wójt trzymając w dłoni kaganek ze świecą zszedł po schodach w dół prowadząc was za sobą. W ciemnym kamiennym pomieszczeniu, stały kufry a w nich sukna drogie, stroje, ozdoby ze srebra i złota, nawet broni nieco całkiem przyzwoitej i w dobrym stanie. Wójt zachęcał byście brali wedle uznania.

Kiedy wybraliście co tam chcieliście i wróciiście na górę, jeden z domowników zakomunikował Janowi, że Bolko Grzyb czeka na przed domem. Wójt nakazał go zawołać. Ojciec Grzybówny strasznie wam dziękował, nawet objął, co omal nie pozbawiło Freyvinda tchu. Mówił że córka dobrze się czuje tylko z pamięcią ma coś kiepsko, trzech swoich sióstr młodszych nie poznaje, a najstarsza z nich ma cztery wiosny. Na zakończenie Grzyb wcisnął wam w dłonie mieszek monet, musiało tego być z 300 srebrników.

Później Jan zawołał Prvicę i nakazał jej zaprowadzić cudzoziemców do kowala. Jak można było się domyślać, kuźnia znajdowała się na skraju wsi. Z budynku dochodziły typowe odgłosy, Prvica wślizgnęła się do środka przed wami i zawołała:
- Ivan! Otce kazali inozemcom pomagat! dat czo hotu! Otce molvili że masz se sluhat! - Chwilę później słychać było uderzenie czegoś ciężkiego w drewnianą ścianę.
- Na Talosa! - wściekle wrzasnął męski bas. Z kuźni wyszła Prvica a za nią rosły mężczyzna, może po czterdziestce, wielkie ramiona i tors pokrywała zadza. mężczyzna miał szare oczy jak wójt, jednak brak im było Janowego opanowania, były pełne wsciekłości.
Chwile tylko, bo mężczyzna szybko spuścił z tonu widząc krasnoluda.
- No tak, vhodijte. - tyle miał do powiedzenia roztwierając na oścież obite żelazem drzwi i ustępując z drogi.

Bjolf mógł stwierdzić że jak na ludzkie standardy, kuźnia była dobrze wyposażona. brak w niej było jakiś nowinek, ale to co było, było pożądne i solidne. Krasnolud mógł się też zorientować w biegłości kowala, widząc wszędzie do okoła jego pracę. Człowiek wiedział jak kuć wytrzymałe żelazo i jak hartować. Oczywiście finezji w tym nie było, królowała prostota, ascetyzm. Chociaż Ivan nie był płetnarzem, wisiało tu pare toporów i młotów mało użytecznych w polowych pracach.

Horus - 2013-01-24, 23:33

Będąc w składziku wójta, Bjolf wodził wzrokiem po błyskotkach zgromadzonych w tym małym, prywatnym skarbcu, cmokając z uznaniem; złotnicy, spod dłoni których wyszła ta biżuteria, mieli pewną wprawę i choć daleko było im do wyrobów rzemieślników z cytadeli Adbar, czy Mithrilowych Hal, które pamiętał z lat dzieciństwa, krasnolud podziwiał bogactwo zgromadzone przez kmiecia. Jego uwagę przykuł niewielki, jednosieczny nóż z czterocalowym bułatowym ostrzem ze skuwanej wielokrotnie stali; prosta, cylindryczna rękojeść typowa, dla noży z tej części świata, wytoczona z czarnego, bagiennego dębu, pozbawiona jakiejkolwiek gardy, jak i srebrne okucia wskazywały, że nóż ów był raczej narzędziem, niż bronią, acz wykonanym z bogactwem, smakiem i wyczuciem. Słowem, nie powstał w kuźni wioskowego kowala, a w warsztacie doświadczonego nożownika.

Z kufra z ubraniami wybrał sobie dobrej jakości, sznurowaną pod szyją kmiecią koszulę z barwionego w ciemną zieleń lnu, czarne, luźne płócienne szarawary, ciężki, skórzany kaftan bez rękawów z grubej, wyprawionej skóry i szeroki pas, na modłę tych, jakie widział u tutejszych gospodarzy; przywiązał doń rzemień pochwy nowego noża. Choć, podobnie jak Northman, goblińską skórę pragnął zachować, potrzebował stroju, do którego zdążył nawyknąć i w którym dobrze się czuł. Dokonawszy wyboru, przebrał się bez specjalnego wstydu.

Ubrany w nowe szaty, skłonił się nisko w podzięce za hojność gospodarza i jął już wychodzić... lecz zobaczył jeszcze zwój niedźwiedzich skór, które sprzedał kilka dni temu Kazmirowi i coś obudziło się w jego wnętrzu, narastając jak pomruk niedźwiedzia. Upewniwszy się, że wójt nie ma nic przeciwko, rozciął rzemień bułatowym ostrzem i wybrał jedną, zdjętą z brunatnego niedźwiedzia upolowanego ostatniej zimy. Skórę z łap ciężkiego zwierza przerzucił sobie przez ramiona i spiął ciężką broszą z kutego żelaza - jedyną na tyle mocną, by utrzymać ciężar futra.

***

Nim wszedł do kuźni, Bjolf zatrzymał jeszcze Prvicę i zwrócił się zarówno do niej, jak i do Freyvinda:
- Będziemy potrzebować jeszcze ekwipunku, którego w kuźni nie dostaniemy - polecił, licząc po cichu na osławioną pamięć skaldów - Żelazny kociołek, zwój konopnej liny, koce, bukłaki i flaszkę nafty. A jeśli znajdziecie mi do tego mieszek fajkowego ziela, fajkę i dobrą brzytwę, ozłocę. Teraz uciekajcie, w kuźni będziecie jeno przeszkadzać. Zadbam też o oręż dla cię, Frey. Zdać się możesz na moje wyczucie, albo zażyczyć czego dusza pragnie; w granicach rozsądku i naszych możliwości.
Kończąc rzucił porozumiewawcze spojrzenie szarookiemu kowalowi.

Leoncoeur - 2013-01-25, 15:43

Mnogość dóbr w piwniczce wójta zadziwiła skalda. Pokręcił głową zastanawiając się skąd u licha mieszkańcy Polany weszli w posiadanie takich (jak na nich) skarbów. Nie podejrzewał spokojnych wieśniaków o rabunek na szlaku, a każdy ma swoje tajemnice. Nie pytał zaczął buszować wśród dóbr z jakich pozwolono mu się częstować do woli.

Wybrał sobie dwie białe koszule z szerokimi rękawami ściąganymi tasiemkami podobnie jak kołnierzyk, a także trzy pary płóciennych gaci i materiał na onuce. Następnie wyszperał mocne ciemnoczerwone spodnie, które wpuścił w długie skórzane buty które wybrał odrzucając jedne zapinane na jakąś bezsensowną ilość klamerek - obie pary przynajmniej pasowały jako tako, choć i tak musiał wypchać je nieco skrawkiem materiału, wolał jednak nie spędzać połowy poranków na zapinanie obuwia.
Uwagę jego zwrócił najbardziej pyszny wams obszywany z wierzchu aksamitem i nicią imitującą złoto, a przy krótkich rękawach, kołnierzu i biodrach łączony z żółto-płowymi kawałkami naszytego na nim materiału. To był jeden z większych skarbów wśród szat, tym bardziej, że guziki wykonane były ze złota (Northman nie chciał wnikać jakiej próby).
Niestety gdy ocenił efekt zasępił się i zaczął ściągać buty i spodnie. Żółte obszycia wamsu, czerwień spodni i błękitno barwione paski skóry do wiązania butów nie przypadły mu do gustu jako efekt całości

Bjólf i Kazmir spojrzeli po sobie kręcąc głowami.
Frey nie zrażony tym szperał w kufrach dalej, aż natknął się na jasnoszare przyciasne nieco spodnie obszywane po bokach pasami błękitnego materiału, przez chwilę porównywał je z odcieniem klamr na odrzuconych wcześniej butach, po czym twarz mu się rozpogodziła.
Kazmir westchnąwszy spojrzał na sufit.

Northman ubrany już i z zapasowa bielizną zwinięta i rzuconą na podłogę zaczął grzebać w chustach i skrawach wymieniając materiał przeznaczony na onuce na żółtawy, pasujący do obszyć wamsa. Z miejsca zmienił je tak by wystawały ponad buty i siłował się przez dłuższą chwilę ze sprzączkami. W końcu począł rozglądać się za płaszczem i wpadł mu w oko piękny czerwony leżący na jednym z kufrów. Jego spojrzenie znów pobiegło ku czerwonym spodniom jakie przymierzał wcześniej. Spojrzenie Kazmira znów pobiegło ku powale, a Bjolf ukrył twarz w dłoniach.
Buty tez pewnie miały pójść do zmiany.
Szczęśliwym trafem Frey wyszperał inny płaszcz, błękitny, pasujący do lamówek spodni jakie miał na sobie i zaczął się wahać. Zerknąwszy na Kazmira i Bjolfa zdecydował się nie przeciągać.
- Dla was to furda co na grzbiet wrzucicie, w moim fachu to ważne. - mruknął.

Skierował się ku ozdobom w których grzebał zapamiętale wybierając również mocny skórzany pas ze zręcznie kuta klamra.

Broni nie poświęcił zbyt dużo uwagi. Wziął ostry nóż o zdobionej rękojeści i długi acz wąski miecz z fantazyjnie kręconym jelcem i zdobioną pochwą.
Ku radości zniecierpliwionych wójta i krasnoluda był gotów.

* * *


- Jakby się znalazł inkaust papier i pióro, albo i flet czy róg... - Frey nie robił sobie większych nadziei.
- A broni nie potrzebuję Bjolfie. - Uderzył dłonią po głowicy miecza wiszącego u pasa, jaki wziął z domu Kazmira. - Ta tutaj mi starczy.

Horus - 2013-01-25, 16:37

Stojąc w kuźni Ivana, krasnolud kiwał głową z uznaniem, patrząc na topory i młoty bojowe wiszące na ścianie; broń o chłopskiej i roboczej proweniencji, oszczędna w formie, piekielnie skuteczna i ukochana przez krasnoludy. Nie widział żadnego miecza nadającego się do przeróbki na saexa, więc zdecydował się na lekki topór ręczny; przez wąskie, mocne żeleźce zdatny do walki w zwarciu, ciskania w razie nieodzownej potrzeby i oddawania nieocenionych usług głównego narzędzia obozowego. Zdjąwszy narzędzie z haka, poprawił toporne acz solidne, łukowato wygięte drewniane stylisko; wymagało jedynie kilku pociągnięć nowego, bułatowego noża, by poprawić ergonomię chwytu - Bjolf miał wprawę w snycerce. Swoim zwyczajem, skłonił się nisko twórcy, po czym zatknął nowego ulubieńca za szeroki pas.

- Będę potrzebował dwóch grotów, Ivane - wyjaśnił nieśpiesznie - Jeden szeroki, liściasty, do rohatyny na niedźwiedzie. Do tego żelazne okucia drzewców. Drugi węższy, do lżejszej włóczni, jak oszczep zdatnej do ciskania. Muszą być twarde i elastyczne, więc skuj stalowe rdzenie pomiędzy pakietami żelaza.
Odnalazł wzrokiem miech i rozdmuchał płomień w piecu. Kiedy żar zaczął przypominać ognie piekielne, krasnolud ustąpił pola kowalowi; to było jego dominium, a Bjolf nie zamierzał wchodzić mu w paradę. Obnażywszy się do pasa, wdział skórzany fartuch i stał w gotowości ze szczypcami kowalskimi w dłoniach.
- Aby żelazo dla dobrego było, trzeba sumienia i ręki - rzucił krótko - Czyńmy.

Amon - 2013-01-25, 22:49

Prvica przekrzywiła głowę uważnie słuchając listy życzeń Bjolfa jakby starała się ją zapamiętać, na konec zakomunikowała zwięźle:
- Hej! budem szukat.


Prvica była elokwentną dziewczyną, Co innego jej brat Ivan. Jego wypowiedzi ograniczały się zwykle do jednego słowa, konkretnej odpowiedzi w stylu "ano" lub "ne".
Innymi słowy, komunikacja w kuźni przebiegała całkowicie normalnie, tak jak być powinno, a praca szła szybko i planowo.

W tym czasie Freyvind towarzyszył Prvicy w poszukiwaniach rzeczonego ekwipunku.
Koce wzieli od Grzybów, zaglądając przy okazji do Czrvenicy. Dziewczyna bawiła się szmacianą lalką towarzyszący jej chłopak przewracał oczami. Prvica wyjaśniła że młodzik to Stah Prst i kiedy tylko rodzice nie zaganiają go do jakiejś roboty, ugania się za Czrvenicą.
U Prstów za to udało się znaleźć nieco nafty i brzytwę. Bukłaki i kociołek Prvica wytargała od swojego rodu.
- Tera trebim idt do Filipa - zakomunikowała przedsiembiorcza dziewczyna. Para ruszyła w stronę konopnego pola. Charakterystyczny zapach aż dusił. Filip leżał między kszakami i kopcił z małej drewnianej lufki. Doprowadzenie Filipa do stanu w jakim można się było z nim skomunikować zajeło Prvicy chwil parę. Dziewczyna musiała potrząść napalonym chłopakiem kilka dobrych razy. W końcu zabrała mu dwie dobrze wystrugane fajki, mieszek ziela fajkowego oraz drugi mieszek "mieszanki" (ziela z konopiami i czymś tam jeszcze.) Filip miał przy sobie też trochę bielunia, szałwi oraz flet, który Prvica mu skrycie zabrała i wręczyła później northmanowi (miała wyjątkowo dobrą pamięć jak widać.)

Po liny wybrali się do Mary Grybovej, matki filipa. Mara mieszkała na uboczu. Prvica po drodze streściła Freyvindowi najważniejsze fakty. Marę jako młodą dziewczynę wydano za żyjącego niegdyś w wiosce zielarza, bardzo starego. Umarł dobre dziesieć zim temu, ale zanim mu się zmarło, Marta nauczyła się przy nim co nie co. Sama mieszka z synem jedynakiem (ewenement w polanie) Filipem - oczywiście kiedy Filip jest w domu co się żadko zdarza. Chłopy z polany się w koło niej nie kręcą bo się boją że się wiedźmą już trochę stała. Mara przędła też konopie (i nie tylko przedła rzecz jasna).

Mara była kobietą koło trzydziestki, szczupłą, trochę zapuszczoną. na głowie nosiła długie dredloki. Ciężko się było znią dogadać bo poltła dużo o różnych rzeczach na raz a jej oczy odpływały gdzieś w dal.
Ale linę dała.

Kiedy para wróciła pod Ivanową kuźnię, Bjlof właśnie z niej wychodził.

Horus - 2013-01-28, 01:34

Z dwiema włóczniami w prawej dłoni, toporem za pasem i w niedźwiedzim futrze na ramionach, Bjolf znów czuł się kompletny. Jego nowa broń była wykonana surowo, ale z dbałością; jedyną ozdobą była umieszczona na grocie ciężkiej rohatyny magiczna runa Tiwaz, wytłoczona na wciąż pokrytej nagarem powierzchni żelaznego-stalowego laminatu. Był piekielnie zadowolony. Trzymaną w lewej dłoni szmatą ocierał twarz, brodę i podgolone skronie z resztek sadzy. Błękitne oczy krasnoluda wprost śmiały się ze szczęścia.

Widząc świeżo wystrugane fajki w dłoniach Northmana krasnolud uśmiechnął się jeszcze szerzej, zarówno doń, jak i do Prvicy; naturalnie cieszył go przede wszystkim pełen sukces w kompletowaniu ekwipunku, ale oczywistym było również to, na czym najbardziej mu zależało. Wyniuchawszy zawartości obu mieszków, wybrał klasyczne fajkowe ziele, nabił jedną z fajek do połowy i skrzesał iskrę krzesiwkiem zabranym z Ivanowej kuźni. Wypuściwszy pierwszy obłoczek dymu, który miał być początkiem długiego, acz przyjemnego procesu opalania nowego nabytku, wreszcie się odezwał:
- Zrobiłem, co swoje - wyjaśnił krótko Freyowi - Ty szykuj się do swojego występu. Ja wprzódy pogawędzę jeszcze nieco z wójtem Kazmirem. Wypatruj mnie pośród widowni.
Skłoniwszy się lekko parze, krasnolud ruszył raźnym krokiem ku janowej chacie.
- Szkoda, żeście o worach podróżnych nie pomyśleli! - rzucił głośno, odwróciwszy jeszcze głowę - W rękach tak wszystko taszczyć będzie cholernie niewygodnie...
Nie czekał na odpowiedź; szedł nie obracając się już za siebie.

Amon - 2013-01-29, 20:42

W drodze do wójtowego domostwa, kilku napotkanych, starszych mężczyzn pokłoniło się Bjolfowi, młode dziewczęta uśmiechały się uprzejmie, ale zbyt zawstydzone były by cokolwiek rzec. Widząc zbliżającego się krasnoluda, kazmirowi parobkowie szybko rozwarli przed nim bramę obejścia, jedna z kobiet pobiegła po Jana. Wójt idąc od stodoły gestem ręki zaprosił krasnoluda do domostwa. Zasiedli za stołem, przy którym wcześniej jedli wraz z Freyvindem i Slavkiem.
Horus - 2013-01-29, 22:32

Krasnolud, nim zbliżył się do stołu, oparł obie włócznie o ściany izby; nim usiadł, poprawił toporek za pasem i skłonił się nisko:
- Wprzódy o wybaczenie za podłe maniery proszę - rzekł nieśpiesznie, z dbałością o ceremoniał - Przy stole z wami siedziałem, gościnnością się raczyłem, a miana mego nie znacie. Moi krewniacy zwą mnie Bjolf, sam przezwałem się Ulfson.
Dopełniwszy wcześniej wzgardzonego obyczaju, usiadł przy kazmirowym stole, splótłszy ramiona na piersi.
- Krew za córy wasze przelałem, rzekliście - kontynuował mniej formalnym już tonem, patrząc w szare oczy wójta - U boku Northmana w dzicz ruszyłem, obaj życie narażaliśmy, by Czrvenicę odbić. Wiecie przeto, że nieszczęścia waszego ni ludzi waszych nie chcemy, że na sercu dobro wasze nam leży. Ludzie z was dobrzy. Tedy ostrzec was muszę, choć nie uczyniliśmy tego wcześniej, by paniki zawczasu nie siać. Jej skutki bywają zgubne, a przestroga trafić winna do mądrych jeno uszu. Goblyńce wioskę ludzi planują podejść, więcej niewiast im potrzeba. Wnoszę z tego, że to o wasze sioło idzie. Z pieśni Northmana wyznacie skąd ta wiedza, teraz czasu na to nie staje.

Bjolf umilkł na chwilę. Wyjął z kieszeni kaftana lulkę z przygaszoną porcją fajkowego ziela; kilka skrzesań żelaznym kabłączkiem w sprawnych dłoniach krasnoluda na nowo roznieciło żarek w główce fajki. Wypuściwszy z ust obłok siwego dymu, podjął na nowo:
- Pókim gościem waszym, biernie przyglądać się nie będę. Czasu ich przyjścia nie znam; może jutro, może za pełen księżyc. Trzeba nam jednak będzie z Northmanem na nowo w leśne ostępy ruszyć, wiecznie siedzieć tu nie będziem. Przeto podumać wam trzeba, jak ludzi strzec, w czym i pomóc spróbuję. Do wieczora i pieśni skalda czasu jeszcze trochę mamy.

Amon - 2013-02-01, 23:20

Kazmir milczał długo patrząc przed siebie z zatroskaniem. W końcu przemówił:
- Ludy nasze v lese strahlive, ale v polu, jak treba, bit se budut. Ale pravda, paniki nam ne treba. Sam budem govorit s starejszymi czo i jak. Ibo ne prvy raz razbojniki nas hcut grabit. - Jan spojrzał w oczy Bjolfa:
- I ne malo kosti uż my v naszej zemji hovali. - na twarzy starego wójta błysnął cień jakiegoś sadystycznego uśmiechu ale spłynął tak szybko jak się pojawił.
- Tak lepszej ne vojovat. Hoteli by my mnożej, bez krvi. - Wójt westchnął:
- Tak i u nas beda jesi, znam kmetov, czo i doczer by dali za dve kury - wójt parsknął z pogardą.
- Ale żeby devka sama hcela v les s goblyncem idt? - Kazmir zasępił się:
- Tak bym prvej vygnal ju, jej mat, otca i deda! - Jan wycedził z obrzydzeniem.

Wójt milczał dłuższą chwilę poczym wykrzywił usta i zdobył się na odrobinę humoru:
- Tak mogliby se vse idt do goblyncov. - splunął

Jan westchnął:
- Jesi jedin duhovnik moczny. Żivu v polnocznym lese, on pomocz może... ale drago bude nas kmetov jego pomocz kosztovat. - Kazmir zastanowił się dłużej:
- Ale jak mus, to damo

Horus - 2013-02-03, 13:12

- A kto ofertę waszą zaniesie, wójcie, hm? - krasnolud uśmiechnął się nieładnie, samymi ustami tylko, zębów nie pokazując - Przecież borów się boicie. Mówię "wy" i myślę o kmieciach, nie o was samych, ale wy przecież, wnoszę, do lasu samotnie nie pójdziecie...
Bjolf znów umilkł, a kilka obłoków dymu poszybowało ku powale. Dębowe krzesło, choć mocne, zatrzeszczało lekko, gdy krasnolud odsunął się nieco od stołu.

- Radę zbierzcie, rozmawiajcie, radźcie - podjął powoli, odjąwszy fajkę od ust - Co uradzicie, to i nam przedstawcie; może odnajdziemy się jakoś w waszym planie, może z celami naszymi zbieżny będzie. Tymczasem nie przeciągajmy; skald do wyśpiewania pieśni waszym ludziom się szykuje, a artyście kazać czekać nieładnie.
Wstał od stołu, skłonił się lekko i chwycił drzewce włóczni opartych o ścianę. Nim wyszedł, zwrócił się jeszcze raz do Kazmira:
- O znaną wam geografię chciałem jeszcze wypytać. Wiedza to dla mnie cenna, wielce byście pomogli, ale czasu nam jeszcze na to stanie. Miast tego zapytam i nową przestrogą uraczę: w okolicznych lasach krąży banda ludzi z zachodu, tęgich zabijaków co jeno spalone sioła za sobą zostawiają. Jeśli coś o takowych wiecie, powiedzcie. Jeśli nie, a wiedzy tej lepiej przede mną nie tajcie, baczcie na nich, bo to nie to goblyńce, ani ciury ni inne dezertery. Ludzie to straszni.

Amon - 2013-02-03, 14:22

Wójt wyjaśnił, że zazwyczaj jeśli ze wsi jakaś grupa wyruszyć musi na znaczną odległość, to właśnie on sam, stary Paluch lub Grzyb jej przewodzi. Poza tą trójką są tylko trzy inne które ważyły by się w dalsze lasy zapuścić i zdołały by powrócić. Mara Zielarka i jej syn Filip lasy dobrze znali, jednak wójt nie darzył ich ani sympatią ani zaufaniem. Ostatnią osoba była z bliskoiego otoczenia Jana i to właśnie ona miała by zanieść wiadomość do kapłana o którym wspomniał wójt.

I choć wójt się nie narzucał to było oczywiste że pragnął aby ktoś tej osobie towarzyszył w podróży

Stary Kazmir opowiedział o znajdujących się w okolicy dawnych kurhanach, wioskach zarośniętych, kamieniach tajemnych i skarbach jakie tam znaleźć można: broni dawnej zostawionej przez zmarłych oraz magii. Wytłumaczył gdzie się znajdują.

Późnym wieczorem w polanie była ograniczona ilość oświetlonych ogniem punktów, toteż Bjolf bez więkrzych problemów odnalazł skwer, gdzie wokół wielkiego ogniska siedziała chyba cała wioska. W centralnej części stał przygotowujący się do występu Feyvind

Leoncoeur - 2013-02-10, 21:27

Skald spojrzał na krasnoluda, który na plac doszedł od strony Kazmirowej chaty. Skinął mu głową rozumując, że wójt ostrzeżony został o tym, co miało zostać wyśpiewane. Frey rozluźnił się nieco, Kazmir z pewnością zadbał o względy bezpieczeństwa.

- Bjolf zwał się maż, syn Ulfa z Grzbietu Świata, a ród jego jednym z najpierwszych był z krasnoludzkich rodów. Bjolf był mężem wytrwałym i mocnym, że wielu podziw brał nad nim i chwały ojcu swemu przysparzał. Za młodu często wyprawiał się na stwory górskie jakie zagrażały wsiom i osadom, a włócznia jego wiele serc niedźwiedzich i innych przeciwników na wylot przeszyła. Opowiadają, że choć Grzbiet Świata wielki jest z wieloma skał grotami wygrażającymi niebu, to za mały był dla Bjolfa, syna Ulfa i ten to porzuciwszy północ wyprawił się na południe. Od wysp Moonshae po Wielką Dolinę wędrował aż do lasów Dunwood los go doprowadził. - Frey przemawiał mocnym głosem, a z każdym wersem jego ton nabierał melodyjności, opowieść krążyła między gawędą a nostalgiczną pieśnią.

- Czrvenica zwała się niewiasta, córka Bolka z rodu Grzybów co mianem najliczniejszego na Polanie w lesie Dunwood szczycić się może. Płomienie okalały jej lica, a uroda powodem westchnień wielu młodzieńców się stawała gdy Grybowy kwiat polany z latami rozkwitał. Stało się dnia pewnego, że wraz z innymi niewiastami do lasu pobieżyła, gdzie jak wilki na owce tak gobliny niecne je osaczyły i Czrvenice porwały unosząc ze sobą. Takoż jak każde stado ma swego ogara co je chroni, bogowie i tu nie pozwolili by piękne dziewczęta same opór najpierwszym z przebrzydłych kreatur miały dawać. Bjolfa, któren świadkiem napaści był ogarnął szał walki, smukłego posłańca śmierci z rąk puścił życie odbierając, drugi oszczep w lewicę chwycił, a mocną włócznię o żelaznym grocie w prawicy dzierżąc na pozostałych wrogów uderzył; gobliny zaczęły z przerażeniem usuwać się na prawo i na lewo. Nie mogąc zmóc krasnoluda zielone bękarty pociskami szyć w niego poczęły i wtedy dopiero zmożon wybawca dziewcząt legł na ziemi.
Choć bez świadomości to po zwycięskiej walce.
Wtedy córy Polany powiedziały:
Padl kak mu goblynce
kameńe kidali.
Ma on dolgu brade,
a mladi, ne stari.
Żiv on, voj mocarny.
Żiv on, czestny karzel
Hej, Myska i Repka
Zatknejte sve tvare!
Hej, Niechaj wypocznie,
Po walce i znoju.

Gdy Bjolf przebudził się tak mu jeszcze rzekły.
Budte zdravi pane.
Hej, my rade velmi
jesmo że wy żive.
Doma hoduj s nami.
Czrvenice sobrali
Nam te podle śvińce,
Braty vozmu palki
Bojte se goblince!

Bjolf tedy z córami Polany ku ich domom podążył by wieści o porwaniu Czrvenicy przekazać. –
Frey żywiej śpiewał wplatane w sagę wiersze zwane lausavísur opisujące niektóre z wypowiedzi bohaterów sagi, lecz wciąż kontrolował jej tempo nie dając jeszcze ponieść się opowieści.

- Freyvind zwał się mąż, syn Lennarta, syna Sigurda któren synem był Arnulfa zwanego "Śmiałym", Vandræðaskald nazywali go ci co jako i on domem swym zwali skały Jotunspine na Norheim w Moonshae. Był tam pieśniarzem uznanym, choć z druhami i mieczem nie gardził gdy użyć go należało. Zachodnie wiatry groźne i przewrotne przygnały go do Wielkiej Doliny, a los zetknął z kwiatami Polany zatroskanymi utrata Czrvenicy, oraz z Bjolfem, co z początku groźnym okiem łypał na Nortmana, lecz widząc iż nie zagraża on im, łaskawiej spojrzał. Skald to „królewiczem”, to „nasilnikiem” zwany oprzeć się nie mógł urokowi jaki nań panny rzuciły, a największym czarem śliczna Veverka go omamiła, że nad losem cór Polany się zafrasował i pomoc wnet poprzysiągł. Tak tedy razem do Polany udali się by z ojcami niewiast nad potokiem napadniętym zastanowić się jak płomiennowłosej brance pomóc. – Frey nawiązując dyskretnie do ‘wypadku’ Veverki puścił jej oko.
Opowieść popłynęła dalej.

Nortman wplatając w sagę pieśni i wiersze odkrywał przed wieśniakami historię jaka wy-darzyła się w lasach, choć… wedle ustaleń z Bjolfem mijał się z prawdą w niektórych szczegółach.

Opisywał krwawe aczkolwiek zwycięskie starcie z wilkami i „drevną vedmą”, po którym Pani Modrzewia widząc iż nie ma tyle mocy by narzucić im swą wolę puściła ich wolno.
Opisywał spotkanie z „czarcimi vedmami”, lecz umiejscowił je przed odbiciem Grybovny i nie mówił nic o orgii sabatu, tyle tylko, że złą magią potraktowani bohaterowie cały swój dobytek utracili.
Opisywał wykradnięcie Czrvenicy hobgoblinowi za pomocą fortelu zmiany w „drevną vedmę”, a w krótkiej pieśni wygłosił dość wiernie słowa siwego hobgoblina o potrzebie napadu na wioskę.
Opowiedział o ciężkiej walce z inną grupą hobgoblinów, w której nad wyraz opisywał męstwo Bjolfa, który kładł gobelinów niczym zboże. Skald nadmienił też jakoby z procy Czrvenica w głowę dostała i nieprzytomną ją nieśli póki nie odzyskała przytomności lecz z utrata pamięci. Saga dyplomatycznie przemilczała drugie spotkanie z wiedźmą, choć opi-sywał ją jako groźna i żądną krwi wielce, sugestywnie przedstawiając goblinie trupy ob-dzierane ze skóry przez Panią Modrzewia. I dla Bjolfa i dla Freya nie byłoby dobrze, aby wieśniacy zachęceni pokazaniem jej miłej, radosnej i czułej na pochlebstwa vedmy zechcieli ją odwiedzić i dowiedzieć się przypadkiem o tym co naprawdę stało się z pamięcią porwanej wieśniaczki.
Frey głosił też chwałę i szczodrość wójta, a dyskretnie spoglądając na niego przesunął niepozornie dłonią po sakiewce i bogatym stroju. Kazmir nie oszczędzając ze swoich dóbr kupił sobie chwałę w sadze, miast niesławy.

Nortman wplatając własne wiersze jako lausavísur Freya – bohatera opowieści, powoływał do życia obrazy dzięki magii skaldów. Prócz głosu pieśniarza wokół ogniska czasem widać było zwiewne wizerunki tego o czym traktowała saga. Uniesiony topór rozłupujący goblinie czerepy, wściekłe wilcze paszcze, groźnych gobelinów z procami, Czrvenice z radosnym uśmiechem wpadającą w ramiona ojca, na końcu sagi. Również gdy Frey opowiadał o ‘negocjacjach” z „siwym” wplatając pieśń o Odynie i Freyi, przybrał na chwile postać „drevnej vedmy” jak wcześniej w lesie, by z jej ust wygłosić lausavísur rozmowy z porywaczem. Nie zapomniał przy tym o strasznych zębiskach i szponach jakimi zmienił jej faktyczną postać aby uczynić ją straszniejszą.


Saga z początku nostalgiczna i wolna, przyśpieszała aż do kulminacji – walki z goblinami, aby na koniec znów zwolnić w ostatniej części – szczęśliwego zakończenia.

- Tak oto kończy się Saga o Czrvenicy Grybównie, niechaj znana będzie wszystkim, ku przestrodze i ku radości iż dobrze się zakończyła. – zakończył dając jakiemuś chłopcu znać by podsunął mu kubek z miodem, gdyż piekielnie zaschło mu w ustach.

Amon - 2013-02-11, 22:55

Gawiedź poddawała się czarowi Feyvindowej sztuki. Wpatrzone weń oblicza rozświetlone w blasku ogniska wydobywały z siebie odgłosy śmiechu, zachwytu i trwogi, w zależności od tego w jakim kierunku skald prowadził swoją opowieść. Kiedy northman przybrał postać wiedźmy kilkoro młodszych widzów poderwało się do ucieczki i zajęło im chwilę by zrozumieć że nie ma realnego zagrożenia.

Veverka spaliła się ze wstydu... chociaż kiedy tylko upewniła się że nikt na nią nie patrzy również puściła skaldowi oko.

Na koniec oczywiście wszyscy w spontaniczny sposób wyrazili swój aplaus, młodym wychodziło to znacznie lepiej, starsi dyskutowali między sobą informację o mozliwym napadzie na wioskę. Wójt wraz ze Slavkiem Paluchem gestykulując uspokajali zaniepokojonych dając do zrozumienia że działania zostały już podjęte.

Bohaterowie długo bawili się przy ognisku z miejscowymi, jadła i napitku nie brakowało. A kto miał wolę i siłę, mógł i przyjemności innych zasmakować w stodole na paluchowym sianie...

Następnego dnia wczesnym rankiem młody, kazmirowy parobek oddnalazł was i przekazał wiadomość że wójt wielce rad byłby was widzieć.

Kiedy zebraliście sie do kupy, ruszyliście na spodkanie ze starym Janem. Wójtowi towarzyszył Slavko Paluch, wspólnie zasiedliście przy janowym stole. Wójt wyłożył co stało: Wioskowi do ataku się szykują, kowal kosy przekuwa, mężczyźni patrolują okolice wioski, nikt sam nie chodzi, kobiety obejść nie opuszczają. Jan zamiaruje wysłać zauwanego człowieka do potężnego i kapryśnego zarazem kapłana, którego pomoc wielce by się zdała zarówno by przed samym atakiem uchronić, jak i w razie gdyby ten nastąpił szkody pomóc naprawić.
Do izby weszła zakapturzona postać ubrana w brunatną podróżną tunikę, kiedy uniosła głowę i odsłoniła twarz poznaliście w niej Prvicę Kazmirównę, dziewczyna miała ciasno spięte włosy a na jej młodej twarzy malowała się skromnośc i determinacja. Starty Kazmir wyjaśnił że to właśnie jego córka jest ta zaufaną osobą która dobrze zna leśne ostępy, Jan pokazał jej wszystkie znane sobie ścieżki.
- Tak czestni heroje, prosim vas velko, obrańte doczere moju v doroge k duhovnika. - zwrócił się z prośbą wójt.

Horus - 2013-02-13, 09:59

Krasnolud siedział za stołem z ramionami splecionymi na piersi, a kłęby dymu spowijały go gęstym nimbem. Słuchał wójta i długo milczał, ale miast niego patrzył na Freyvinda, próbując odgadnąć jego zamiary.
- Nie przebywamy waszych borów i kniei bez celu, panowie gospodarze - odparł krótko, przenosząc wzrok na Kazmira - Ale i spełnienie prośby waszej może być z celami naszymi zbieżne. Tym razem jednak powiedzcie nam wszystko, żadnej wiedzy nie szczędźcie. Szczególnie o tym kapłanie rad bym więcej usłyszeć.
Znów spojrzał na skalda; postanowił umyślnie pozostawić inicjatywę w podjęciu decyzji jemu właśnie. Nic nie wiązało Bjolfa z tymi ludźmi, a więzi powiędzy nim a Northmanem były tylko nieco trwalsze. To na jego rytuał obaj się szykowali we wnętrzu Modrzewia i to rytuał ów, być może, musiałby zaczekać. Wiedza, jednak, zawsze się przyda, a teraz płacą zań jedynie krótką chwilą swojego czasu. Postanowił czekać.

Leoncoeur - 2013-02-13, 18:41

Skald spostrzegł spojrzenie krasnoluda, ale nie dał tego po sobie poznać.
- Niech i tak będzie, nie można przecież pozwolić by naszej Prvicy stało się co złego - odpowiedział.

Jak na razie eskorta dziewek przez las nie wychodziła im za dobrze. Nie wychodziła też na dobre dziewkom. Frey pogłaskał się po warkoczyku na brodzie i ujął go w palce. Do dwóch razy sztuka? Za którymś radem się uda? A może znów czarcie wiedźmy i być może rabat u "drevnej trzpiotki" w kwestii korzystania z ducha.
Myślał przez chwilę konfrontując informacje jakie otrzymał od Bjolfa, z tym co ich czekało.
- Tak jak prawi Bjolf, tym razem wszystko rzec musicie. Kto zacz ten duchownik, w jaki sposób pomóc wam zdoła, jak daleko mieszka i czemu tam, a nie obok Polany co by mu i wygodniejsze pewnie było. Oraz co na drodze złego spotkać może. Powiesz też czemu córkę ślesz zamiast samemu się wyprawiać, bo nie zdajesz mi się na takiego co by bez kozery swą doczerą ryzykował jak samemu nie raz po borze chodziłeś. I nie widzi mi się, że to jeno kwestia wieku, bo choć staryś, to czerstwy i od niedołęgi daleki.

- A Ty Kwiecie Polny.... - zwrócił się nieoczekiwanie do Prvicy. Oparł policzek na dłoni, palcem drapiąc się lekko po skroni. - Powiedz nam co żeś ty w lesie głęboko robiła że go znasz, skoro poza zielarką i jej synem (co dziwnym byłoby gdyby po lesie nie chodzili) jeno Twój ojciec, Gryb i Paluch się w gęstwinę dalszą zapuszczają. Nawet nie twoi bracia. A ty tak.

- Co to to u diabła znaczy nasilnik? - Uśmiechnął się udając zafrasowana mine.

Amon - 2013-02-15, 18:54

Slavko zaczął:
- Duhovnik sil velkih od bogov doznaje, Stare ludi govorju, że navet tih czo pomarli, żitju oddal.
- tak ne darmo - wtrącił wójt, po czym Paluch ciągnął dalej:

- Tak duhovnik velmi stary i szalony, ludi govorju, że to za te peruny, czo z ruki tiskal v vrogov. - Jan dołożył od siebie:

- Duhovnik na Gromovitej Gore byva, gde Velki Talos sile k nemu nese. Tam hram bogu spravil, tam, ten czas żije, otoczon volkami, krukami i strasznymi svymi doczerami. - Slavko pokiwał głową:

- Ludi velki respekt dla duhovnika majut, ale takoże goblynce i orki. Tak on może pomoc atak zanehat. - Skończywszy odniósł się do pytania Feyvinda:

- Ano ten no... "gvaltitel" - zerknął na Kazmira z niemym pytaniem czy zapamiętał dobrze żadko używane słowo, wójt kiwnął i zaczął odpowiadać na inne pytanie:

- Prvica s nami mnogo v lese byvala, ibo my stare i jak pomremy, tak mus byt v Polane nekto czo les zna. Ona pravo lesu razumi, vedmy szanuje, cesty dobre zna, ryhlo unikat ume. Ale mnogo goblyncov i innyh też to ume. Tak dobre jak ju branit pred nimi budete. Doroga s Polany do Gromovitej Gory to sedem dńi, ale Prvica cesty zna tajemne, budete v dva. Jak ne tretite goblyncov li orkov v droge, to jedino diki zver, jak to v lese. A na Gromovitej Gore, vedomo - hram meste svete. - Jan spojrzał wam kolejno w oczy.
- Gromovity straszny bog, umarli vojujut cely czas s sobom, a jak żivyh vidut, to zli sut, ale jak nekto gromovity znak bude pokazat, to ne budo atakovat, budo pozvalat do hrama vhodit. - Jan zerknął na Prvicę, dziewczyna wyciągnęła z za pazuchy wisior z wykonanym z żelaza gromovitym znakiem, wójt kiwnął głową i kontynułował:
- Starego duhovnika dobre znam, stary gńiv na mne ma. Jak mne bude videt, prvej ubije zato bude dumat. Jak on starszy tak s razumem gorszej. Tak kto inny musi s nim govorit, a devki bezbrannej on ne uszkodi. Ne taki on jest. - kiedy mężczyźni przestali mówić Prvica odpowiedziała za siebie na Feyvindove pytanie:

- Tak otce brali z sobom i starszymi v les, tak ja szla, juże jak velmi mala byla to hodila. A pry Gromovitej Gore tież jedin raz byla, ale do hramu ne vhodila.

Horus - 2013-02-17, 11:09

- Talos to kapryśne bóstwo - krasnolud odparł, przenosząc wzrok na Prvicę - Jego kapłani temperamentem rzadko odbiegają od swojego pana. Masz ikrę, dziewczyno, której wielu innym w takich chwilach nie staje.
Resztka ziela dopalała się w główce fajki, dogorywając z wolna w cichych trzaskach. Kłęby były coraz oszczędniejsze, aż Bjolf wyjął z ust cybuch i lekkim uderzeniem o nogę stołu wytrząsnął popiół na klepisko.
- Na wasze potrzeby czułym - ciągnął, wciąż przyglądając się dziewczynie, choć oczywistym było, że nie do niej tylko się zwraca - Mój druh już zaofiarował wam swój miecz, a teraz i moją włócznię macie.

- Jeśli pozwolicie - wstał od stołu, skłoniwszy się lekko gospodarzowi - Czasu nie staje, a my do drogi gotowi. Prowiant każcie przysposobić, ta i ruszać będziemy.

Amon - 2013-02-20, 19:49

Kmiecie wielce ucieszyli się z takiego obrotu spraw, Prvica jedynie kiwnęła skormnie głową. Wójt kazał objuczyć Matta (którego przywiedliście do wioski), jeszcze przed południem ruszyliście w las. Bjolf spytał Prvicę gdzie dokładnie znajduje się Gromovita Góra, dziewczyna wskazała północ. Jednak ku waszemu zdziwieniu Janowa córa prowadziła was na południe. Nie widzieliście w tym żadnego sęsu, jednak Prvica upierała się przy swoim, zrozumieliście dopiero przy pewnym strumieniu: dziewczyna chwyciła was za dłonie i przestąpiła na drugą stronę wody. W jednej chwili krajobraz wokoło uległ zmianie: buki ustąpiły miejsca świerkom, po strumieniu nie było śladu. Prvica wyjaśniła że znajdujecie się teraz kilka dni drogi na północ od Polany. Dla Bjolfa stało się jasne, że jesteście znacznie bliżej gór. szliście jeszcze kilka godzin, kiedy zaczynało się ściemniać, wasza przewodniczka zakomunikowała:
- Ne delej jak tri godiny, jest male selo - Boruty. Dobre ludy tam żivu, ale jak nekto po noczy hodi, kijami pognajut. Tak treba nam tuczas na nocz stavat. - to powiedziawszy zrzuciła plecak i zaczeła rozniecać małe ognisko. Matt niósł na plecach sporo całkiem przywzoitego jadła więc mogliście spać z pełnymi brzuchami. Pierwszą wartę obją Feyvind, następnie Bjolf, a po nim Prvica i tak nastał poranek. Szybko złożyliście obóz i ruszyliście w stronę Borut. Po drodze Prvica opowiadała wam o wiosce, były tam tylko trzy domy, zamieszkujący ją ludzie żyli z łowiectwa i zbieractwa, żadko ktoś do nich zachodził, a jesli już to z Polany. Stary mąż Mary Zielarki był z Borut.

Jeszcze nim wasze oczy cokolwiek dostrzegły, do waszych nozdrzy dotarła niepokojąca woń, spalenizna. Feyvind znał ją dobrze, tak pachniała śmierć. poruszaliście się powoli z bronią w gotowości, Prvica skradała się pierwsza, bezszelestnie, niemal czołgając się między drzewami, w pewnym momencie po prostu się zatrzymała. Kiedy podeszliście bliżej zobaczyliście zwęglone zgliszcza będące pozostałością drewnianej zabudowy. na łysej ziemi leżały zwłoki psów i ludzi, pocięte żelazem, niektóre nadpalone, ciała niewiast, z czego tylko połowę z racji wieku mozna by nazwać kobietami leżały nagie, w pozycjach nie pozostawiającyh żadnych wątpliwości co do natury minionych wydarzeń.
Staliście w miejscu, gdzie jeszcze niedawno była wioska zwana Borutami.

Leoncoeur - 2013-02-22, 18:36

Ostrożnym krokiem Northman szedł pomiędzy trupami oglądając zgliszcza. Minę miał zaciętą.
- Gobliny zabrałyby kobiety ze sobą... - mruknął patrząc to na Prvice to na Bjolfa.
W czaszce kiełkowała mu upiorna myśl, miał zamiar pójść do "zony" pod Modrzew po powrocie od Duchovnika... a tu okazywało się, że kto wie czy nie byłoby to za późno.

Rozglądał się za śladami, oraz badał wzrokiem styl ran od jakich zginęli wieśniacy z Borut zamknął oczy jednej z dziewczynek i przykrył ją jej sukienką zadarta pod szyję.
- Nie jest dobrze. - rzekł do dwójki towarzyszy.

Horus - 2013-02-23, 21:13

Bjolf dołączył do Freya, prowadząc ze sobą Prvicę.
- Zgadza się - przytaknął - Tu szło o grabież. O uciechę. Z naciskiem na to drugie.
Zbliżył się do Northmana; mówił głosem ściszonym, ale nie dbając za nadto o to, by uczynić go niezrozumiałym dla Prvicy.
- Wiem, dokąd płynie strumień twoich myśli. Z raz obranej drogi nie schodźmy, na jedno i drugie może być już za późno.
Spojrzał jeszcze w niebo, by upewnić się jeszcze o pozycji księżyca na nieboskłonie. Światło pochodzące z nieba było mu obojętne; nawykł do wielu dni spędzonych w podziemiach krasnoludzkich siedzib. Ale podróżował z ludźmi, a oni byli w ciemności jak dzieci.
- Dzisiaj nie będziemy stawać na noc. Czas nagli. Kilka dni drogi dzieli ich od Polany. To nie gobliny, prawda, choć po nich nie będzie nawet kogo odbijać.

Amon - 2013-02-24, 21:43

Feyvind upewnił się, że rany zadało duże ostrze, zupełnie jak długi miecz który kiedyś do niego należał. Miejsce kaźni wyglądało nieprzyjemnie znajomo, szczególnie gdy zobaczył trzech mężczyzn powieszonych na słupach które kiedyś musiały być wspornikami dachu. Prvica wkońcu się zbliżyła, po prostu nie chciała zostawać sama, oglądała zgliszcza z wyrazem terroru na twarzy. Kiedy jej wzrok utkwił na wisielcach wypsnęło jej się przejętym głosem:
- ofjara dla boga - przeniosła trworzny wzrok na krasnluda i northmana:
- Z ludi ofjare urobili. Ne można pohovat. - wyjąkała łąmiącym się głosem, lecz o dziwo, nie rozkleiła się.

Feyvind oczywiście widział takie ofiary z wisielców dla Odyna wiele razy.

Bjolf upewnił się że pora jest jeszcze wczesna i minie wiele godzin zanim się ściemni.

Leoncoeur - 2013-02-26, 14:36

- Hail Óðinn! Drottinn Ásum! Vinsamlegast veita mér visku, vinsamlegast vernda mig, og gefa mér eigin stól mitt í Vallhalla - Frey wyszeptał krótką modlitwę widząc ofiarę dla Jednookiego.
Głos dziewczyny wyrwał go z zadumy, w pierwszej chwili zastanawiał się o co jej chodzi.
- Można pochować, Odyn nie przyjął ich daru. - Wskazał na oczy trupów wybałuszone, ale na miejscu. - Hugin i Munin nie wzięły swej części łupu jaki przyjmuje ich pan.
- Kruki Najwyższego z Asów (bogów ludzi którzy to uczynili) nie wydziobały im oczu, ofiara przez boga nie przyjęta. Oni wyrzekli się swych bogów i przodków, to bogowie wyrzekli się ich. Są przeklęci. - dodał widząc, że Prvica nic nie rozumie.

- Są tez zdesperowani - zwrócił się do krasnoluda. - Choć widziałem ich wiele to radko na Moonshae składa się ofiary z ludzi, a tu powiesili Jednookiemu trzech. Chcą przebłagać Asów i Vanów, następnym razem może powieszą dziesięciu. Może oni już nie mordują dla łupów, lecz dla samego zadawania śmierci by odzyskać przychylność władców Asgardu i Einheriarów z Valhall? - Urwał i wzruszył ramionami. - A może się mylę? Tak czy owak dla Polany nie są to dobre wieści.

Obrócił się i jeszcze raz spojrzał na wyrżnięta wieś, lecz sam zdziwił się czując jakiś żal i nie udało mu się go zamaskować na twarzy.
Czemu?
Wszak sam uczestniczył w czterech podobnych masakrach na Wybrzeżu Mieczy.
- ... nie możemy ich pochować Prvico. - rzekł w końcu. - Musimy się spieszyć by jak najszybciej dotrzeć do duchownika, a gdy go sprowadzimy do wsi mi pilno do... lasu. Odwiedzić modrzew mi trzeba. - spojrzał wymownie na Bjolfa.
- Gobliny już nie są największą groźbą dla Polany. Nie zwlekajmy.

Amon - 2013-02-26, 18:58

Towarzysze prowadzeni przez Prvicę ruszyli w dalszą drogę, zostawiając zgliszcza za sobą. Tym razem nie zatrzymali się na spoczynek, księżyc świecił jasno, Prvica była w stanie rozpoznać drogę i mimo iż jej oczy nie były tak czułe w ciemnościach jak bjolfowe, to radziła sobie znacznie lepiej niż Feyvind, który momentami szedł zupełnie na ślepo. Jednak ku swemu zdziwieniu nie potknął się ani razu. W blasku księżyca odnaleźli polanę na środku której stał rozłupany przez piorun, uschnięty pień starego dębu. Prvica znów chwyciła was za ręce i postąpiła do przodu. Znaleźliście się w skalistym otoczeniu Jak zauważył Bjolf wysoko nad ziemią i blisko gór. W oddali, co jakiś czas słychać było grom.
- Musim rana czekat, idt tuczas ne możemo. - zauważyła Prvica. Przeczekaliście do rana, nie zmrużyliście oka, Nie tylko przez gromy ale i wycie wilków, jednak nic rzeczywistego nie zbliżyło się do was. Kiedy wzeszło słońce, mogliście przyjrzeć się okolicy. Byliście na wyżynie, gęste lasy pozotawiając w dole, korony drzew spowijała mgła, przed wami wznosił się skalista Gromovita Góra. Bjolf wiedział że wspinaczka zajmie kilka dobrych godzin, co z dojściem do samej góry sprawi, ze na szczycie znajdziecie się pod wieczór. Zostawiliście Mata u podnóża góry, miejąc tylko nadzieję że żadne wilki go nie rozszarpią. Prvicy i Bjolfowi wspinaczka szła dobrze ale nie wprawiony Feyvind opóźniał ich. Kiedy słońce już zachodziło a wy, wyczerpani zbliżaliście się do szczytu, do waszych uszu zaczął dobiegać szczęk broni. Prvica mówiła coś o umarłych, ale nie zatrzymywała się a wy mimo obaw zdawaliście się na jej doświadczenie z poprzedniej wizyty w tym miejscu.

Gdy stanęliście na płaskim rozległym szczycie waszym oczom ukazała się scena rodem z nocnego koszmaru. Jakieś dwa tuziny posępnych wojowników ścierało się ze sobą w zaciętym, boju. Bjolf natychmiast zauważył że wszyscy partycypanci byli nieumarłymi, podobnymi z wyglądu do zombie, jednakże z zachowania zdradzający więcej intelektu. Bitwa toczyła się na rozległym placu, na jego końcu rysował się strzelisty hram. Nieumarli szybko zauważyli nowo przybyłych, przerwali potyczkę i zaczęli powoli zbliżać się w waszym kierunku. Ale Prvica nie wyglądała na zaskoczoną, owszem była przerażona ale nie zaskoczona. Szybko wyciągnęła wisior z gromovitym znakiem i wystawiła go przed siebie.
- Hvala Gromovitemu! - wykrzyczała nieco łamiącym się głosem dziewczyna. nieumarli zatrzymali się, dziewczyna postąpiła do przodu i dała wam znak głową byście podążyli w jej ślady. Przechodziliście między ożywieńcami, którzy odprowadzali was wzrokiem. Kiedy stanęliście przed wejściem do hramu, potężne drewniane wrota, najeżone wystającymi ostrzami dawnych mieczy, uchyliły się skrzypiąc okrutnie. Na przeciw was stała w progu, wysoka na dobre siedem stóp postać. Jej twarz zakrywał stary rogaty hełm, ciało poszarpana koszula kolcza sięgająca kolan, trzymała okrągłą tarczę i włócznię.
- Czego szukacie w domu Pana Burz!? - ryknął silny i niski kobiecy głos. Prvica postąpiła do przodu:
- Jan Kazmir, vojt Ponany, Velkego Duhovnika o pomoc prosi. - Zamaskowana postać roześmiała się złowieszczo.
- Najwyższy sługa Pana wieczerze spożywa, miejsca przy stole starczy... - To powiedziawszy ustąpiła miejsca i pozwoliła wam wejść do środka.

Przeszliście szerokim ciemnym korytarzem do rozległej biesiadnej hali. Ściany były pokryte powyginanymi fragmentami broni i zbroi, bez wątpienia robota magii. Przy długim stole siedzieli umarli wojownicy, ich ciała były w różnym stanie ale nawet po rynsztunku można było stwierdzić że nie wszyscy byli za życia ludźmi. Byli tam orkowie, hobgobliny, nawet jeden drow. Był też jeden "człowiek" który musiał trafić tu dość niedawno (sądząc po stopniu rozkładu) na tyle niedawno, że Feyvind nie miał problemu z rozpoznaniem kim był za życia - jeden z jego dawnych kompanów!. Wysokie uzbrojone kobiety, podobne do tej która was wprowadziła, donosiły do stołu surowej dziczyzny i dolewały czerwonego płynu w stojące przy biesiadnikach puchary. Nieumarli wbijali zęby w ociekające krwią mięso. Na końcu stołu siedział stary mężczyzna z długą do ziemi brodą, Wystające kły zdradzały jego mieszaną krew, jeden z jego rodziców musiał być orkiem. Mężczyzna miał przepaskę na prawym oku. Nie jadł tylko popijał, przy jego krześle siedziały dwa wielkie worgi. Starzec rzucał im co jakiś czas mięso ze stołu, bestie połykały je od razu. Nad biesiadnikami fruwały głodne kruki, nieumarli co raz musieli odganiać ptaszyska, dla których było wszystko jedno czy szarpią mięso ze stołu czy z siedzących przy nim.
Kobieta która was przyprowadziła podeszła do starca i szepnęła mu coś na ucho. Mężczyzna wytężył swoje oko, po czym wskazał wolne miejsca (między nieumarłymi rzecz jasna)
- Gość w dom... bogi w dom... siadajcie proszę przybysze. - zachęcił nie znoszącym sprzeciwu głosem.

Horus - 2013-02-28, 10:05

Bjolf skłonił się Duhovnikowi z szacunkiem, posłał Prvicy krzepiące spojrzenie, po czym usiadł pośród nieumarłych. Włóczni nie odstawił, swoim zwyczajem, pod ścianę izby; miast tego oparł okute stalą stopki o podłogę, a drzewce o ramię, celując grotami w sufit. Spojrzał w górę, na latające w koło kruki; być może Freyvind miał rację i ofiara dla Odyna nie została skonsumowana przez kruki ze względu na niechęć samego bóstwa... ale kruki nie narzekały na brak strawy w okolicy.
Krasnolud uśmiechnął się paskudnie, samymi kącikami ust.

Leoncoeur - 2013-02-28, 14:21

Frey przysiadł sztywno obok krasnoluda.
Był totalnie przerażony i nawet tego nie ukrywał.

Z pewnością to nie zombie tak nim wstrząsnęły, choć sam widok żywych trupów na szczycie góry wywołał w nim połączenie zaskoczenia z obrzydzeniem i napięciem, wyraz paniki na jego twarzy rozlał się dopiero po wejściu do hali i nie opuszczał go trzymając northmana w zimnych szponach nabożnego strachu.

Patrzył tępo na rozkładające się twarze, na kruki i na Duchovnika, choćby chciał coś rzec to głos wiązł mu w gardle. Obok Thórlorfr Haraldsson zwany na Jarl av Havn: "Bjarki" - czyli "niedźwiadkiem" (albo raczej to co nim kiedyś było), ucztował w najlepsze z innymi ożywieńcami odganiając ptaszyska.
- Freyu pomóż... - wyszeptał łamiącym się głosem.

Amon - 2013-02-28, 22:04

Kiedy męzczyźni zasiedli, Prvica, z oporami, również zajeła wolne miejsce między dwoma nieumarłymi (każdy z was siedział mając ożywieńców po obu stronach). Dziewczyna trzęsła się jak galareta. Stary kapłan wyglądał na dobrze rozbawionego:
- Przynieście pielgrzymom jadła i popitki... głodni pewnie... - Wielkie odziane w kolczugi i chełmy kobiety podeszły do waszych miejsc zrzucając z odwróconych tarcz służących za tace po kawale surowego, obdartego ze skóry, ociekającego krwią mięsa. Chwile później postawiły również po starodawnym pocharze, pełnym czerwonej cieczy. Charakterystyczny zapach nie pozostawiał żadnych złudzeń - krew, jeszcze ciepła.
Kapłan obserwował was uważnie uśmiechając się:
- No dalej! ciało i krew! świerze, ofiarne... - widząc brak reakcji z waszej strony dodał:
- Nie martwcie się tak, nie sporzywamy tu ludzi... - zerknął na swoich "biesiadników"
- Przynajmniej nie tego wieczoru... - Umarli oderwali wzrok od pałaszowanego pokarmu i przekręcili głowy w stronę kapłana, wciąż przeżuwając ostatni kęs. Kapłan spojrzał w twarz najbliższego używieńca przybierając banalną przepraszającą minę.
- Przynajmniej jeszcze nie... - Kapłan i jego "kamraci" rykneli dzikim śmiechem, rechot nieumarłych, plujących przy tym rozszarpaną surowizną był czymś czego długo nie zapomnicie, co oczywiście będzie zalezeć od tego jak długo będzie dane wam pożyć. Kapłan machnął uspakająco ręką rzucając jednocześnie kawał mięsa jednemu z worgów.
- Eh... żarty żarty... Nie frasujcie się drodzy pielgrzymi, żadko mamy okazję pożartować, u nas zawsze taka... martwa atmosfera.

Horus - 2013-03-07, 22:15

- Wybaczcie tak oschłą reakcję, panie - krasnolud odparł z paskudnym uśmiechem, na poły prawdziwie szelmowskim, na poły maskującym narastające w nim napięcie - Droga z nami daleka, zmęczeniśmy wielce. Tedy i za gościnę dziękujemy.
Żywe trupy były dla Bjolfa czymś nienaturalnym oraz, co oczywiste, zaskakującym. Trudno było jednak zachwiać umysłową równowagą łowcy, który parał się polowaniami na kilkuset kilogramowe bestie mając za oręż jedynie rohatynę i żelazną wolę. Wyciągnął przed się ramię i uniósł puchar z ciepłą krwią. Pił ją wielokrotnie, niejednej zimy. Uczył się upuszczać ją z ran upolowanej zwierzyny w sposób kontrolowany tak, by nie uronić ni kropli; dawała ciepło i energię. Była dobrem, którego prawdziwemu myśliwemu nie wolno było nigdy zmarnować. Teraz zaś była środkiem niezbędnym dla nieuchybienia obyczajom gościnności.

To, co go alarmowało bardziej, to co nakazywało mu zachować czujność i baczenie na to, by nie postawić fałszywego kroku, była rzeczywista moc ich gospodarza. Kazmir nijak nie przesadzał, opisując duchowy potencjał swojego 'duhovnika'; jego władza nad magią objawień wielce przewyższała skromne w porównaniu doń możliwości Bjolfa. Stąpali po kruchym lodzie, a on na krótką, miał nadzieję, chwilę, pozostał w tej grze sam. Musiał działać.

- Wiecie wszak, że nie gościcie nas bez powodu - podjął wreszcie, odstawiwszy pusty puchar, ocierając kąciki ust z resztek juchy. - Rzeczy pilne i nie cierpiące zwłoki przywiodły nas na Gromovitą Górę. Prvicę przeto gościcie. Druh mój, Frey, również przy stole waszym miejsce zajął. Jam zaś jest Bjolf, krew z rodu Ulfa. Zechcecie, sprawę naszą wyłożę. O posłuchanie wasze proszę.
Skończywszy, pochylił z czcią głową, dochowując wszelkich zasad sztuki krasnoludzkiej etykiety. A że krasnoludzka etykieta uchodzi za niezawodną, postanowił oddać swoje prastarym tradycjom.

Amon - 2013-03-07, 23:00

Kapłan podawał właśnie trzymany w dłoni strzęp mięsa jednemu z worgów, jego jedyne oko zachowywało podzielną uwagę, to zerkało na zwierzęta to na gości, spojrzenie starca zatrzymało się nieco dłużej na Prvicy.

Przerażona dziewczyna jakby to wyczuła, jej wzrok był wbity w ciemną powierzchnię stołu. Chwyciła puchar oburącz, by zminimalizować drżenie rąk, zamoczyła usta w czerwonej cieczy i zmusiła gardło do przełknięcia. Wykonawszy ten gest zerknęła ostrożnie na ich gospodarza i skłoniła skromnie głowę.
- Velmo denkujem za gosztinu Sventy Pane. - odstawiła puchar starając się nie patrzeć na niego z trwogą i obrzydzeniem.

Rozbawiony kapłan machnął tylko ręką dając do zrozumienia że "nie ma za co", szczerząc swoje blade kły, wbił jedyne oko w krasnoluda.

- Tędy słucham cię karle. - powiedział opierając dłonie o głowy worgów.

Wielkie kobiety nieustannie krążyły w koło stołu, dbając o to by biesiadnikom nie zbywało jadła i napitku.

Horus - 2013-03-08, 13:59

- Kilka dni na południe od Gromovitej Góry jest wieś, Polana - zaczął z wolna krasnolud, uważnie dobierając słowa - Wiem, że ludzi owych znacie, Panie. Boga Gromów szanują i cześć mu oddają. Grozi im wielkie niebezpieczeństwo; gobliny z gór grasują po waszych lasach, ludzi dawno przestali się lękać i planują podejść ich siedziby. Dziewki prowadzą na pohańbienie do swoich siedzib. Dopuścić do tego nie chcemy.
Przerwał na chwilę, próbując przebrnąć przez szalone oczy i wejrzeć wgłąb myśli kapłana. Nie robił tego nachalnie; ot, obserwował mimikę, wzrok, badał reakcję.

- W pielgrzymce na waszą świętą górę minęliśmy wieś Boruty - mówił dalej, a z każdym wypowiadanym słowem głos krasnoludzkiego obieżyświata nabierał mocy; wiedział już, którędy poprowadzić mowę - Domy spalone, mężowie porąbani, kobiety rozciągnięte na ziemi, niektóre dziećmi ledwie będąc. Znaczy to jedno jeszcze; nie gobliny jedynie Polanie zagrażają. Pomocy tedy nam trzeba. Pomocy kogoś o sile wielkiej a komuś jeszcze potężniejszemu służącemu. Waszej pomocy prosim, Panie na Gromovitej Górze. Pójdźcie z nami ku Polanie, pozwólcie raz jeszcze zajaśnieć błyskawicom pośród granatu nieba. Niechże ucieszą Gromowładnego!

Leoncoeur - 2013-03-08, 15:24

Puchar krwi stojący przed Freyem zdawał się być zupełnie nierealny, northman chciał ująć go w rękę, ale ta jakby ważyła tonę. Opanowując drżenie dłoni uchwycił w końcu naczynie i nadludzkim wysiłkiem uniósł do ust. Wziął niewielki łyk i odstawił naczynie.
Z paniką we wzroku spojrzał na duchovnika i skinął głową w geście podziękowania za gościnę.
Nie odzywał się, a jego oczy strzelały na boki to na kruki, to na wilki, to na walkir..., na dziewki usługujące trupom, to na same trupy biesiadujące u stołu.

skulił się na swym siedzisku całkowicie oddając inicjatywę Bjolfowi. Spojrzał tylko w oczy Prvicy z wyrzutem, boleścią i strachem. Wieśniacy znów nie powiedzieli wszystkiego.
choć z drugiej strony... skad mogli wiedzieć, ze takie "szczegóły" związane z domostwem duchovnika moga zainteresować dwóch obcych co za nic mieli vedmy gdy szli do lasu.

Amon - 2013-03-13, 20:00

Kapłan poczekał aż jedna z kobiet napełni jego puchar, zamoczył usta w cieczy, przetarł wilgoć z brody i rzekł:
- Heh... Boruty... Toć słabi byli prosili się o to sami. Żaden szanujący się bóg, nie wstawi się za duszami nieudaczników, którzy nie potrafią pomścić własnych żon i córek. Nic nie warci słabi, Porzarci przez silniejszych od nich. - Kapłan spojrzał na to co kiedyś było Jarlem av Havnemv i uśmiechnął się obrzydliwie.
- Ale mnie ta sfora wcale nie martwi, toć to pobożny lud, niech wilki owce żrą i rżną, albo... jedno i drugie... - staruch machnął ręką, zamyślił się chwile za nim zaczął znowu:
- Z Polany mówicie... Starego Jana domena... Jego krzywda wielce uraczyła by moje serce, gdyby tak ktoś jego rodzinę wyrżną, pochańbił na jego oczach, spalił wieś którą jego przodkowie budowali od pokoleń... Ale staruszek robi się miękki, mógłby ducha z rozpaczy albo złości wyzionąć, bez mojej wiedzy czy udziału. Mogła by jego dusza odejść gdzieś daleko i uwolnion by był ode mnie na zawsze.... - kapłan pokręcił z niezadowoleniem głową.
- Dam ja mu więc pomoc jakiej oczekuje, wyslę do Polany trzynastu przeklętych którzy nie spoczną póki krwi dostatek się dla Jana nie przeleje. Jednak kiedy staruch zechce ich odesłać, wyda mi to dziecko swoje co ma z wiedźmą.

Horus - 2013-03-15, 00:01

- Pośród pobratymców moich, kiedy stary dziecię swoje w niewole oddaje, sam umiera - krasnolud odrzekł ze spokojem, spoglądając na starego Talona - Rzeczecie, że Janowej śmierci chcecie; niechybnie żądając jego dziecka ku temu zmierzacie. Co to za przyjemność, upodlenia wroga nie widzieć, oczy rozkoszy zemsty pożądliwych pozbawiać widoku...?
Krasnolud urwał, umyślnie nie zawieszając głos w połowie pytania. Przeniósł wzrok na Prvicę i spoglądał nań długo i wymownie.
- Kim jednak jestem, by podważać sens waszej woli? - zapytał, tonem głosu wskazując wyraźnie, że odpowiedzi nie oczekuje - Przeto nie ja jeden tutaj decyduję. Co powiesz, dziewczyno, na ofertę tak wielkoduszną?

Amon - 2013-03-15, 20:59

Talosyta prychnął tylko:
- Kazmir nie woj, nie ma zasad, to morderca pospolity. - powiedział z przekonaniem starzec siedzący między dwoma worgami, w otoczeniu hordy nieumarłych...

Na prvicowej twarzy, poza przerażeniem i trwogą, malowało się zdziwienie i zaskoczenie. Dziewczyna sprawiała wrażenie że wie jeszcze mniej niż wy.
- J... ja ne vem... - wydusiała w końcu ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
- Moj... vojt povedal, że da czo hotete, Sventy Pane. Ja ne znam, czo vasze slova znaczu, ale vojt może zna. - Kapłan nawet nie patrzył na dziewczynę, jego myśli odpłynęły na chwilę gdzieś daleko.
- A więc dobrze... wojownicy wyruszą jeszcze dzisiaj, żadna leśna magia nie pozwoli im przejść, będą musieli iść pełną drogę. Ale to nie jest duży problem, bo oni nie muszą jeść nie muszą spać, nie zatrzymają się nawet na chwilę, dojście do Polany nie zajmie im długo. Kiedy wiochę wróg zaatakuje, obronią was, a potem wydacie im dziecko, albo zwrócą się przeciw wam i i tak je wezmą!

Horus - 2013-03-16, 12:19

- Powiedział, że da, czego chcecie - powtórzył za Prvicą, spoglądając na kapłana - Więc to nie nasza, a wójta decyzja. Choć sam uważam ją za wielce nierozsądną i człekowi wieku statecznego nieprzystającą, uszanujemy ją.
Krasnolud wstał z krzesła przysposobionego mu pomiędzy nieumarłymi. Maska kamiennego spokoju nie zstępowała z jego twarzy. Skłonił się nisko gospodarzowi i kontynuował:
- Za gościnę i pomoc dziękujemy. Warunki niedotrzymania umowy akceptujemy. Niechaj potępieńcy zwrócą się przeciw nam, jeśli wójt dziecka nie wyda...
W głosie Bjolfa przebrzmiało coś chłodnego i nieprzyjemnego, coś jak echo umiejętnie stłumionego gniewu i pogardy. Mimo to, skłonił się po raz kolejny, czekając na przyzwolenie Duhovnika i sposobność do opuszczenia chramu. Powiódł wzrokiem po towarzyszach, zachęcając ich do pójścia w jego ślady.

Leoncoeur - 2013-03-16, 16:48

Gdy skald przemówił z początku głos drżał mu lekko.
- Za gościnę dziękujemy. Ja jednak obiecywać niczego nie chcę. Nie moje to dziecię co je chcecie dla siebie za pomoc, nie rodziną mi też ci co Polanę za dom mają.
Spojrzał na Duchovnika i potwornym wysiłkiem woli zmusił się by nie odwrócić wzroku.
Po słowach kapłana w czasie rozmowy z Bjolfem na twarzy Freya widać było powoli następującą zmianę. Z przerażenia i nabożnego strachu w zdziwienie i złość. Pogardę starannie maskował.
Duchovnik nazwał ozywieńców przeklętymi, choć w Vaelhall na jaką stylizował swą siedzibę martwi są największymi z herosów. Nie był sługą Jednookiego lub samym wcieleniem Odina, jak w pierwszej chwili na fali zaskoczenia jawiło się to Northmanowi na co jego umysł odruchowo zareagował nabożnym przerażeniem.
Duchovnik służył jednemu z bogów wschodu nie mogącemu równać się z Asami i Vanami, lub nawet i władcy Asgardu, ale nie znając jego prawdziwego oblicza, ani wiedzy o Panu Runów jaką na Moonshae posiadają nawet dzieci.
Mógł nawet być sługą Lokiego, w przewrotny sposób starającego się wypaczyć wizerunek Odina wśród pogan wschodu.

- Kazmir obiecał zapłatę jeżeli posłańca ze wsi przyprowadzimy tu bezpiecznie, by prosił (tu bardziej pasuje "prosiła") o pomoc. Ni mi bronić wieśniaków przed goblinami, ni stawać mi naprzeciw tych których ślesz na pomoc Polanie, gdy wójt słowa nie dotrzyma. Tak tedy ja niczego nie przysięgnę i umowy swym słowem nie potwierdzę bo nie jest ona moją. Mam własnych wrogów i własne sprawy miast w twoje i Kazmirowe się mieszać.
Frey uniósł puchar i upił łyk w toaście przepijając do Duchovnika i zerknął na Bjolfa.
Chciał jak najszybciej opuścić to przeklęte miejsce.

Strzelił wzrokiem w bok, gdzie Bjarki rwał mięsiwo zębami osadzonymi w zaczynającymi gnić dziąsłach. Osiłek zdradził bogów i przodków na plaży Morza Spadających Gwiazd, ale na Jarl av Havn był druhem Skalda, jak i inni. Wspólnie przelewana krew łączy ludzi nawet jak uczucia przyjaźni przeistaczają się w złość i nienawiść... a Bjarkiego nie można było już nienawidzieć, był przeklęty, zapłacił do tej pory najgorszą cenę z wszystkich Northmanów jacy wskutek nieszczęśliwego dla nich splotu wydarzeń trafili tu. Na daleki Wschód.

- Mądry jesteś panie - zwrócił się znów do Duchovnika. - Wiesz zapewne, że jeden z twych nowych nieumarłych wojów z dala pochodzi. Znałem ja go gdy żywe serce krew pompowało w jego ciele. Druhem mi był dawniej, choć gdybym pierwszy go spotkał zanim żywot mu odebrano sam bym go pewnie zabił. Proszę jednak, byś cenę wyznaczył, którą (jeżeli zbyt wysoka nie będzie) zapłacę, abyś zwolnił go ze swej kompanii. Czy to pozwalając mu spocząć w spokojnej śmierci, czy też oddając go mi, aby swe przewiny po swej śmierci odkupił. Odmówisz - ni słowem nie uchybię, tyś tu gospodarzem i panem tej domeny. Jeżeli jednak dane mi będzie kiedyś do domu wrócić (choć więcej możliwe, że tu na wschodzie wilki me kości rozwłóczą), nijak mi spojrzeć ojcu jego w twarz będzie i rzec, żem nie próbował.
Frey całkiem już pozbył się paniki i strachu jakie trzymały go w swych szponach gdy wcześniej ujrzał hallę Duchovnika i widok rodem z sag o Einerjarach i Vaelhall.
Teraz jego wzrok znamionował odwagę. Wcześniej skulony z drżącą ręką na pucharze krwi, teraz wyprostowany na swym siedzisku przygotowany na możliwy atak nieumarłych gdyby słowa wzbudziły wściekłość Duchovnika.
- Raz jeszcze proszę. - dodał ciszej.

Horus - 2013-03-17, 14:08

Krasnolud nadal stał obok swojego miejsca przy stole Duhovnika. Patrzył jednak już nie na kapłana, a na Freya w którym coś, wyraźnie to widział, zmieniło się w sposób znaczący. Wzniósł błagalnie wzrok ku powale, ale w głębi ducha godził się z jego słowami. I choć jeszcze przed chwilą był pewny, że uda im się opuścić chram cało, teraz gotował się na inny los, ściskając mocniej drzewce włóczni. Uśmiechnął się w duchu do długiego szeregu swoich przodku, oczekujących nań w Domu Umarłych; jeno Prvicy było mu szkoda. Taka młoda, pełna życia...
Kłykcie sękatej dłoni Bjolfa pobielały w uścisku.

Amon - 2013-03-17, 23:28

Kapłan zaśmiał się. Nie był to w żadnym razie jeden z tych obłąkańczych ataków jakiego doznają czasem wariaci, to był wulgarny starczy rechot. Mężczyzna odstawił puchar i pogładził się po brodzie:
- Ten któremu służę wiele ma imion. Ale żadne nie oddaje nawet uszczerbku Jego majestatu. Ludzie z wszech krain lękają się imienia Talos. Wiedzą że on niszczy i nie zna litości. Bo i tak jest, ale imię nie jest tak duże jak sam Bóg. Orkowie klną się na Grummsha. Wiedzą że Bóg prowadzi nieustanne wieczne boje w różnych światach, wiedzą że patronuje magii. Każdy wojownik pragnie być godny, by po śmierci walczyć dla Boga w jego nieśmiertelnej armi dusz. I to też jest prawda, ale i to imię nie jest pełne, żadne nie może być. Wielu woła różnych bogów, innych niż Mój. Ale to czyny przemawiają za śmiertelnymi i na podstawie czynów ich bogowie oceniają. Czasem dwóch lub więcej bóstw w istocie jest jednym i tym samym, nawet inne bóstwa tego nie są świadome. Czasem znów jeden bóg okazuje się calym zastępem bogów. Bo śmiertelni są za mali żeby widzieć całość. I ja nie wiem w zasadzie nic, ale to i tak dużo... Ale bez względu na imiona jakie się woła i zaklina, potrafię wejrzeć w duszę i poznać że należy do mojego Pana. - Kapłan przeniósł jedyne oko na Feyvinda:
- I tędy wiem kogo wyznawał twój dawny towarzysz, nawet jeśli on sam nie do końca rozumiał. Myślał pewnie że wystarczy zginąc z mieczem w ręku by w jednej chwili stanąć u bram boskiego domu... - Starzec zawiesił głos, wzniósł wzrok gdzieś wysoko, po czym wbił wzrok w pozostałości Thórlorfra:
- Jeśli nawet takie standardy przyjąć, ten tutaj jest we właściwym miejscu. Swoje żelazo odłożył na bok, bo prędko mu było do boruciej dziewki i ta mu jego własny miecz w brzuch nagi wbiła, nagi, bo kolczugę ściągnął a gacie opuścił do kolan! - Kapłan ryknął śmiechem a w raz znim wielu nieumarłych i kilka usługujących wojowniczek. Zauważyliście przy tym że niektórzy nieumarli są niczym dzikie bestie, za to inni wykazują inteligencję, wydają się nawet zamieniać czasem kilka słów i gestykulować przy jedzeniu. Thórlorfr zaliczał się do tych pierwszych, żarł, pił i to by było na tyle.
Kapłan uciszył gawiedź gestem dłoni i kiedy zaczął mówić, jego głos stał się zimny i mocny jak żelazo, wszystko: nieumarli, wojowniczki, worgi, ptaki, chyba nawet powietrze zamarło.
- Jednooki Bóg, gromu, siły, magii, bólu, władzy, zniszczenia wydał wyrok na przynależną mu duszę, za słabą by przyniosła korzyść Jego królestwu. Ten który nie zna łaski powierzył tą duszę w ręce swego sługi, do swobodnego rozporządzania. Może jeśli kiedyś dusza urośnie w siłę, Pan spojrzy na nią łaskawiej i pozwoli jej ulecieć do swego królestwa. - Kapłan spojrzał na nieumarłego Thórlorfra:
- Co w tym przypadku nie nastapi raczej prędko... - po czym zwrócił się bezpośrednio do Feyvinda:
- Minął całe lata zanim twój druch zacznie na nowo świadomie myśleć. Jeśli uda mu się dokonać śmiałych czynów, zniszczyć potężnych wrogów, Bóg go przyjmie. Ty nic dla niego uczynić nie możesz.

Leoncoeur - 2013-03-18, 16:39

- Twoja wola - odrzekł skald skinąwszy głową.
Spojrzał na krasnoluda i Prvicę, po czym znów zwrócił się do Duchovnika.
- Nie godzi się gospodarzowi uchybić bez jego pozwolenia wstając od stołu. Podziękę przyjmij panie i pozwól nam się oddalić by jak najszybciej do Polany wrócić.

Amon - 2013-03-19, 20:14

Kapłan machnął lekceważąco ręką:
- Idźcie więc.

Towarzysze opuścili chram i czym prędzej zabrali się do zejścia w dół.

U podnóża nie było sladu Matta, jednak porozrzucany ekwipunek i ślady świerzej krwi mogły świadczyć o najgorszym.

Mężczyźni ruszyli za Prvicą która nie zamierzała oglądać się za siebie choćy przez moment.

Horus - 2013-03-20, 19:16

Bjolf zachowywał najwyższą czujność, ale pozwolił Prvicy prowadzić. To, że dziewczyna wysforowała się na szpicę pozwoliło mu porozmawiać z Northmanem nieco swobodniej.
- Masz własnych wrogów i własne plany, miast w kazmirowe się mieszać - krasnolud powtórzył na Freyem, uśmiechając się przy tym nieładnie, samymi kącikami ust - Nie na wiele zdasz mi się u boku na Polanie, gdzie wiele niebawem dziać się może. Kazmir z dzieckiem ma się pożegnać, korowód żywych trupów, a do radosnej gawiedzi dołączą jeszcze goblynce na wspólny jarmark. Tedy dumam, Frey, czy nie byłoby ci snadniej w stosownym momencie odbić od naszej kompanii i ruszyć pod Modrzew, spraw przedsięwziętych już acz nie dokonanych dopełnić. Pozdrów ode mnie Wielkooką; słowa przekaż, że spotkania naszego wyglądam.
Maszerowali szybko, ale oddychał miarowo, więc głos nie wiązł mu w gardle.
- Ostawię cię tam, skąd będziesz znał drogę pod Modrzew. Chroni cię Jej moc, będziesz bezpieczny.
Umilkł, nasłuchując wiatru. Nie sposób wyznać było, czy tak pilnie oczekuje odpowiedzi Freyvinda, czy posłyszał coś w oddali.

Leoncoeur - 2013-03-20, 20:16

- Nie mieszać mi się w Kazmirowe, prawda to i nie skłamałem tak mówiąc w przeklętej halli. Ale też i mieszać się mi się nikt nie zabroni - odezwał się skald po chwili. - Co Duchovnik usłyszał, to usłyszał.

Northman wskazał gestem na wzgórze skąd schodzili.
- U nas na Moonshae przelewanie krwi jest naturalne, ci ludzie tu na wschodzie mogliby powiedzieć, żeśmy bestie wcielone... i tak mówią czasem na Wybrzeżu Mieczy. Ale każda śmierć musi mieć jakiś sens. Chłopi z rybackich wsi wyrżnięci na przestrogę, by inni okup dali miast się stawiać. Dziewka przebita po pohańbieniu, by bękarta naszej silnej krwi nie chowała w nienawiści do nas. Nawet powieszeni na drzewie aby Odin pobłogosławił ofiarę przyjmując. - Frey zacisnął na chwilę usta i pogładził szramę biegnącą od skroni.
- Złoto, chuć, zemsta, chwała jest wiele powodów do mordu. Nawet by niemowleciu łeb o ścianę roztrzaskać aby nie dorosło i nie szukało kiedy pomsty za śmierć rodziców. Ten ze wzgórza chce dla własnej zemsty na Kazmirze jego i vedmy córkę... ale jego droga jest drogą zniszczenia bez powodu, on nawet wymordowaniem Borutów się ucieszył, że słabi giną, choć żadnej w tym korzyści nie miał.

Northman kopnął kamień leżący mu na drodze i spojrzał spode łba na Bjolfa.
- Odin krwiożerczy jest czasem i okrutny, ale i mądry nie zaślepiony żądzą krwi jak Fenrir, lub zniszczenia jak Hel. A są i w Asgardzie Frey i Freya, co życie i płodność hołubią, jest Thór, co choć wojownikom patronuje, to opiekunem jest wszelkich ludzi. Nawet u nas Bjolfie bestie w ludzkiej skórze co zniszczeniu służą dla samego zniszczenia są odszczepieńcami, zabijani.

- Pójdę ja do Modrzewia - rzekł po chwili. - Pójdę i pokłonię się pięknej wielkookiej wiedźmie by mój miecz raził wrogów nie tylko siłą mego ramienia ale i wsparciem vedmiej magii. Ale to ci powiem Bjolfie, że do goblinów nic nie mam... to ich wojenka z ludźmi lasu, każdy ma tu jakieś cele i potrzeby przez co krew się między nimi leje. Powiem ci, że gdyby moi dawni druchowie chcieli Polanę spalić, to może i bym poczekał aż nasycą się krwią i dziewkami, a wino da znać o sobie, by łatwiej było zdrajców wytłuc... Ale by bronić Polany to najprędzej przed tym kapłanem i jego przeklętą watahą nieumarłych, bo choć nam na Moonshae obce jest dobro czy zło jak wy widzicie, to są rzeczy przeciw którym trzeba się postawić. Nie bądź więc pewny, że za miecz nie chwycę gdyby Kazmir córki oddać nie chciał i dlategom nie chciał obietnic dawać, aby ich nie łamać gdyby nieumarli za złamanie umowy przeciw ludziom z Polany się zwrócili.

Horus - 2013-03-21, 08:52

- Byliśmy jeno posłańcami, Frey - odrzekł, spoglądając na chram ponuro - Gdyby to ode mnie zależało, nawet byśmy tam nie weszli. Kazmira to wola, dać czego zażąda. Moja to wola zachować się wedle własnego sumienia kiedy przyjdzie czas. Obaj starcy postradali rozum i trzeźwy osąd spraw.

Zręcznie ominęli głęboki wykrot, nad którym i Prvica przed nimi przeskoczyła jak łania.
- Dla krasnoluda klan jest wszystkim - kontynuował z wolna, spoglądając na Freyvinda tak, jakby dzielił się zeń tajemnymi arkanami - Złoto, chwała, zemsta - wszystko to krasnolud zdobywa, choć dla siebie, to w imię klanu. Ale dla mnie to wszystko durnoty, Frey. Roztrzaskać dziecku łeb, by zemsty, gdy dorośnie, nie szukało - to jeno człowiek mógł wymyślić, bo jeno człowiek uważa, że potrafi kontrolować przeznaczenie. Każdy podjęty wybór wiąże się z jego konsekwencjami w dniach, które nadejdą.

- Od lat poluję na bezmyślne bestie, które rozsmakowały się zabijaniu - rzekł po chwili, długo dobierając słowa - I choć znam waszą kulturę, Northmanie, przyznaję, na was również tak spoglądam. Jesteście jak dzieci, błądzący pośród mroku; niczego nie rozumiecie i niczego nie chcecie zrozumieć. Łudzeni iluzją pojęć, którym sami jeno nadajecie wartość, bylibyście gotów urżnąć gałąź, na której posadziliście dupska. Nie widzicie, że jedyne, co się liczy, co różni nas od zwierząt, to wolność myślenia i wolność życia. Moje poczucie wolności jest silne i niezachwiane; wybiega daleko po za zasięg moich ramion i długość drzewców moich włóczni; mocą obejmuje ludzi i nieludzi, których los nie jest mi obojętny. Tam kończy wolność innych, gdzie zaczyna drugich, Frey, a ten, kto próbuje ją przekraczać, na mnie się natyka. A podobnych mnie jest wielu, choć wiele się o nas na nie mówi, bo stoimy na rubieżach ludzkiej świadomości. Ciała nasze rozrywają szpony, flaki miecze roznoszą, co w polu chwały szukają. Ale my trwamy. Jesteście jak dzieci. Dzieci należy chronić.
Bjolf uśmiechnął się przyjaźniej i przyspieszył gwałtownie, wyprzedzając Prvicę.
- Kiedy przekroczymy leśny portal, zatrzymamy się na krótki postój - zawołał do dziewczyny, obracając głowę - Wyjaśnień pożądam. Tymczasem, przebierać nogami!

Leoncoeur - 2013-03-21, 10:12

- Jak dzieci... - Frey pokiwał głową a w oczach rozbłysła mu wesołość. Mruczał ni to do siebie ni do krasnoluda ni do Prvicy. - Zaiste jak dzieci. Ale to dziecię radosnym jest i z życia czerpie pełną garścią, miast strofować się, brać tyle ile powinno i zgryzotami się przejmować. Dzieckiem mi być tedy, niechaj bogowie tym pobłogosławią! - roześmiał się nie ustając w marszu, aczkolwiek nie wyprzedzając Prvicy i idąc w swoistej 'ariergardzie' ich skromnej kolumny.
Amon - 2013-03-21, 23:25

Szliście w innym kierunku niż ten z którego przybyliście. Prvica odnalazła szeroki głaz, który leżał niczym ołtarz pośród porozrzucanych dokoła skał. Dziewczyna podeszła powoli, dając wam znak byście chwycili ją i siebie za ręce. Gdy stopa Kazmirówny dotknęła granitowej płyty, krajobraz zmienił się. Nie byliście jednak w pobliżu uschniętego dębu, przy którym to znajdowało się ostatnie zapamiętane przez was przejście. Prvica wyjaśniła, że przejścia działają tylko w jedną stronę, więc musicie teraz kożystać z innych. Otaczała was wilgotna brzezina, był wczesny ranek, wygłodniałe komary mruczały z roskoszy na wasz widok i radośnie towarzyszyły wam przy każdym kroku. Poszycie było mokre, znajdowaliście się w bagiennej okolicy. Po jakiejś godzinie marszu Dziewczyna wybrała miejsce na postój. Prvica usiadła na ziemi, oparta o połamane drzewo, objeła dłońmi swoje kolana. Po jakimś czasie zerknęła na was:
- Ja niczo nerazumem s togo czo Sventy Muż govoril. To braty li sestry moje ne maju vedmej krvi, otce niczo ne molvili, to vedma żadna nikdy s nami ne żila.

Leoncoeur - 2013-03-22, 01:14

- "Ne żila", bo może nie pamietasz dziewcze? - rzekł Frey siadając obok dziewczyny i odkładając miecz.
Po chwili wyciągnął się na ziemi kładąc ręce pod głowę, uprzednio biorąc źdźbło trawy do ust i podgryzając je lekko.
- Ty jedna doczera Kazmira co po lesie chodzi, a ojciec twój bez strachu w bór cie posyła. Matkę swoją znałaś? Albo to jak tak to pewna jesteś że cie rodziła Prvico, a nie chowała jeno? Jedno z dzieci Twego ojca dzieckiem vedmy jest. Które? To wie twój ojciec. Ale jakby mnie kto spytał, choć żem nie w temacie, to na moje wychodzi, że to Ty i to ciebie chce duchovnik.
Northman nawet nie spojrzał na Krasnoluda, by nie zobaczyć w oczach Bjolfa gromów za brak taktu, jakich może mógłby się spodziewać.
Patrzył jedynie spod oka na Prvicę wciąż bawiąc się źdźbłem.
- A może kto inny? Może któraś z twych sestr? Może jeden z bratov? Sama nam powiedz w co wierzysz, wszak żyjesz na Polanie wiele lat i sama określić możesz które z ojca twego dzieci najbardziej pasuje, które w lesie najlepiej się czuje, które może inaczej niż bracia i siostry traktowane, które więcej siły w sobie ma niż siostry po matce ją mając.

Amon - 2013-03-22, 14:27

Prvica patrzyła na Feyvinda z przestrachem, jej oczy szkliły sie i wydawało się że zaraz łzy wyleją się na jej policzek. Dziewczyna zamknęła powoli oczy, wilgoć prawie wylała się z zaciśniętych powiek. Prawie. Prvica starała się uspokoić swój oddech.
- Pravda że ja ne znala svojej matki, ale ne może byt że jesm vedmo! ne czaruje, ne ubijam, ne lże. - Prvica powiedziała nie otwierając oczu i dodała z opuszczoną głową:
- Otce movili że mama s Borut bila i smarla pri porode. A ja otcom ufam. - Po paru chwilach otrząsnęła się na tyle by otworzyć oczy.
- Vse żony otca znam, vse porody vidalam, tilko Ivana ne, ibo on starejszy syn, jak i ja sterejsza doczera otca neszego. Tam my dvoje prvost ve vsym v rode mamo i vsy brat ili sestra pred mamo odpoveda. Ale niczo ne znam divnogo. Ivan pravda silny i takoże ja, ale otce govorijut, że to za to że my jesmo prve, a prve vsegdy najveczej sily od bogov dostajut.

Horus - 2013-03-22, 14:43

- Przy grobie matki byłaś, dziecino? - krasnolud zapytał miękko, zbliżywszy się do towarzyszy.
Nie dołączył doń od razu; miast tego bułatowym nożem wyciął dwie garści wstążek brzozowej kory. Jedną upchnął w kaletce, a drugą, usiadłszy, ułożył w kupce przed sobą. Kopczyk rozniecił kilkoma wprawnymi uderzeniami krzesiwa o krzemień. Brzoza była magicznym drzewem; jej ożywcze soki dawały energię nawet wtedy, gdy na wiele staj w około nie było źródła wody pitnej; sama kora służyła do wyrabiania dziegciu, a ponadto przesiąknięta naturalnymi olejkami stanowiła niezawodne źródło ognia.
Bjolf przyłożył do płonącego jasnym ogniem kopczyka podłużny zabrany z kuźni Ivana węgielek, rozżarzył jego końcówkę kilkoma dmuchnięciami i odpalił kolejno dwie nabite zielem filipowe fajki. Krasnoludzkie umiejętności rozpalania ognia w każdych warunkach były legendarne, a Bjolf był legendarności owej najlepszym świadectwem.
Z ukontentowaniem podał jedną lulek Freyvindowi. Nimb siwego, wonnego dymu okrył krasnoluda jak całun.

- Pierworodni siłę mają, prawda to - ciągnął z wolna, z każdym słowem uwalniając małe obłoczki - Przeto dziecię, które matkę swoją zabiło grób jej widzieć musi. Jeśli to prawda, oddaliśmy Cię w niewolę talosycie, za twoim i ojca twego przyzwoleniem.

Amon - 2013-03-22, 14:59

Prvica potrząsnęła energicznie głową.
- Ja otcom ufam i vedmoju ne jesm. I moja mama ne mogla byt! Pravda mogily ne vidalam, za to że my zmarlyh palimo, tak że z mogily ne vstanut i żivih ranit ne budut.

Horus - 2013-03-22, 15:08

- Nie wszystkie wiedźmy złe - krasnolud odpowiedział dziewczynie tonem nadal łagodnym i wyrozumiałym - Byty to przedwieczne, ludzkiemu pojmowaniu się wymykają. Czy piorun, który w ziemię grzmoci jest zły? Domy w ogniu stawia, prawda to, ale czy to nie dzięki jemu samemu ogień posiedliście? Były tu na długo przed wami i na długo po was zostaną; wejrzenie ich w sprawy głębsze, a i perspektywa szersza, niż ludzka. Wiele z nich okrutnymi się jawi ponad miarę, ale i wiele zadziwić by cię mogło, zapewniam. Niejedna ludzka kobieta oczarować męża potrafi, a i ubijanie innych i lżenie nie jest czymś specjalnie nieludzkim.
Uśmiechnął się samymi kącikami ust i wykorzystawszy moment bezwietrznej ciszy wypuścił z ust kółko dymu. A po chwili puścił weń kolejne, o mniejszej średnicy.
- Do niczego nie próbujemy cię przekonywać, dziecino. Dopuść jeno taką możliwość, bądź przygotowana. Na zaskoczenie i strach później może już nie być czasu.

Leoncoeur - 2013-03-22, 18:09

- Nie wszystkie złe - Frey zaciągnął się dymem i mrugnął do krasnoluda porozumiewawczo.
- Nie strofuj się Prvico, Bjolf dobrze prawi. Przygotowana jeno bądź. Może i tak jest, że dziecię z vedmy poczęte przez otca twego po lesie hasa jak matka, miast na Polanie żyć? Choć nie zdaje mi się. Duchovnik jakby wiedział, że Kazmir w mocy jest mu dziecię przekazać, a jak vedme dziecko zostawił matce to mocy nad nim nie ma.

Skald położył lekko ręke na ramieniu dziewczyny.
- Tyle wiedz, że jak jest jak się domyślamy i o ciebie chodzi, a ojciec twój paktu z Duchovnikiem zechce dotrzymać, to i twoja wola ku temu potrzebna byś na przeklęte wzgórze do halli trupów poszła. A nie zgodzisz się to i jeden najmniej miecz mieć będziesz w swojej sprawie - pogłaskał głownię broni. - A i znalazło by się coś czuję wyjście byś miała gdzie pójść. O ile nie kichasz na zapach modrzewia.

Northman usmiechnął się.
- Ale nic to, przybędziemy do wsi, to się wyjaśni, w nadziei nie ustawaj.

Horus - 2013-03-23, 12:03

- Myśl identyczna zakiełkowała w mojej głowie - krasnolud uśmiechnął się kącikami ust - Stary kapłan mówił, że żadna leśna magia nie przepuści nieumarłych.
Kolejne kaskady dymu wypływały z pomiędzy warg Bjolfa.
- Jeśli układu, którego przedmiotem być może jesteś, dotrzymać nie zechcesz, to i ja biernie stać nie będę - kontynuował z wolna, przenosząc leniwie spojrzenie na Prvicę - Włócznia moja i topór bronić cię będą, ale i Frey ma rację; dziecię, które dobrowolnie nie zechce odejść na Gromovitą Górę, powinno opuścić Polanę. Miejsce, rzekł już, jest po temu. Odpocznijcie jeszcze chwilę i ruszamy dalej. Dzień, niecały drogi od sioła Frey nas odstąpi i w knieję ruszy. Do Polany odprowadzę cię ja i odtąd to ja będę mieć na ciebie baczenie.

Amon - 2013-03-26, 19:51

Prvica nie miała nic do dodania, spuściła tylko głowę i zagłębiła się we własnych myslach.

Przeszliście jeszcze przez dwa tajemne przejścia zaim Bjolf rozpoznał znajomy krajobraz. Znajdowaliście się bardzo blisko pewnego modrzewia. Krasnolud pokierował Freyvinda, a sam ruszył wraz z Kazmirówną w stronę Polany.

...

Freyvind bez większych problemów odnalazł polanę, gdzie przy małym jeziorku rósł okazały modrzew. Z daleka wypatrzył też wiedźmy.
Wysoka i szczupła pani modrzewia stała naprzeciw niższej od siebie ciemnowłosej kobiety z blizną na twarzy. Northman natychmiast rozpoznał w niej jedną z czarcich wiedźm. Wiedźmy najwyraźniej nie spostrzegły mężczyzny, były skupione na sobie, prowadziły coś w rodzaju wymiany zdań. Nie używały słów, ich dłonie kresliły w powietrzu znaki, dłonie klaskały co jakiś czas, usta wydawały czasem jakieś mlaskające dźwięki. Twarze kobiet były, bez wyrazu ich oczy nawet nie mrugały.
Trwało to jeszcze jakieś pół godziny, po czym czarcia wiedźma po prostu odwróciła się na pięcie i odeszła w las. Pani modrzewia lekko podskoczyła na dobre siedem stóp w górę i przysiadła na rozległej gałęzi swojego drzewa.

...

Bjolf i Prvica szli prosto do wioski. Kiedy do polany nie było dalej niż dwie mile na ich drogę niespodziewanie wyszedł Filip, syn Mary Zielarki. Chłopak miał ponurą minę, chociaż trudno było powiedzieć czy to aby nie przez nadmiar lub niedomiar wypalonych ziól.
- Hej! - zawołała na przywitanie Prvica wyciągając w górę dłoń, chłopak leniwie odwzajemnił gest nie mówiąc nic.

Horus - 2013-03-26, 21:02

Bjolf chciał początkowo zignorować chłopaka i ruszyć dalej, prosto do Polany, prowadząc Prvicę od razu przed oblicze Kazmira, kazać mu zmierzyć się z wolą kapłana... ale coś tchnęło go, by na chwilę się zatrzymać. Nie próbował zrozumieć, uległ.
- Wszystko w porządku, chłopcze? - zapytał, bacznie przyglądając się dzieciakowi - Konopi w lesie szukać próżno.

Amon - 2013-03-26, 21:50

Chłopak pokręcił przecząco głową.
- Ne jest dobre, ne jest, ne. Do Polany idt ne możno, zle tam, zle. smrt tam, smrt. Mnogo umarlo, mnogo umerat jeszcze bude, mnogo. Tak mama govori, tak govori ma... - Prvica straciła cierpliwość pierwsza, doskoczyła do niższego od siebie chłopaka, chwyciła go za ramiona i potrząsnęła porządnie:
- Filip! govorij ryhlo! czo je! - chłopak zawiesił się patrzył na dziewczynę wystraszony, Prvica bezceremonialnie uderzyła go kilkakrotnie otwartą dłonią w twarz, musiało być dość mocno bo z kącika ust chłopaka pociekła krew. Filip zasłonił się ręką:
- Czrvenica, ta od Grybov, czo ju czudżince najdali, ludi mocz ubila. Kto mogl, v les izbegl.

Horus - 2013-03-26, 22:24

- Czrvenica? - zapytał, krzywiąc się paskudnie - Moradinie uchowaj, jeno pacynkami jesteśmy, marionetkami ledwie...
Krasnolud nie czekał wcale na odpowiedź; miast tego podał Prvicy lżejszą ze swoich włóczni i ściskając nadal w ręku ciężką rohatynę ruszył szybkim truchtem ku Polanie.
- Za mną, dziewczyno! - zawołał jeszcze doń, obracając głowę - I niech cię bogi chronią, przede mnie się nie sforuj!

Leoncoeur - 2013-03-29, 11:41

Podchodząc ostrożnie do Modrzewia skald wypatrywał vedmy pomiędzy rozłożystymi gałęziami.
- Przybyłem żono dopełnić umowy. - rzekł melodyjnym głosem.

Amon - 2013-04-03, 21:57

Freyvind stał szas jakiś w cieniu drzewa, w końcu poczuł szarpnięcie za tył kuszuli, coś z wielką siłą pociągnęło go do góry. W jednej chwili znalazł się w znanym już sobie domu wiedźmy. Gospodyni przylegając do jego pleców bawiła sie w dłoniach, jego czupryną. Chwyciła go za rękę, ruszyli ciasnym tunelem prowadzącym do podziemnego sanktuarium, tego samego, w którym wiedźma potraktowała wcześniej Grzybównę. Kobieta ułożyła northmana na wielkim głazie, rozpieła mu kuszulę i położyła dłoń na mostku. Wiedźma zaczęła śpiewać zaklęcie:

- Do dikih borov ide, dikih gor.
Medżu psy.
Szukam żil żrlovej vodi.
Czistoj krvi...

Frey wiedział, że kobieta nie napina mięśni, jednak jej dłoń stawała się coraz cieższa, aż w końcu mężczyźnie zabrakło tchu i osunął się w sen.

Snił o leśnych wędrówkach, skokach przez strumienie. Wraźenia były dość przyjemne, do czasu gdy jedna stara wieżba na którą popełnił wejść, okazała się w istocie ogromną starą wiedźmą. Baba poruszała długimi obwisłymi pierśmi jak ramionami, te zawineły się w koło szyi northmana i poczęły go dusić. Wtedy się obudził.

Znajdujesz się w gorącym oczku wodnym, w którym dane ci już było w przeszłości zażywać kąpieli. Gospodyni siedzi naprzeciw, zanużona po nos, mrógnęła do ciebie zalotnie gdy tylko otworzyłeś oczy.


...



Prvica bez mrugnięcia okiem chwyciła bjolfową włócznię i ruszyła za krasnoludem. Za sobą słyszeliście biadolenie Filipa, "że na smrt idete" i tym podobne. Kiedy wbiegliście na pola otaczające wioskę Bjolfa uderzył brak ludzi. Zapamiętał, że już o tak wczesnej porze dnia, mieszkańcy Polany uwijali się przy polowych i gospodarskich pracach, jednak dziś było zupełnie pusto, żadnych pastuchów, żadnych zwierząt. W połowie drogi do zabudowań natkneliście się na drabiniasty wóz. Ciągnący go niegdyś wół leżał martwy. Z oczodołów, nozdrzy, uszu i paszczy stworzenia wypłynęło masę krwi. Na wozie leżały ciała chłopskiej rodziny, Prvica rozpoznała w nich gałąź Paluchów. Mężczyzna ciągle miał w martwych dłoniach lejce. Z zimnych rąk kobiety zwisywało nieruchome niemowle. Z tyłu leżał mały chłopczyk. Ludzie doznali tej samej kondycji co ich zwierze, wszystko ochlapane było juchą.

Horus - 2013-04-05, 12:56

- Istoty niezrodzone z magii tak nie zabijają - rzekł Bjolf, przenosząc ciężki wzrok z umazanych krwią ciał na duże, ładne oczy Prvicy - Jeśli to w istocie Czrvenica, to wszyscy staliśmy się narzędziami sił, których nie rozumiemy.
Krasnolud był nad wyraz spokojny. Jego ciało zwolniło tempa, ruchy stały się uważne, oszczędne; wydawało się, że nie wykonuje żadnego, który nie byłby nieodzowny. Strzygł uszami, kiedy wchodzili głębiej pośród pola i zbliżali się do gospodarskich zabudowań. Nasłuchiwał głosów, które mogłyby choć najdelikatniejszym akordem złamać ciszę, zdradzić mu, dokąd ma kierować kroki. Błękitne oczy, głęboko osadzone pod nachmurzonymi brwiami Bjolfa, wypatrywały najmniejszego nawet ruchu.

- Nie wychodź przede mnie. - polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu - Broń się jeno, jeśli nie będzie innego wyjścia. Kiedy padnę, uciekaj w las i nie oglądaj się za siebie. Nawet, jeśli będą wołać.
Dwójka włóczników; ludzka dziewczyna i krasnolud wkraczali właśnie do zbroczonej krwią Polany.

Leoncoeur - 2013-04-07, 13:25

Znużenie jakie dało mu się we znaki przez wędrówkę do i ze wzgórza Talosa odeszło całkowicie. Tak jak i uprzednio wizyta w Modrzewiu pokrzepiła go, dodała sił.
Ciepła woda rozleniwiała całe ciało i pieściła mięśnie.

Przełamując opór wody powoli zbliżył się do drevnej vedmy i mrucząc coś przygarnął ją do siebie, przez chwilę bawił się drobnymi piersiami, przesunął ręką po biodrze a ustami po uchu.
- Powiedz mi pięknooka. - rzekł cicho nie przerywając pieszczot. - Czego od ciebie czarcie vedmy chcą? Bo ta którą widziałem nim mnie twe śliczne smukłe dłonie tu porwały czarcią była, czyż nie?

Amon - 2013-04-07, 22:14

Bjolf i Prvica natrafili po drodze jeszcze na tuzin ciał, kobiet mężczyzn i dzieci. Wszystkie ofiary, musiały były zaznać tej samej męki, nim żywota oddały. Dwójka stała teraz na głównym placu wioski, gdzie kilka dni temu Freyvind bajał swoją sagę. Polana wyglądała na wymarłą, w progach chałup leżały zwłoki mieszkańców.
Twarz Prvicy była pełna terroru, jednak jej komentarz dał jasno do zrozumienia, że zachowała trzeźwość umysłu:
- Malo trupov, może ludi izbegli, jak Filip. - przeniosła spojrzenie na drogę prowadzącą do kazmitowego domostwa.
- Prosim vas Pane, idmo k moju doma.


...


Wiedźma była miała tak samo gorący temperament jak zawsze, nie tylko ochoczo odwzajemniała pieszczoty ale i przyśpieszała bieg wydarzeń.
Na pytanie northmana zaśmiała sie tylko w sposób w jaki dorosły śmieje się z dziecięcych głupstw.
- Szzzz... - przyłożyła mężczyźnie palec do ust nie przestając się uśmiechać.
- Les duży je. Czartove neczo hcu, ja neczo hcu, każdy neco hce. A ti moj mili netrevoż se, hod k mne... - kobieta przyciągnęła Freya bliżej.

jakiś czas później, leżąc obok i bawiąc się kosmykiem jego włosów powiedziała od niechcenia:
- Selo ludi nedaleko je - "Polana". Duh tam silny se objavil. Może ne id tam? Czartova muża uże tam utratila.

Horus - 2013-04-07, 23:47

- O nic nie musisz prosić - odrzekł krótko, skinąwszy głową - Ale głupotą byłoby iść nieprzygotowanym...
- Varði - krasnolud wypowiedział słowo mocy metalicznym w brzmieniu głosem i wyciągnął rozwarte ramiona w kierunku Prvicy. Prosty żelazny naszyjnik wyobrażający uderzającą w ziemię błyskawicę - nowy, wykuty w iwanowej kuźni święty symbol, zalśnił bladym światłem, którego mdły blask spłynął aż do czubków sękatych palców i uniósł się dalej, otaczając zarówno jego jak i Prvicę ledwo dostrzegalną, krzepiącą opoką (Bless).
- Leitat - wypowiedział kolejne, a oczy jego zyskały na bystrości, odsłaniając przed nim aury pobliskich istot zrodzonych z magii lub magią okrytych, a nie osłoniętych nadzwyczaj grubymi barierami (Detect Magic).

Wsparci błogosławieństwami Czuwającego, ruszyli ku kazmirowemu domostwu.

Leoncoeur - 2013-04-08, 11:52

Frey poderwał głowę.
- Duch? Jaki Duch? - spytał mrużąc oczy.
- Powiedz mi Pięknooka co tylko możesz o tym duchu... bo mus mi iść, druhowi żem to obiecał. - Sięgnął po koszule i spodnie, choć z żalem co widać było w jego oczach gdy odziewając się muskał wzrokiem ciało młodej wiedźmy leniwie wyciągnięte na brzegu wodnego oczka.

- Już dwa razy ci z Polany nie mówiąc nam wszystkiego co powinni mocno nas narazili. Powiedz o tym duchu wszystko by może nawet dwóch mężów nie stracić. Bjolf do Polany poszedł gdy ja tu do Ciebie, do Modrzewia się skierowałem - dodał ponuro, mierzwiąc lekko gęste pukle wiedźmich włosów.

Amon - 2013-04-08, 23:45

Bjolf i Prvica dotarli do kazmirowego domu nie napotykając nikogo li niczego żywego po drodze. Drzwi domostwa były wyłamane z zawiasów, wewnątrz wszystko porozrzucane, porozbijane, było też trochę krwawych plam. Jednakże żadnych ciał w izbach nie było.

...

Wiedźma wykrzywiła w grymasie usta na wieść o poczynaniach Bjolfa, pokręciła głową.
- Tak muże vżdy zlego szukajut. - westchnęła.
- Duh dla vas straszny byt może, slabe razumy ubija legko... - zerknęła szelmowsko na northmana.
- Tak vse ludy majut slabe razumy. Duh żivu v tele czloveka, ale bude htet vlasne telo... utvorit. Tak trebi sily i domu. Sile bere jak ubija, dom jego v jaskińah pevnyh.

Leoncoeur - 2013-04-09, 09:52

- Gdzie te jaskinie? - Frey był już gotowy do drogi.
- I jak przed takim duchem bronić się można? Wszak mieczem chyba go bić nie lza.

Amon - 2013-04-09, 12:27

Wiedźma przeciągnęła się, wskoczyła do wody, zanurkowała i wynurzyła się kilka metrów dalej.
- Oj daleko daleko. Ale dla duha żmijovogo lica to ne beda, on... li ona zna lesove drogi. Mnogo tam jaskiń je, mnogo plemjon tam żivu. Ale żmijove lico vżdy tam ide, tam v jednoj s jaskiń boga gra. Ale to ne je bog, może davnoj bol.

Kobieta wzruszyła ramionami.
- Tak i meczom i sekirom i mlatom można. Jak telo ubijesz duh uleti. Ne umre ale uleti. Duh jest za silny, ne umera razom s telom. Ale jak telo mrtve, duh tobe niczo ne może. Aż telo nove najde, a toto może dlugo byt. Ten to duh podobno veczej jak sto rokov tela ne mal. Ale żmijove lico zna na sto stopov vse razumy, ne jest legko go podhodit. S szestdesetu stopov slaby razum ubije.

Leoncoeur - 2013-04-09, 14:20

- Tedy jak daleko, to skąd on się na wszystkie Jotuny Utgardu tutaj wziął? - Northman zaczął skubać brodę jak to czynił zwykle gdy się nad czymś zastanawiał. - Skąd go licho na Polanę przywiało? Widno ten okurwieniec Kazmir jak zwykle nie wszystko nam powiedział. - Na twarzy skalda wykwitł gniew.

Po chwili jednak coś błysnęło mu w oczach.
Uśmiechnął się i przykucnął przy jeziorku patrząc drevnej vedmie w oczy i lekko pluskając ręką w oczku wodnym.
- Rację mam? Czy może wiesz skądinąd Żmijove Lico na Polanie mogło się wziąć? - przekrzywił głowę. - Piękna i mądra jesteś, ale to że tyle o tym duchu wiesz skądś się wzięło. Duch musiał tu być, w lesie byś go poznać mogła, prawda to? Musiał być tu długo, czemu więc teraz akurat ludzi ubija? To zbieg okoliczności że stało się to gdyśmy z Bjolfem tu przyszli, czy to przez nas? - Nagle poderwał głowę zaskoczony własną myślą jaka jak żmija wpełzła mu między uszy.

- Czarcie vedmy... rytuał w lesie. To one ducha zbudziły i w nas lub Czrvenicy Lico ku wsi posłały? to po tośmy hańbić dziewczynę musieli by złe miało do niej dostęp? Ale jaki w tym sens jeżeli przez to jak mówisz "Czartova muża uże tam utratila"? Skoro Kazmir i reszta tych durni z czarcimi się bratali, to po co miały by... - nagle zadrżał.
- Ten duch co... Czrvenicy złe myśli pożarł... Zali on tylko wyżerał?!

- Powiedz mi piękna... skoro Żmijove Lico potrzebuje ludzi ubijać by w siłę urosnąć i domu, który ma daleko, to nasyciwszy się odejdzie do swego leża które ma daleko i ta okolicę w spokoju ostawi? Musze to wiedzieć by Bjolfa powstrzymać jakby uparł się naprzeciw Żmijowemu Licu stawać.

Amon - 2013-04-09, 15:59

Wiedźma przewróciła oczami.
- Moglo i tak byt... Żmijove lico zna neczo czarov, ale prevażno ne czaruje... - kobieta zawachała się szukając słów.
- To ne czary vedm, dyhovnikov li koldunov. To velka sila razumu. Malo je stvoreń, czo tak umejut. My vedmy malo o tymto vemo. Duh davno nekoliko bab neczo nauczil. Ne je on vedmom vrog li priatel. - Wiedźma wyszła z wody, cziecz spłynęła z niej całkiem, pozostawiając jej skórę i włosy absolutnie suche.
- Teto sestry moje, klańaju se czartom. V lese one svedby daly, klańaju se i klańat budo se do smrti. Żmijove lico to ne czart. On ne je takoże taki nemartvy duh, jak tote, czo kolo mogil hodzu. Może se od do nejakogo czarta napodobnil? Może to byl tento duh, czo vaszej devke razum żarl? - Wiedźma znowu wzruszyła ramionami.
- Ja ne moge znat. My vedmy se żmijovego lica ne boimo. On nas unika, bo my czary znamo i nas je dużo. On tuczas żre ibo svoje telo hce stvorit. V jaskińi jego leże.

Leoncoeur - 2013-04-09, 16:22

Frey pokiwał głową.
- Pójdę już Pieknooka, mus mi. Ale wrócę co byś wiedziała, że muża nie utraciłaś. - rzekł zbierając się do drogi.

Amon - 2013-04-09, 19:30

Wiedźma zrobiła niezadowoloną minę i westchnęła.
- Tak byvaj moj krasivy koldune... - zanim skończyła wypowiadać ostatnie słowa, pod northmanem zapadła się podłoga, uderzenie serca potem leżał na miękiej trawie, w cieniu wielkiego modrzewia.

Leoncoeur - 2013-04-09, 20:07

Zbierając się z ziemi zmełł przekleństwo w ustach. *Drzwi by sobie zrobiła* przeszło mu przez myśl.
Mocniej chwycił miecz i wspomniał słowa o duchu, o wiosce.
Puścił się biegiem ku Polanie.

Amon - 2013-04-09, 20:24

Feyvind nigdy nie przypuszczał, że bieganie po gęstym lesie może być tak lekkie i... szybkie, zupełnie jakby poruszał się po utwardzonej drodze. Przeskakując w biegu między konarami i kępkami kszaków wydawało mu się że jest dzikim kotem lub wilkiem. Przez głowę przeleciała mu myśl, że wiedźma po prostu zakaziła go jakąś formą likantropii...
Nie miał jednak zbytnio czasu by teraz nad tym się rozwodzić, kiedy znalazł się na poprzedzających wioskę łąkach, do jego nozdrzy (nadwyraz czułych) dobiegła woń świerzej krwi. Northman począł poruszać się bardzo ostrożnie, tak że nawet sam nie słyszał własnych kroków.

W połowie drogi do zabudowań natknął się na drabiniasty wóz. Ciągnący go niegdyś wół leżał martwy. Z oczodołów, nozdrzy, uszu i paszczy stworzenia wypłynęło masę krwi. Na wozie leżały ciała chłopskiej rodziny. Mężczyzna ciągle miał w martwych dłoniach lejce. Z zimnych rąk kobiety zwisywało nieruchome niemowle. Z tyłu leżał mały chłopczyk. Ludzie doznali tej samej kondycji co ich zwierze, wszystko ochlapane było juchą.

Horus - 2013-04-11, 19:54

Bjolf, przeglądał kazmirowe domostwo oszałamiającym tempie. Dopóki jego czar trwał, jego oczy pozwalały mu zaglądać w poszukiwaniu magicznej aury nawet przez grube ściany drewnianych izb; błogosławił przodków, że ludzie ci nie wznosili swych domostw z kamienia - ten miał znacznie mniejszą przepuszczalność dla tak prostej, z gruntu, magii objawień. Jego teoria opierała się na założeniu, że morderca, kimkolwiek, lub czymkolwiek był, powiązany jest z magią.
Wreszcie, zrezygnowany, zwlókł się z powrotem do sieni, w której kazał zaczekać Prvicy. Spojrzał w oczy dziewczynie i powoli pokręcił głową.
- Żadnych ciał - mruknął po chwili - Filip mówił o Czrvenicy. Jeśli moje przypuszczenia mają oparcie w prawdzie, pogódź się ze utratą bliskich.

Otworzył drzwi i wyszedł na próg, pozwalając, by podmuch świeżego powietrza owionął jego twarz, płowe włosy i brodę. I odegnał ten smród. Ale nie smród krwi; smród cudzego strachu, który jeszcze wisiał w powietrzu, smród własnego oddechu i potu, w którym pierwszy akord grało dojmujące poczucie bezsilności.
Usiadł ciężko na udeptanej ziemi, podpierając się drzewcami rohatyny. Usiadł ciężko; jakby nagle przybyło mu lat.
- Trzeba jeszcze będzie przetrząsnąć wieś - powiedział beznamiętnym, tubalnym basem, ni to do siebie, ni do Prvicy, której obecności nawet nie sprawdził.

Leoncoeur - 2013-04-11, 21:07

Widok trupów Northmanem nie wstrząsnął, lecz jego oblicze zachmurzyło się.
Szedł powoli rozglądając się uważnie i patrząc na opuszczoną lub wymarłą wieś.
Vedma mówiła o duchu, a duch mógł czaić się wszędzie nie odkryty ludzkim zmysłem.

- Wiem, że wisiałem
Na wiatrem odzianym drzewie
Przez dziewięć nocy,
Oszczepem zraniony,
Aedinowi ofiarowany
Sam sobie samemu.
Chlebem mnie nie karmiono
ni napojem z rogu,
Wypatrywałem ku dołowi,
Przyjąłem runy- wołając przyjąłem,
Spadłem potem stamtąd.
Pieśń znam, której nie zna małżonka władcy
Ni syn człowieczy (...)


Pieśń Odyna o tym jak As odkrywał magię runów na Yggdrasil rozbrzmiała pomiędzy domostwami, a Skald bacznie obserwował wszelkie ślady jakie śpiew odkrywał przed nim pozwalając mu widzieć to czego nie widział własnym wzrokiem.
Ciała leżące w progach chałup nie nastrajały optymistycznie.

(...) Znam pieśń, której nigdy nie zdradzę
Żadnej dziewczynie- ni innej niewieście
Tajemnica jest zachowana, gdy tylko jeden wie.
- zakończył po kilku minutach przemierzania upiornej wsi i odetchnął nieco z ulgą widząc Prvicę i Bjolfa wychodzącego z Kazmirowej chaty.
Powoli podszedł do nich omijając ciało jakiejś kobiety rozciągnięte na ziemi.

- Żmijowe Lico - rzekł stając obok. - Duch potężny, brany przez niektóre plemiona z dalekich krain prawie że za boga. Mord daje mu siłę, a jak ją zbierze ile mu potrzeba - odejdzie. Odejdzie daleko tam gdzie jego leże, aby ciało przybrać i na powrót rządzić swą domeną.
Frey spojrzał uważnie na Prvicę, potem na krasnoluda.
- Tak rzekła mi vedma. Skąd tu się wziął? Czemu teraz zaczął zabijać? Nie wiem i ona też nie wie. Może odszedł, może czai się pośród domostw. Na sto stóp wyczuje ofiarę, na kopę stóp słabe umysły życia pozbawi.
Pokręcił głową patrząc ze smutkiem na ciała.

Horus - 2013-04-12, 14:26

Krasnolud, nadal siedząc, gładził sękatą dłonią gruby warkocz brody; zwisająca z jej końca zawieszka smoka-wilka kołysała się wahadłowo, hipnotyzująco. Na gładko podgolonych skroniach kwitły nadal krople potu. Wydawał się odpłynąć i nie zauważać obecności dopiero co przybyłego Freya.
- Skąd się tu wziął - to wiem - odezwał się, dając tym dowód zachowania trzeźwości umysłu - Na obrzeżach Polany natknęliśmy się na Filipa, znasz chłopca. Choć jawił się na poły obłąkanym, przestrzegał nas przed wejściem do wsi. Czrvenica oszalała i ludzi ubijać zaczęła. Tedy i dla ciebie jasnym winno być już, skąd Żmijowe Lico się tu wziął.
Otarł twarz, mokre skronie i przeczesał palcami płowy czub.
- Dzieciak mówił też, że wiele ludzi w las zbiegło, tak jak i jemu matka poleciła - niósł spojrzenie w górę i spojrzał na Northmana spod gęstych brwi - Zabawimy tu nieco. Obejdę wieś, poszukam tropów. Nasza mołodycia potwierdza, zwłok mało, część mieszkańców uciec musiała.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu, krasnolud uśmiechnął się, patrząc na długonogą, ludzką dziewczynę, zbrojną w jedną z jego włóczni ukutych na krasnoludzką modłę; na jej przerażanie i zdecydowanie, uczucie i spokój, dziewczęcy wdzięk i ciężar męskości, który stary Kazmir, chowając córkę na swoją dziedziczkę, zrzucił na jej barki. Dziewczyna znosiła go z godną podziwu wytrwałością.
- Nie oddalajcie się stąd, radźcie co robić - polecił unosząc się z wreszcie z ziemi - Pójdę zapolować. Wrócę niebawem.
Odszedł krokiem szybkim, acz równym. Polował na ulotne świadectwa przeszłości odciśnięte w otoczeniu.

Leoncoeur - 2013-04-13, 21:21

- Nie byłbym taki pewny skąd się wzięło - mruknął na wieść o tym, że Żmijowe Lico skrywało się w ciele Czrvenicy.
- Jakby nie było, ludzi dobrze poszukać... ale nie z duchem walczyć. Odejdzie, już odszedł. Pewnym mocom na drodze stawać dobrze nie jest. Vedma mówiła, że leże ma daleko.

- Wiesz Prvico gdzie mogli schronić się ci co z rzezi uszli? - zwrócił się do dziewczyny gdy Bjolf szukał śladów. - Czy po prostu w las się skryli, czy tez jest jakieś miejsce gdzie mogli się udać? Miejsce które cała wieś za bezpieczne ma.

Amon - 2013-04-16, 12:23

Pytanie northmana oderwało Kazmirównę od nerwowej obserwacji otoczenia. Dziewczyna zawachała się chwilę spoglądając na mężczyznę, po czym wyłozyła:
- Jestli je s ludmi moj otec li brat, tak może ih vodil do jaskiń. Jak ne... to może s Maroju kde v les uszli.


Bjolf znalazł tylko więcej trupów, ludzkich i zwierzęcych. Porozbijane dzbany, drzwi i okiennice powyrywane z zawiasów.

Horus - 2013-04-17, 00:14

Krasnolud wyłonił się zza winkla chaty i zbliżył do dwójki wolnym, uważnym krokiem; jak gdyby nie mógł odwyknąć od typowego dla tropienia tempa.
- Nie mam niczego nowego - mruknął z wyczuwalnym niezadowoleniem - Drogi we wsi są dobrze ubite, to normalne, że śladów w ziemi próżno. Ale taka ubogość innych nawet tropów jawi mi się czymś nienaturalnym...
Poświęcił długie, uważne spojrzenie Freyvindowi i zmianom w jego zachowaniu i fizjonomii, które nie umknęły bystrym bjolfowym oczom. Od komentarza, wszelako, się wstrzymał.
- Wpierw lasy lza nam przejrzeć - kontynuował, spoglądając tym razem przede wszystkim na Prvicę - Filipa tam spotkaliśmy, więc pewno osamotniony w wyborze kierunku nie był. I Ty, dziecino, miejsca zdatne do ucieczki odnajdziesz. Chyba, że już coś innego uradziliście?
Uśmiechnął się jeszcze ponuro, unosząc prawą brew w teatralnym geście.

Leoncoeur - 2013-04-17, 18:12

- Tyle jeno, że jak z Kazmirem część uszła to do jaskiń skryć się mogli co są gdzieś nieopodal, ale część z zielarką w las mogła skoczyć jako że ta się w nim rozeznaje.

Skald rozejrzał się.
- Tu nam niczego więcej szukać. - mruknął. - Goblince, Olav ze swoją bandą, nawet duchovnik zacięty na Kazmira... a tu jeszcze duch. Wsi spokojna, wsi wesoła.

- chodźmy ku jaskiniom, Kazmira wśród ofiar nie ma, tedy choć część mogła się z nim tam skryć, a może i po drodze spotkamy tych co w lesie siedzą.

Horus - 2013-04-18, 23:17

- Prawda - krasnolud skinął głową - Niebawem nieumarli stawią się tu wsi bronić. Nie mam ochoty negocjować z nimi zmiany warunków owej usługi. Radzę rozważyć jednak, czy te jaskinie nie są przypadkiem owego ducha legowiskiem. Możemy leźć w paszczę zwierza...
Spojrzał wymownie na Prvicę, dając jej do zrozumienia, że i jej zdanie jest tu mile widziane. Niezależnie od tego, co ostatecznie przedsięwezmą, był gotów do dalszej drogi.
- Dalej, dziewczyno! - zachęcił, uśmiechając się - Tyś kaźmirowa dziedziczka. Wojów poprowadzić musisz, kiedy ojca nie stało.

Amon - 2013-04-20, 12:07

Prvica zaciśkała jedną dłoń na bjolfowej włóczni, a drugą na gromovitym fetyszu wiszącym na jej szyi. pod jej przymknięymi powiekami nerwowo poruszały się gałki oczne, dziewnyczna starała się zebrać myśli.
- Tak idijmo może prvej k lesa, ibo i tak s lesa k jaskińom idt treba. Tak jak niktogo by my ne najdeli, możemo vsegda k jakińom idt.

Horus - 2013-04-21, 00:23

Bjolf kiwał głową, odgryzając kawałek wyjętego z kaletki paska suszonej wołowiny; odkąd Matt padł ofiarą bestii u podnóża Gromovitej Góry, zostało im jedynie to, co mieli bezpośrednio przy sobie. Dopiero po chwili zmitygował się i rozdał dwójce towarzyszy po kolejny pasku mięsa.
- Będziecie musieli posilać się w drodze - polecił krótko - Prowadź, krasawico, a oczy miejcie oboje szeroko otwarte. Nasłuchiwać i węszyć też nie zaszkodzi. Ruszajmy.

Amon - 2013-04-23, 12:11

Trójka ruszyła w las. Prvica szła pierwsza, dwóch mężczyzn tuż za nią. Bjolf kilka razy odnalazł znaki przemarszu jakiejś grupy: złamane gałęzie, strzępy rozdartego materiału zaczepione za wystające konary. Buczyna ustąpiła miejsca brzezinie, zanim nastał wieczór odnaleźliście grupkę ludzi skłębioną przy ognisku. Kilkoro młodych dziewcząt, Bjolf i Feyvind rozpoznali w paru z nich te same, które dane im był spodkać już wcześniej, przy strumieniu. Przy ognisku siedziało też trzech chłopaków, z czego jednym był Filip. Mara zielakra kopciła fakję i robiła głupkowate miny starając się rozbawić siedzącego na jej kolanach maleńskiego chłopczyka.

Kiedy siedzące w koło małego ogniska zgromadzenie rozpoznało wśród nowoprzybyłych Prvicę, dziewczyny rzuciły się ku niej szlochając. Prvica aż zachwiała się na nogach gdy, kilkoro dziewcząt na raz starało się ją objąć.

Horus - 2013-04-23, 20:50

- Wypytaj dziewki o zajście na Polanie - polecił Freyvindowi, uśmiechając się uprzejmie - Złotoustyś. Spędzimy tu noc, masz dużo czasu.
Krasnolud wyprzedził Northmana i minął tulące się do Prvicy dziewczęta. Zbliżył się do płonącego ogniska i usiadł obok Marty Zielarki, uśmiechając się nadal przyjaźnie. Wyjął z płomieni cienką, rozżarzoną gałązkę i przytknął jej koniec do główki nabitej filipowym zielem fajki; mieszanka z dodatkiem konopi nadal czekała na lepsze czasy...
Pykał przez chwilę, aż obłok dymu okrył jego głowę mglistym nimbem i pochylił się do przodu, spoglądając w oczy chłopca siedzącego na kolanach starej kobiety. Zacmokał z niezadowoleniem na jej próby rozśmieszania go. Zbliżał się wieczór, a oni wszyscy potrzebowali snu. Dzieci najszczególniej. Czekając, aż fajka nieco ostygnie by nie zepsuć smaku palonego ziela, począł nucić cichym basem starą, matczyną kołysankę:

Cicho zerka miesiąc lśniący
Do kołyski Twej.
Śpij, chłopczyku mój cudowny.
Lulajże, lulaj.

Zaraz opowiem Ci bajki,
W piosnkę się wsłuchaj.
Zmruż oczka i błogo zaśnij.
Lulajże, lulaj.


Ton Bjolfa nie miał w sobie nic z typowego dlań, surowego, metalicznego brzmienia bojowej surmy; kiedy chciał, potrafił uczynić go łagodnym. Teraz przypominał raczej głos starego, mądrego dziada kołyszącego do snu swoje wnuczęta, gdzieś daleko stąd, w ciepłej izbie, w lepszych nieco czasach. Zmilknął na moment, by pyknąć fajką. Nie powiódł wzrokiem po słuchaczach; jego śpiew nie miał w sobie nic z teatralności występów jego druha - skalda. Uśmiechnął się tylko do swoich myśli i wzrok w trzaskające płomienie podjął pieśń na nowo:

Płynie po kamieniach rzeka
W plusku mętnych fal.
Zły goblynec na brzeg ten lezie,
Ostrzy swój kindżał.

Lecz ojciec Twój wprawny wojak,
Nieraz się w bój rwał.
Śpij , dziecinko, bądź spokojna,
Lulajże, lulaj.

Dzielnym mężem kiedyś będziesz
I Wój duszą.
Gdy wyjdę pożegnać Ciebie,
Pomachasz ręką...

Ileż będę łez tą nocą
Po kryjomu lać...
Śpij, aniołku, cicho, słodko,
Lulajże, lulaj.

Dam Tobie ja na wyprawę
Święty amulet.
Dbaj, by go, modląc się,
Przed sobą stawić.

Wyruszając w bój niepewny,
Matkę pamiętaj...
Śpij, chłopczyku mój przepiękny.
Lulajże, lulaj.


Śpiewał powoli, przeciągając wersy; gdy kończył, głos jego przeszedł w pomruk, by stopić się w wieczornym szumem lasu. Chłopiec osunął się w ramionach kobiety i spał snem kojącym i mocnym. Zbudzi go jedynie krzyk, którego tej nocy, modlił się o to do Marthammora Duina, nie posłyszą.
- Ranny kto? - spytał Marty, nadal cicho.
Dym znów popłynął kaskadą z ust krasnoluda.

Leoncoeur - 2013-05-06, 11:46

W pierwszej chwili zawahał się czy o wydarzenia pytać Martę, czy roztrzęsione dziewczęta, jednak widok odurzającej się zielarki nie nastrajał do poważnych z nią rozmów. Skald w odróżnieniu od krasnoluda nie odstąpił Prvicy i pomagał jej uspokoić dziewuchy chciwie chłonąc ich chaotyczne relacje jakimi zasypywały Kazmirową córę.
Od czasu do czasu sam rzucał jakieś pytanie aby stworzyć dość spójny obraz tego co się zdarzyło.

Dziewczęta zbite w gromadkę zasiadły w końcu przy ognisku i Frey towarzysząc im wciąż zaczął rozpytywać się o przebieg wydarzeń u Filipa i dwóch chłopaków z na wpół ponurymi - na wpół wystraszonymi minami rozglądającymi się dookoła. Northman nie dziwił im się, jatka we wsi zaiste potrafiła wstrząsnąć.

- Kiedy Czrvenica zaczęła ubijać?
- Nagle ni z tego ni z owego, czy coś się wcześniej stało?
- W która stronę poszła?
- Czy kto jeszcze ocalał?


Te i inne pytania stosowane przez skalda były oszczędnie, raczej jedynie po to by kierować opowieści dziewcząt i chłopaków z Polany w interesującym go kierunku.
Jednocześnie wciąż ciekawie zerkał na Prvicę, wokół której skupiały się wieśniaczki, a zdawało mu się nawet że i obaj chłopcy towarzyszący filipowi przy ognisku jakby odruchowo z początku chcieli rzucić się ku Kazmirowej córze.
* Jak matką Twa nie jest vedma to cap mi ojcem.* pomyślał skubiąc warkoczyk na bródce.

Amon - 2013-05-07, 20:44

Mara była nieco zaniedbana, bo i niewiele robiła sobie ze swojego wyglądu, ale trudno było nazwać ją "starą" kobietą. Gdyby miast dredloków miała normalne włosy jakieś schludniejsze szaty, no i pozbyła się woni ziela (z tym było by trudniej), całkiem do rzeczy kobieta by z niej była. Jednak Marze nie w głowie był taki żywot...
Zielarka przeniosła wzrok na krasnoluda, pod jej oczami znajdowały się pernamentne zmarszczki.
- Etam, niczo im ne je. Vse cele... znaczi, kto żiv to cely.

Dziewczyny mówiły że Czrvenicę strasznie rozbolała głowa, w końcu zległa w łóżku niemal bez życia. Marę poproszono by jakiś ziół Grzybównie naparzyła, zielarka już wybierała się do Bolkowej chałupy gdy we wsi lament się podniósł. Chłopiec powiedział, że Czrvenica wyszła przed chałupę, kto wzrok z nią skrzyżował łapał się za głowę i bez życia padał krwią zalany. Ci tutaj mieli szczęście znaleźć się w pobliżu Mary, zaraz gdy ludzie zaczeli umierać. Zielarka nie tracąc czasu powiodła ich w las. Filip widział, że część meżczyzn również zbiegła ze wsi. Chłpopak widział ich z dużej odległości ale rozpoznał w śród nich kowala Ivana.. Filip nie wie w jakim kierunku się udali, ale jego matka przypuszcza że do jaskiń.

Leoncoeur - 2013-05-09, 10:56

- Kazmira kto widział? - spytał skald marszcząc brwi. - uchodzącego albo i... - urwał zerkajac na Prvicę.

- Do jaskiń nam chyba trzeba, poprowadzisz nas? - zwrócił się do dziewczyny. - Reszta może chyba do wsi wracać, zmarłych pochować w domostwach się kryć nie w lesie, duch w ciele Czrvenicy odszedł widno, wszak nic na Polanie nam się nie stało.

Amon - 2013-05-09, 14:19

Nikt z ocalałej grupy nie potrafił powiedzieć nic o losie wójta.

Prvica kiwnęła twierdząco.
- Bude den, może dva. Może otce takoże tam sut.

Mara popatrzyła po młodocianych obliczach.
- Poczekamo jeste i budemo vraczat.

Leoncoeur - 2013-05-09, 17:12

*Dzień, może dwa* pomyślał Northman i zaklął szpetnie.
Zerknął na Marę, która wydawała się w lepszej kondycji niz skald ocenił ja z początku.
- Z Gromovej Góry ida tu słudzy Duchovnika, zywe trupy jakie zgodził sie przysłać na pomoc wobec możliwego ataku goblinów - rzekł po chwili. - Goblynce mogą skorzystać z tego, żeście po lesie się rozproszyli, jakby was tu osaczyli to marny los dziewek. - Zerknął ku gromadce siedzącej obok Prvicy.
- Nie czekajcie długo, bo przy ożywieńcach bezpieczniejsi będziecie, a i duch mniej straszny wtedy. On ludzkimi umysłami się żywi, ścina je niczym jajka w ukropie gdy do człeka się zbliży, w chodzącym trupie tego nie znajdzie, pewnie nie zaryzykuje starcia z takim wrogiem. A i gobliny tchórzliwe się nie zbliżą.

Wstał i chwycił miecz w rękę kładąc klingę na ramieniu.
- Bjolf? - zwrócił się do krasnoluda -Idziemy póki dzień?

Horus - 2013-05-10, 07:19

Krasnolud wsparł się na włóczni i uniósł na równe nogi. Obrócił się ku Northmanowi i pozwolił, by ognisko jeszcze przez krótką chwilę ogrzewało mu plecy.
- Widzę, żeś się rozeznał - odparł, kiwając głową - I decyzję podjął, która jest mi miła. Idziemy, ale dnia już nie staje.
Zbliżył się, mijając młodych, po czym przyjaźnie klepnął Freya w ramię.
- Wieczór będzie lada moment, na noc chciałem tu stawać, ludzi bronić, ale może to i dobrze - kontynuował - Przetestujemy twoje możliwości. Bo przeglądałeś ty sie ostatnio, prawda?
Wyszczerzył zęby bezceremonialnie.

Amon - 2013-05-13, 17:24

Dziatwa nie mogła wyglądać już na bardziej przejętą, więc i wzmianka o ożywieńcach niewiele pogorszyła nastroje. Mara jednak po jakimś czasie kiwnęła ostrożnie głową.
- Ano... tak budemo my rabit.

Pożegnaliście się z grupką uchodźców i ruszyliście za Prvicą w stronę rzeczonych jaskiń.

Podróżowaliście dniem i nocą, robiąc iedynie krótkie postoje i śpiąc tylko tyle ile konieczne. Kazmirówna przeprawiła was przez kilka różnych "przejść" podobnych tym jakich używaliście w drodze na gromowitą górę.

O poranku drugiego dnia, przemieżaliście las czas jakiś, stawał się gęstrzy i bardziej ponury, aż wreszcie, przedzierając się poprzez powykręcane krzaki i zwisające pnącza, dotarliście do krawędzi kanionu. Jago poprzeplatane skałami i ziemią ściany sięgają z każdej strony dobrych stu stóp. Kępy drzew, często uschłych, rosną nawet na zboczach. W miejscu w którym stoicie, kanion jest szeroki na jakieś dwieście stóp i ciągnie się dalej na zachód, na pewnie ponad czterysta. Na różnych wysokościach, po wszystkich stronach kanionu, znajdują się liczne jamy. Światło jest słabe a powietrze wilgotne.
Stado wron, skrzecząc, poderwało się do lotu. Naturalna akustyka terenu sprawia że dżwięki te brzmią dość złowieszczo. U podnóża ścian, prócz gruzu, głazów i martwych drzew, widzicie kości zwierząt i humanoidów.
Nie ma wątpliwości, dotarliście do celu.

Bjolf dostrzegł, że wzdłuż jednej ze ścian, po stromej ścieżce do góry, kroczą dwie postacie, jedna niska, może dziecko, druga dość wysoka, z łukiem przewieszonym przez ramie. Odległość nie pozwalała powiedzieć więcej, chwilę później sylwetki znikneły za ostrą krawędzią skały.

Horus - 2013-05-14, 14:18

- Na górze - mruknął do dwójki towarzyszy, przełknąwszy kawałek suszonej wołowiny - Po lewej. Sprawdzę, a wy nie hałasujcie.
Podobnie jak u zarania tej historii, kiedy przekradał się nad wodami leśnego strumienia, Bjolf zaśpiewał cichym basem kantyczkę, która okryła go opończą Sanktuarium, zaciemniając poddatne umysły; nie ukryje to jego obecności, ale zapewni mu odrobinę inicjatywy w trudnej chwili.
Poszukał wejścia na ścieżkę, którą ruszyła wcześniej w górę dwójka humanoido-podobnych stworzeń.

Leoncoeur - 2013-05-14, 15:45

Gdyby nie okoliczności widok mógłby być brany za piękny, niestety ostatnie wydarzenia nie sprzyjały podziwianiu krajobrazu.
Skald kiwnął lekko głową i przysiadł dając znak Prvicy by uczyniła to samo. Krasnolud był najlepszym tropicielem z całej trójki, jak rzekł że sprawdzi i by nie hałasować tak trzeba było uczynić.

Wziął źdźbło trawy i włożył sobie w usta przygryzając lekko.
- We wsi, gdyśmy się spotkali, dziwnie patrzyłaś ku mnie. - Rzekł do Prvicy cicho, nie patrząc w jej stronę. - Na polance gdzie Mara z resztą się chronili Bjolf pytał czy w lustrze żem się nie przeglądał. Lustra jak widzisz nie mam a i żadnego potoku po drodze nią było by w wodzie sprawdzić o co Wam idzie. Powiedz mi tedy w czym rzecz, bo nijak zrozumieć nie potrafię o co chodzi. - przeciągnął ręką po twarzy.
- I nijak inaczej się nie czuje.

Amon - 2013-05-14, 16:44

Gdy Bjolf podszedł bliżej, zobaczył postacie wyraźnie.

Niski jegomość, niziołek o starannie ułożonych włosach, czarującym uśmiechu, nienagannym uzębieniu i ciekawskich świdrujących oczkach. Jego odzienie i postawa przywodziły na myśl na szlacheckie pochodzenie. Widać było, że nie jest z tych stron.

Łucznik, okazał się elfem, prawdopodobnie księżycowym i wyglądał jak każdy stereotypowy przedstawiciel tego ludu...


Prvica popatrzyła uważnie na northmana:
- Tak ja ne znam, może byt, że davnej, ja dobre se vam ne poględala. Tak vy poględate nejako straszne... diko. - dziewczyna wzruszyła ramionami.

Horus - 2013-05-17, 00:07

Bjolf nie śpieszył się zanadto z ujawnianiem się. Miast tego pozostawał w odpowiednim do dalszej obserwacji dystansie. Czekał, obserwował, chciał przekonać się, dokąd zmierza ta dwójka.
Amon - 2013-05-18, 22:16

Dwójka nieznajomych stała przed otworem, za którym znajdował się prymitywnie wyciosany tunel.
- Słyszałeś te odgłosy? Czy jesteś w stanie odróżnić czy to tylko jakieś zwyczajne drapieżniki, czy może demoniczne przywołańce sprawców zagłady Rokit? - Syptał niziołek.
- Dzwięki nie niosą w sobie nic "demonicznego" czy tam "diabelskiego" jeśli wolisz. - Odparł elf i dodał kąśliwie:
- Ale taka ilość "zwykłych drapierzników" też chyba nie napawa optymizmem...

Horus - 2013-05-18, 23:57

Postanowił postawić wszystko na jedną kartę
- Nie w ilości rzecz, a sile - zahuczał basem, idąc górę ścieżki, ku dwójce nieznajomym - Niedźwiedź biega dwukrotnie szybciej niż najlepsi biegacze. Jeśli tylko chce, porusza się cicho, jak duch. Nie sprosta mu głownia miecza, strzały są dlań jak dziecięca igraszka.
Żeleźce włóczni uniósł ku niebu, sygnalizując, że nie ma złych zamiarów. Nie zdjął jednak opoki Sanktuarium.
- W jednym li się zgadzam - kontynuował z wolna, przyglądając się im badawczo - Powodów do optymizmu nie ma. Jestem Bjolf, syn Ulfa z Grzbietu Świata. Poluję tu. Wy, wnoszę, również.
Skinął lekko głową, nie odrywając oczu.

Amon - 2013-05-21, 13:25

Nim Bjolf zdążył się ujawnić, zobaczył jeszcze jak zwinny niziołek zbywa machnięciem dłoni słowa swojego towarzysza i znika w tunelu. Elf chciał coś powiedzieć ale przerwało mu nagłe pojawienie się krasnoluda. Łucznik wyprostował się jak strzała, odruchowo wymierzył wyciągnięte ramię w stronę z której dobiegł bjolfowy bas. Gdy zobaczył sylwetkę krasnoluda zawachał się moment słuchając jego słów, po czym ściągnął wymierzony w krasnoluda wskazujący palec i opuścił go powoli co najmniej, jakby była to wycelowana strzała. Jednakże łuk elfa pozostawał cały czas przerzucony przez ramię.
- Ostrożniej było by chyba powiedzieć że "badamy" tu sytuację... - zaczął elf zerkając za swoim towarzyszem który najwyraźniej już zniknął mu z oczu.
- Ale w każdej chwili może się to zmienić w polowanie, choć jeszcze nie wiadomo kto będzie polował. - dodał bez entuzjazmu.
- Jestem Damon, wraz z moim towarzyszem podjeliśmy się misji odnalezienia córki kupca z Uþmere. Dziewczyna ruszyła z grupą poszukiwaczy przygód z zamiarem zbadania sytuacji w wjosce Rokity, z której to od dawna wieści wszelkich brak. Udało nam się dotrzeć do wioski, całkowicie opustoszałej, z tamtąd nasza droga skierowała się ku tym jaskiniom.

Horus - 2013-05-30, 12:35

Bjolf skinął mu głową, wysłuchawszy opowieści o kolejnych, być może, uchodźcach.
- W Rokitach widzieliście ślady walki, krew? - zapytał, wspierając się na włóczni - Czy wioska opustoszała z woli samych mieszkańców; tedy i ważne jest dla mnie, czy spostrzegliście tam ślady pośpiechu. Ale niziołek mówił o "zagładzie Rokit", tedy wnoszę, że było inaczej.
Odwrócił się, by omieść wzrokiem dolinę; w istocie sprawdził jednak, czy można stąd wypatrzyć Freya i Prvicę. Przeniósł spojrzenie na Damona i kontynuował:
- Wieś Boruty spalona do gołej ziemi. Polana opustoszała z mieszkańców; ci rozpierzchli się po okolicy, w znanych sobie, bezpiecznych miejscach. Gobliny, ludzie, demony. O tych ostatnich również wspominał wasz towarzysz; opowiedzcie mi o tym więcej. Odwdzięczę się tym samym.

Amon - 2013-06-06, 19:42

Bjolf bez problemu był w stanie wypatrzyć swoich towarzyszy.

Elf zadumał się nad słowami krasnoluda.
- Hmm... wieści to zaprawdę mroczne. W rokitach, harpie leża sobie wymościły na strychah kmiecich chat. Krwi i śladów jatki tam niemało, ale nie mieszkańcy padli ofiarą bestii a ich inwentarz. Ludzie opuścili wioskę wcześniej, tyle dowiedzieliśmy się od szabrownika napodkanego w jednej ze spiżarni. Mówił też, jakoby ludzie opuścili wioskę ciągnięci jakimś omamem, czarem i do tych to jaskini ich przywiodło. - łucznik zakreślił dłonią w powietrzu, wskazując okolicę.

Horus - 2013-06-07, 13:51

- Po lesie wieść chodzi - krasnolud odrzekł po chwili dopiero, w zadumie głaszcząc gruby warkocz brody; łeb smoko-wilka połyskiwał srebrnymi refleksami - Wieść, jakoby w Polanie objawił się duch o wielkiej mocy, która władzę mu daje nad słabymi umysłami. Władzę absolutną, zdolną życie odbierać myślą samą. Obiecałem i swoją wiedzą się podzielić, tedy przestrzegam was; duch umysłami się pożywia i niechybnie ofiary nowe ku sobie przyciąga. Nie rzeknę, że pewnym, że to on stoi za zniknięciem waszych kmieci z Rokit. Uważajcie jeno, a i pewni bądźcie, że w drogę waszym poszukiwaniom wchodzić nie będę. Powodzenia, panowie.
Cofnął się o krok i skinął lekko, nie spuszczając elfa z czujnych oczu. Ruszył w dół ścieżki.

Był zdecydowany szybko zniknąć nieznajomym z oczu, zmienić trasę, jak wilk; wrócić do towarzyszy inną ścieżką i jak szybciej skryć się za zaroślami. Ufał jeno sobie. A brak zaufania zwykł stopniować.

***


Stanąwszy przed Freyem i Prvicą, poprowadził ich w gęstsze nieco zarośla, które dałyby im więcej osłony od wzroku obserwatorów z położonych wyżej ścieżek. Dopiero wtedy odezwał się nieśpiesznie:
- Elf, łucznik i niziołek o fircykowatej powierzchowności. Ten ostatni bada tunel, przed którym się, najpewniej, jeszcze znajdują. Elf był jednak rozmowny. Przybyli tu w poszukiwaniu kupieckiej córy z Uþmere; młoda okazała się poszukiwaczką przygód i wraz z drużyną zdecydowała się zbadać wieś Rokity, skąd od dawna nie mieli żadnych wieści.
- Kmiecie z Rokit zniknęli kontynuował, pociągnąwszy nieco wody z bukłaka - Złapali za język napotkanego szabrownika; ponoć chłopi mieli opuścić wieś dużo wcześniej, gnani jakimś mentalnym przymusem. A przywiodły ich te tutaj jaskinie. Rokity opustoszały, ostały się jeno ślady rzezi kmieciej trzody -
Krasnolud przerwał i powiódł spokojnym wzrokiem po dolinie. Jego twarz wydawała się być niemal maską.
- Znałaś tę wieś, Rokity? - zapytał Prvicę, nie odrywając oczu od zieleniących się stoków - Żmijowe lico ma kryjówkę daleko, ale przecież te groty są daleko. Skróciliśmy podróż z pomocą magicznych portali. Jeśli mam rację, to twoi ludzie są prawdziwym niebezpieczeństwie.

Amon - 2013-06-23, 19:31

Elf kiwnął głową Bjolfowi.
- Dziękuję za dobre słowo i przestrogę mości krasnoludzie, Wam też dobrze życzę. To powiedziawszy ruszył w tunel za swoim towarzyszem.

...


Prvica przytaknęła:
- Ano znam, byla raz z otcem, ale davno. Źrenicy dziewczyny rozszerzyły się kiedy doszło do niej rozumowanie mężczyzny.
- Tak vy dumate, że toto hitrost vso je? i monstr ludi pojmal?

Horus - 2013-06-23, 22:13

- Nie wiem - odrzekł, przenosząc spojrzenie na Prvicę - To jedna z możliwości. Prawdopodobna, ale oparta na niepewnych przesłankach. Powątpiewam jednak w swoje zdolności przewidywania. Odkąd tu przywędrowałem, los bezustannie rżnie mnie w rzyć.
Puścił ponure, porozumiewawcze spojrzenie Freyowi i ledwie zauważalnie kręcąc głową przykazał mu milczenie.
- Pójdę dalej ku jaskiniom - podjął znów, patrząc na Prvicę - Poszukam twoich ludzi. To żaden heroizm, pragmatyzm jeno - na nic mi się zdacie, w żadną walkę wdawać się nie zamierzam. Byłaś tu wcześniej. Grot jest wiele, trzeba wiedzieć, gdzie szukać.

Amon - 2013-06-24, 10:20

- Ja do jaskiń ne hodila, ale może dobrej prve idt dolom. - Powiedziała Kazmirówna wskazując rozciągający się przed nimi teren.
Horus - 2013-06-24, 22:45

- Też mi rada! - żachnął się, odwracając na pięcie - Nie wyściubiajcie nosa z gęstwiny. Rozważcie moje słowa i radźcie.
Ruszył szybkim, miarowym krokiem ku wlotom dwóch pierwszych grot po swojej lewej, nie odwracając się już za siebie. Zwracał uwagę na wszelkie możliwe tropy, których nie zatarł czas ni obecność żywych istot; szukał połamanych gałęzi, wgnieceń na świeżej trawie, tropów odbitych na glebie, słowem - czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na przemarsz dużej grupy ludzi w ciągu minionych kilkunastu godzin. Było ich wielu. Prawdopodobnie zostawili jakieś ślady.

Amon - 2013-06-28, 12:26

Wprawne oczy Bjolfa wypatrzyły wiele śladów przemieszczania się. W istocie teren w którym się obecnie znajdowali był raczej "tłoczny" i to że czasowo wydawali się jedynymi bywalcami, było raczej osobliwe. Krasnolud bez większych kłopotów odnalazł ślady licznych grup, wiele dzikich zwierząt jak i humanoidów przemierzało ten obszar wiele razy dziennie, w sród tych ostatnich istoty drobne niczym gobliny, jak i duże, muszące mierzyć przynajmniej siedem stóp. Krasnoludzkiemu oku nie uszło uwadze, że wejście do pierwszej z jaskiń zostało poddane prymitywnej obróbce. Otwór drugiej groty był skryty w morku drzew tak głębokim, że można było go tylko dostrzec stojąc nie dalej niż dwadzieścia stóp.
Horus - 2013-06-28, 12:37

Ulfson uśmiechnął pod wąsami i pogładził płowy warkocz brody. Obszedł wejście do pierwszej jaskini szerokim łukiem i krokiem na tyle szybkim, by jak najprędzej skryć się w cieniach drzew osłaniających drugą grotę. Zbliżył się do skalnej ściany i przesuwał się wzdłuż niej, aż mógł zbadać dokładniej wejście; jeśli nic go nie zaniepokoi, wejdzie do środka, gdzie powitają go dobrze znane każdemu z jego ziomków mroki głębin ziemi.
Amon - 2013-06-28, 13:15

Dopiero wchodząc w głąb groty, krasnolud mógł poczuć silny, kwaskowaty odór. Na kupie zeschłych i nadgniłych liści leżał niedźwiedzi kształt. Jednak Bjolf dostrzegł, szczególnie kiedy zbliżył się nieco, że skóra martwego niedżwiedzia jest narzucona na stertę liści, i służy za pieleszę groźniejszego "drapierznika". Podziemny kompleks miał sercowaty kształt, tak że Bjolf znajdował się teraz w jednej z "komór". Przejście do drugiej znajdowało się po jego lewej, Dochodziły z tamtąd basowe pomruki. Krasnolud wiedział że każdy dżwięk może wywabić, cokolwiek się tam znajduje.
Horus - 2013-06-28, 20:10

Serce zadudniło mu jak młot, poczuł w uszach przyjemny szum krwi - zew łowcy i zew ofiary. W każdej innej podobnej sytuacji wkroczyłby do komory i rzucił wyzwanie bestii; teraz jednak wiedział, że musi się opanować. Szukał ludzi, miał towarzyszy.
Zaciskając dłonie na drzewcach rohatyny, począł się powoli wycofywać. Nasłuchiwał, czy pomruki nie przyśpieszają, zwiastując coś niepokojącego.

Amon - 2013-06-29, 22:35

Szczęśliwie, krasnoludowi udało się wycofać z groty nie ściągając za sobą żadnych kłopotów. Gdy upewnił się że nic za nim nie wychodzi, ruszył eksplorować drugą jamę. W jej wnętrzu szybko napotkał rozwidlenie, mógł iść prosto, w prawo lub w lewo.
Horus - 2013-07-01, 00:01

Stał przez krótką chwilę przy rozwidleniu, badając ciągi powietrza i zapachy. Jeśli efekty nie będą niepokojące, ruszy ścieżką w lewo.

Rohatynę trzymał przed sobą, gotów wymierzyć jej żeleźce przeciw wszystkiemu, co wyłoni się z mroku.

Amon - 2013-07-02, 14:14

Nos Bjolfa nie zwęszył niczego co było by nietypowe dla podobnych kompleksów. Tunel na lewo miał jeszcze jedną odnogę w prawo, Jednak krasnolud nie zawracał nią sobie chwilowo głowy. Droga na wprost rozszerzała się do komory, zawierającej stół,
ławki, beczkę i kosz pełen oszepów. W pomieszczeniu było nie mniej niż siedmioro goblinów, część siedziała na ławach, inne stały przy beczce, każdy miał oszczep gdzieś w zasięgu ręki.

Horus - 2013-07-04, 20:26

Krasnolud nie wychodził poza zasięg dającego bezpieczeństwa mroku, ale wiedział, że gobliny widzą nie gorzej niż on. Szybko wycofał się więc do rozwidlenia, zdecydowany zbadać dwie pozostałe odnogi. Niezależnie od tego czy wycofa się z kolejnej groty, czy spróbuje "nałapać sobie języków" by dowiedzieć się, co stało się z ludźmi z Polany, nie może sobie pozwolić na ewentualność osaczenia go w tych wąskich korytarzach. Nie chciał umierać śmiercią głupca.
Amon - 2013-07-23, 22:53

Cofając się, Bjolf zbadał wpierw ostatnie rozwidlenie, pod paru krokach zorientował się, że tunel jest ślepy i prędko zeń się wycofał. Dotarł do wyjścia i ruszył drogą przed się. Znów korytarz okazał się kończyć litą skałą, po kilkunastu zaledwie metrach. Krasnolud wycofał się i ruszył ostatnią, nie zbadaną dotąd drogą: od wejścia na prawo. Idąc nią, szybko natrafił kolejne rozwidlenie, z prawa słychać było goblińskie poszczekiwania, z lewa nic.
Horus - 2013-09-11, 20:05

Krasnolud przez dłuższą chwilę stał niezdecydowany na rozwidleniu chodników jaskini. Nasłuchiwał goblińskich warknięć z korytarza na prawo; próbował ocenić liczebność stworów, ale ostatecznie zrezygnował. Zabrnął za daleko; jeśli ma stąd wyjść w całości, musi się przygotować.

Skręcił w lewo, wytężając oczy pośród mroku.

Amon - 2013-09-12, 20:31

Idąc tą drogą, krasnoludowi przyszło wkrótce ponownie ostro skręcić w lewo, gdyż właśnie tak prowadził tunel. Bjolf szybko zrozumiał jego przeznaczenie. Korytarz był ślepy (znów!) co nie oznaczało, że całkiem pusty... Ekskrementy walały się gęsto.
Horus - 2013-09-16, 12:42

- Nawet psy srają na zewnątrz - mruknął, krzywiąc się na smród wdzierający się gwałtem do nozdrzy.
Obrócił się plecami do ślepego korytarza a twarzą w stronę chodnika, którym tu przyszedł. Po raz kolejny przywołał moc Sanktuarium, by okryty jego ochronnym całunem ruszyć ku wyjściu, zachowując najwyższą ostrożność i czujność.

Amon - 2013-09-17, 21:51

Krasnolud opuścił tunele w czas, słyszał bowiem poszczekujące o czymś z ożywieniem humanoidy, korytarze były jak widać częściej przemieszczane niż Bjolf mógłby sobie tego życzyć. Mężczyzna stanął na zewnątrz w bezpiecznej odległości od wejścia. Jeśli jaskinie były zamieszkane przez liczne stworzenia, znaczyło to że i przylegające do nich tereny musiały być co jakiś czas przynajmniej patrolowane.
Horus - 2013-10-04, 18:02

W obecnej sytuacji ciągłego zagrożenia ze strony mieszkańców grot zdecydował się zaniechać dalszych, samotnych poszukiwań mieszkańców Polany i wrócić do ukrytych towarzyszy. Co ważniejsze, o odkryciu, że ludzie nie są tu sami musiał się z nimi jak najszybciej podzielić.

Biegł, jak wilk, zmieniając ścieżki, wracając po bezpiecznie szerokim łuku.

Amon - 2013-10-06, 13:16

I tym sposobem kasnolud poloczyl sie na powrot ze swymi towarzyszami.
- Dowiedziales sie czegos ciekawego? - zapytal wprost Fey, Prvica wpatrywala sie w ciebie z niecierpliwoscią.

Horus - 2013-10-06, 18:43

- Dowiedziałem. - odparł, ocierając dłonią mokre od potu skronie - Tedy pierwiej ja będę mówił, później wy powiecie mi, coście uradzili.
Stał przez krótką chwilę, opierając się ciężko na grubych drzewcach swojej rohatyny. Patrzył na swoich towarzyszy długo i badawczo, nim zdecydował się rozwinąć swoją lakoniczną nieco wypowiedź.
- Dwie jamy zbadałem; w pierwszej zwierz mieszka, ale nie zabawiłem tam na tyle długo, by wywiedzieć się, jakiego rodzaju. Wielkie i głośne; pachniało niedźwiedziem albo czymś na kształt jego podobne. W drugiej jaskini gobliny, w dużej liczbie. Udało mi się wycofać, nim mnie spostrzegły, ale wyczuły, zdaje się, intruza. Dolina musi być patrolowana; jeśli ludzie z Polany tu dotarli, ich obecność nie jest już dla tutejszych niczym niewiadomym.

Amon - 2013-10-07, 21:58

Fey podrapał się po brodzie.
- Hmm... gobliny moiwsz? moze wartało by sobie z nimi "porozmawiać"? te małe szkodniki mogą cos wiedzieć o wieśniakach z Polany.

Horus - 2013-10-09, 14:03

- Może - mruknął - Może i wartałoby...
Przeniósł ciężki wzrok na Prvicę.
- Czasem, w imię pewnych spraw warto nadstawić karku. Raz matka rodziła i raz się żyje. Wiem przeto, w imię czego nie warto. A nie warto w imię kłamstw i manipulacji. Wiesz, gdzie są groty, znasz doń drogę - znaczy, byłaś tu, a nie wiesz, która grota jest bezpieczna, która była twoim ludziom schronieniem? Odkąd tu przybyłem, zły los, moce mniejsze i większe, a nawet wasi kmiecie z Polany dymają mnie bez opamiętania. Mam tego dosyć. Mów jasno, dziewczyno, i niczego nie zatajaj. Inaczej odejdę, do tego samego namawiając Northmana.

Amon - 2013-10-17, 20:00

Prvica otworzyła szerzej oczy:
- Pravda, ja byla totu davnej, Ale toliko tam ostala. - Dziewczyna wskazała ręką na miejsce z którego zeszliście do kanionu.
- Otce kazali ostat. - Oczy dziewczyny zaszkliły się, choc tylko na moment, jakby nie pozwalała sobie na najmniejsze okazanie emocji.
- Prosim vas Pane, ne ostavajte mne samej, ne imam niktogo inego, a velmi trebim pomoci.
Fey zaplótł ręce na piersi:
- Co myslisz Bjolf?

Horus - 2013-10-22, 20:59

Krasnolud westchnął z niezadowoleniem, rozkładając ramiona.
- Nie o to chodzi, by cię tu samą ostawiać dziecino - wyjaśnił wyrozumialszym już nieco tonem - O to, by stąd odejść, porzucić tę śmieszną wojnę ludzi z głuszą i prastarą magią. Odejść, zabrać tych, co chcą pójść i żyć, żyć! Błądzimy, jak dzieci we mgle, ale ty i tak nie zechcesz porzucić swego ludu, hm? -
- Serce winno mi od tego rosnąć - mruknął pod nosem - Dobra, odmówić ci nie umiem. Pójdziem tedy do goblińców i nałapiemy sobie języków. Lepiej tak, niż błąkać się po dolinie i wystawić jakiemuś patrolowi. Ja przodem, Frey w ariegardzie. Ruszamy!

Amon - 2013-11-07, 14:49

Prvica kiwnęła z podzięką głową i zacisnęła dłonie mocniej na włóczni.
Freyrvind zrobił kilka pokazowych młynków swoim mieczem.
- Haha! prowadź więc!
Trójką ruszyliście ku wybadanych przez ciebie wcześniej jaskiniom.
Tuż przed wejściem do jamy,, northman zapytał, bardziej kazmirównę niż ciebie:
- Mogę przywołać światło, by rozjaśniało naszą drogę niczym pochodnia, ród krasnoludów świetnie widzi w mroku, ja... cóz od jakiegoś czasu też nie kiepsko, martwię się tylko o ciebie dziecino. - Dziewczyna pokręciła głową:
- Ne treba vam dumat Pane, Ja takoże mocz dobre vide v temosti - Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Sama ne znam zaczo. Otce govorili, że do dar od bogov.

Stoicie przed wejsciem do jaskini.

Horus - 2013-11-09, 20:56

- Wiedźma - mruknął niesłyszalnie pod nosem - Niech mnie Duin grzmotem zdzieli...
Obrócił się ku dwójce i rzucił ostatnie dyrektywy przed wejściem:
- W środku chodnik rozwidla się na troje; z lewej czeka nas posterunek goblińców, sztuk siedem. Tych wprzódy musimy spacyfikować. Droga na wprost kończy się litą ścianą. Idąc drogą na prawo słyszałem poszczekiwania, więc i tam możemy się spodziewać towarzystwa. Korytarze są wąskie. Będę się uwijał z włócznią, ale i wy baczcie, by nas nie otoczyły. Jeden, góra dwóch musi przeżyć.
- Frey - rzucił porozumiewawczo Northmanowi, nim bystryk krokiem wszedł do pieczary - Miej nań baczenie.

Amon - 2013-11-11, 22:34

Towarzysze ruszyli w lewe rozwidlenie Bjolf przodem, Freyrvind i Prvica za nim.
Kransolud zachowywał maksymalną ostrożność, mimo to goblin niemal wpadł na niego zaraz przed wejściem do jaskini, okupowanej przez resztę jego kamratów. Humanoid chciał coś krzyknąć, lecz Bjolf był szybszy i wyprowadził pchnięcie. Jednak Goblin okazał się bardziej gibki niż liczył krasnolud, nie tylko uchylił się w czas, ale i sam oddał cios włócznią i to celny. Kamienny grot spenetrował pancerz krasnoluda i zatrzymał się dopiero zaklinowany między żebrami, na lewej piersi.
Freyrvind momentalnie postąpił do przodu, zamachnął się mieczem, zamiarując skrócić małego gnojka o głowę, jednak goblin znów uchylił się na bok.
I właśnie wtedy przez jego ciało przeszła włócznia Prvicy, dziewczyna wyszarpała drzewce, pozwalając konającemu osunąć się na ziemię.

Horus - 2013-11-12, 00:50

Krasnolud z trudem stłumił warknięcie, ale zdołał jeszcze puścić Prvicy pełne wdzięczności i uznania spojrzenie. Upewnił się, że goblin wyzionął ducha, po czym przyklęknął i obejrzał ranę na piersi; wymruczał krótką kantyczkę, a z jego zgrubiałych, spracowanych palców popłynęły strużki kojącej energii (Cure wounds). Wstał i spróbował poruszyć lewym ramieniem, z nadzieją, że nie jest tak źle, jak mogło to wyglądać.

Jeśli wszystko w porządku, ruszy dalej chodnikiem, pozostając w awangardzie.

Amon - 2013-11-13, 01:11

Bjolf wkroczył. do jaskini zajmowanej przez grupe humanoidów, niestety wasza "przepychanka" z goblinem, zaalarmowała jego ziomków. Do krasnoluda momentalnie doskoczyło trzech zielonych kurdupli, Bjolf sparował pierwszy atak pałką jednak druga uderzyła w jego udo, co wytrąciło go z równowagi i obaliło na ziemię, kolejna łupnęła go w twarz, mezczyzna poczół swoje rozdrobnione zęby i splunął rzęśiście krwią, chyba tylko rasowa tardogłowość sprawiła że w ogóle zachował przytomność. Gdy tak leżał skazany na pastwę pałujących go goblinów, Frey zainkantował pieśń:
- God of Thunder!
Who crack the sky!
Swing your Hammer!
Way up high!

Huk wstrząsnął całą grotą, trzy gobliny atakujące krasnoluda poderwało w powietrze i roztrzaskało o ściany pieczary, trzy pozostałe stojące dalej co prawda ustały na nogach ale i tak dwóm z nich eksplodowały czaszki bryzgając w około krwią i płynem mózgowym. Tylko jeden goblin, ciężko krwawiący z uszu i nosa pozostał żyw... narazie, bo Bjolf właśnie podnosił się na nogi...

Frey przeczesał włosy, wyglądał na wiece zadowolonego
- Nie liczcie że będę to robił zbyt często... Takie wydzieranie się nie jest za bardzo w moim stylu...

Horus - 2013-11-13, 14:04

Stojąc już na nogach, otarł krew z ust i warkocza płowej brody. Splunął jeszcze raz, siarczyście, pozbywając się z ust zębowego żwiru i spływającej wciąż powoli juchy.
- Pilnujcie drzwi - polecił dwójce towarzyszy, demonstracyjnie ważąc w dłoni drzewce ciężkiej rohatyny.
- Strasznym ciulem bym był, gdybym narzekał, że jednego li, w tak marnym stanie ostawiłeś przy życiu, Frey - rzekł jeszcze do Northmana, powoli zbliżając się ku rannemu goblinowi, z długim żeleźcem włóczni wyciągniętym przed się - Jednak ciulem nie jestem.

- Mówić umiesz? - warknął - Skup się, bo tylko wtedyś mi przydatny.
Obrócił w włócznię w dłoniach i pchnął stwora ciężką, żelazną stopką, krótko, acz mocno, zwalając go z nóg.

Amon - 2013-11-15, 00:46

Poobijany i wystraszony goblin w pierwszej chwili chciał odwrócić się na pięcie i czmychnąć schodami w dół, które znajdowały się na przeciwległej stronie jaskini.
Jednak wbrew temu, co mówi się o inteligencji (czy jej braku) goblinów, ten tutaj szybko pojął, że nie zdąży uciec. Popatrzył ze strachem na Bjolfa i pokiwał energicznie głową:
- Umicz, umicz! Ja muvicz umicz! umicz muvicz!...

Horus - 2013-11-15, 00:52

- Umicz, to dobrze - skwitował krótko Bjolf, przyklęknąwszy na jedno kolano, opierając o nie drzewce włóczni, której żeleźce wciąż pozostawało wymierzone w goblina - Tedy pierwsze pytanie: schody, tam, po drugiej stronie. Dokąd prowadzą? Zełżyj jeno, a zarżnę cię tu jak świnię.
Głos miał stalowy, a czoło marsowe.

Amon - 2013-11-15, 01:08

Goblin zawachał się chwilę i mrógnął swoimi małymi oczkami
-eee, no skarbi, zuoto... te no... svjecuszka! tak!
Zachwalał, ale jakoś nie chciało wam się w to wierzyć.

Horus - 2013-11-15, 01:16

Krasnolud naparł żeleźcem na pierś goblina, pozwalając by ostry sztych zatopił się w skórze. Na tyle płytko, by nie uszkodzić go poważnie, ale tak, by bolało. I aby ten ból był rękojmią jego słów:
- Też nie umiem blefować, pokrako - syknął - Spróbuj jeszcze raz, a będziesz gadał plując krwią. Ponawiam pytanie.

Amon - 2013-11-15, 01:40

Goblin zawył
- Auuuuaa! Tam hobi! dużo hobuf v jaskinjah na dole. - skowyczał.

Horus - 2013-11-15, 02:01

- Sza! - warknął - Masz mówić, nie skowyczeć, jak pies.
Odsunął żelazo na cal od piersi goblina.
- Więc robicie tu za wartowników - mówił dalej, z wyraźnie wyczuwalną kpiną w głosie - Hm, robiliście. Tedy skoro stado mierzyć miarą pilnujących go owczarków... Może winniśmy zejść na dół i się zabawić. Z twoim łbem niesionym przodem, na grocie włóczni?
Przerwał wątek, nie chcąc by goblin go zgubił, choć dał już wspomniane dowody inteligencji.
- Zostawmy to jednak - kontynuował wywód - Jeszcze mi zdatnyś. Drugie pytanie: gdzie są ludzie, tacy, jak tamtych dwoje? Przechodzili doliną, mnogo ich było. Kędy poszli? I bacz, tym razem przekłuję na wylot.

Amon - 2013-11-23, 21:21

Goblin oczyścił gardło, spojrzał w przelocie na Prvicę i northmana który, puścił mu zawadiacko oko.
- Czuovjeki? Tak! sou i czuovjeki tak tak! dużo czuovjekuf, a v jaskinji na zahud do już dużo dużo. A my tesz kilku czuovjekuf se zuapali, tam dole gdżesz sou, s hobami.

Horus - 2013-11-25, 10:42

- Tutejszym hobom naprawdę brakuje baby - podsumował krótko krasnolud, trzymając nadal żeleźce przed sobą - Znów zwieść mnie próbujesz, pokrako. Za zachód jaskiń jest wiele. Mów jaśniej, bo cierpliwość moja ma granice...
Zaczekał, aż goblin przygotuje się do odpowiedzi, skrócił chwyt, jak gdyby przyjmując swobodniejszą postawę, po czy trzasnął humanoida w lewą skroń grubymi drzewcami rohatyny.
- Na zachód od nas jest jedna jaskinia - rzucił dwójce towarzyszy, obracając żeleźce znów ku ogłuszonemu/martwemu goblinowi - To ryzyko, które trzeba nam będzie podjąć; nie nam mierzyć się z hobgoblinami tu, na dole, choć nie wiemy, co i tam, w owej grocie zastaniemy. Tego tutaj zaś będę musiał zakłuć. Wie o nas, naszej obecności tu i o naszym celu nieco za dużo. Obiekcje jakieś? Prvica?

Amon - 2016-01-14, 00:34

Prvica Kazmirovna, pierwsza córka Kazmira z Polany. Szczupła, jeśli nie chuda, dziewczyna o długich blond włosach, śniadej cerze i niebieskich oczach.

- Ja myslim, że ten to goblińec moc byl by rad, ako my dola szli do tyh to hobov. - dziewczyna wysunęła brodę do przodu wskazując na schodzący w dół tunel.
- Ja myslim, że nam moc treba uhodit s tej to jamy - spojrzała za siebie na tunel z którego przybyliście.

Leoncoeur - 2016-01-14, 21:40

- Możemy uchodzić, faktycznie zbyt wielu ich tu może być. - Frey dumał gładząc warkoczyk na brodzie.
- Ale raczej po wsparcie, by wrócić i wytłuc to ścierwo co tam się zasiedziało i odbić porwanych.

Horus - 2016-01-17, 23:37

Krasnolud skinął dwójce towarzyszy, po czym zbliżył się się do goblina i skłuł go rohatyną, jak rozciągniętego przez gończe psy dzika.
- Ano, wpadliśmy jak śliwka w gówno - skonkludował krótko, plując krwią. Płowa broda była nią solidnie ubroczona, więc wytarł ją sękatymi paluchami po czym wsparł się ciężko na drzewcach włóczni.
- Uchodźmy. Wy przodem, ja osłonię tyły. U ujścia upewnijcie się, że czysto, nim wychylimy głowy.

Amon - 2016-01-18, 19:54

Zwieracze goblina puściły, gdy grot bjolfowej broni penetrował jego ciałko. Humanoid dokonał żywota w kałuży krwi, szczyn i kału, jak na goblina przystało.
Frey ku swemu zdumieniu uświadomił sobie, że jest w stanie dokładnie powiedzieć co goblin jadł, bazując jedynie na smrodzie który doleciał jego nozdrzy. Przez jego umysł przeleciała też myśl by wytarzać się w kałuży, ale szybko oddalił od siebie ten niedorzeczny pomysł... .

Prvica jako pierwsza opuściła grotę, po niej northman a krasnolud ostatni.

Nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek był zaalarmowany waszym pojawieniem się.

Kanion wydawał się dokładnie taki sam jak przedtem. Jago poprzeplatane skałami i ziemią ściany sięgały z każdej strony dobrych stu stóp. Kępy drzew, często uschłych, rosły nawet na zboczach. Kanion jest szeroki na setki stóp i ciągnie się dalej na zachód, na pół mili jak nie lepiej. Na różnych wysokościach, po wszystkich stronach kanionu, znajdują się liczne jamy, jak ta z której właśnie wyszliście. Dzienne światło jest teraz słabe a powietrze wilgotne. Naturalna akustyka terenu sprawia iż wszechobecne skrzeczenie wron, brzmi dość złowieszczo. U podnóża ścian, prócz gruzu, głazów i martwych drzew, widzicie kości zwierząt i humanoidów.

Leoncoeur - 2016-01-18, 22:43

Frey był zły bo nie do końca rozumiał co się z nim dzieje.
Najpierw wskazywanie Bjolfa by przejrzał się w lustrze, potem rozmowa z Prvicą, teraz myśli o tarzaniu się w krwi i kale goblina.

Kopnął jakiś kamień i ogarnął wzrokiem okolicę.
- Tyle tu tych jaskiń, że prosze siadać - rzucił do krasnoluda i dziewczyny. - Weź tu bądź mądry w której się schowali uciekinierzy.

Horus - 2016-01-19, 19:31

- W pierwszej jaskini niedźwiedź, albo coś, licho wie, gorszego nawet - mruknął, rozmasowując obolałą jeszcze szczękę - W drugiej wybili mi parę zębów. Jeszcze się, kurwa, nie doliczyłem ile. Ja groty lubię, na kości mojego Starego, i to jak lubię! Ale nie możemy penetrować każdej, w nadziei, że zwęszymy trop. Można by się zaszyć, poobserwować, złapać języka na dogodnym dla nas terenie. Pomysłu innego nie mam.
Urwał, wskazując komitywie gęste zarośla, w których schronili się ostatnio.
- Bo nie wydaje mi się, Frey, coby przybycie uciekinierów uszło uwadze pozostały, stałych bywalców tego kanionu, by wciąż byli bezpieczni. - dodał, spoglądając na dwójkę raczej ponuro. - I znikąd szukać pomocy.

Amon - 2016-01-19, 22:38

Kiedy Bjolf wskazał zarośla, w których schroniliście się ostatnio, zauważyliście, że coś lub ktoś się w nich porusza.
Leoncoeur - 2016-01-20, 18:21

Mocniej uchwycił miecz i lekko spiął się.
Pochylony ostrożnie zrobił krok w stronę krzaków w których ewidentnie coś lub ktoś się krył.
Ostrze wyciągnął przed siebie i zrobił kolejne kroki, lekko przygarbiony i czujny.
- Ki diaboł? - powiedział całkiem głośno.

Horus - 2016-01-20, 22:33

Bjolf zrównał się z Freyem, trzymając oburącz włócznię, a grotem mierząc w zarośla. Krasnolud nie mówił nic. Był spięty, jak żmija przed uderzeniem.
Amon - 2016-01-20, 22:57

Prvica za waszym przykładem zacisnęła pewniej dłoń na włóczni i przyjęła obronną pozycję
Gdy poświęciliście "Krzakom" uwagę, te przestały się poruszać i "zamilkły".
Zbliżając się do zarośli Frey zrobił użytek ze swego psiego węchu, wyraźnie czuł czyjś pot.

Leoncoeur - 2016-01-23, 05:33

Faeria zapachów dochodząca do Northmana od jakiegoś czasu szokowała go, tak jak w tym przypadku. Dawniej nie czuł takich rzeczy i nie wiedział na ile może pozwolić sobie w zaufaniu w niezrozumiały sposób przebudzonym instynktom i rozwiniętym zmysłom.

Wprawdzie prosił o wsparcie Drvną Vedme, nie spodziewał się jednak, że będzie ono takie.
Jak u czorta lepszy węch czy irracjonalna chęć tarzania się w goblinim kale miała pomóc mu z banda ziomków rżnących leśne osady?
- Wychodź powoli - warknął. - Jeśli nie chcesz bym się tam po ciebie przeszedł.
Słowa te skierował w kierunku gęstych zarośli wciąż trzymając uniesiony miecz w kurczowo zaciśniętej dłoni.

Amon - 2016-01-23, 19:20

Krzaki znów się zakołysały, ponad nie wysunęła się para podniesionych rąk. Długie smukłe palce, brunatnej barwy. Usłyszeliście kopnięcie w drewno i z brzegu krzaków wyturlała się krótka włócznia. Nieznajomy wstał ukazując pochyloną głowę skrytą w cieniu futrzanego kaptura. Kiedy postać ostrożnymi krokami wychodziła z krzaków, dostrzegliście również torbę na jej plecach. Obcy był wyższy od Bjolfa ale nieco niższy od Freya. Futra które nosił maskowały jego ciało ale sądząc po dłoniach musiał być tak szczupły jak Prvica (był też podobnego wzrostu). Nie próbował się do was zbliżać
- Nje, nje kce szebisz potkodżił - Nieznajomy odpowiedział Freyowi przyciszonym, ochrypłym głosem.

Horus - 2016-01-24, 13:15

- Wprzódy zdejmij kaptur - polecił krasnolud spokojnym, zdecydowanym tonem - Potem powiesz nam, kim jesteś i dlaczego na nas nastajesz.
Torba przerzucona przez plecy humanoida torba mogła wskazywać, że podobnie jak oni, jest przybyszem, ale Bjolf nie wyciągał zbyt dalece idących wniosków. Opuścił nieco żeleźce rohatyny w przyjaznym geście, ale głupiec jeno pomyślałby, że "opuszcza gardę".
- Mówcież - powtórzył z naciskiem.

Amon - 2016-01-24, 14:24

Nieznajomy wymruczał jakieś niezrozumiałe przekleństwo pod nosem, ale zaraz po tym ostrożnie zsunął z głowy kaptur ukazując wam swoje oblicze. Obcy miał wysokie czoło, długie rude włosy zaplecione w ciasny warkocz (nieco rozczochrane teraz przez kaptur). w szpiczaste uszy powczepiane były kolczyki z kłów i innych kości. Baczne czarne oczy łypały na was. Kształt twarzy nieznajomego był w zasadzie ludzki, owszem szczęka była nieco szersza i wysunięta lekko do przodu, ale zdarzało się to przecież i u ludzi. Poza krzaczaczastymi brwiami i długimi rzęsami, twarz nie posiadała dłuższych włosów, podobnie jak u ludzkiego młodzieńca, pomijając jedynie wspomniane uszy, brunatną karnację, oraz tatuaż. połowa twarzy zakryta była skomplikowanym wzorem czarnej barwy. Bjolf wiedział, iż niektóre plemiona dzikich humanoidów takich używają, choć nigdy nie widział ich na własne oczy.
- Jestem Axhara, nje znam was i nje nastaje na was. Ale hałas robicze, to szje ukricz tszeba biło.

Leoncoeur - 2016-01-27, 18:00

- Nie szukamy zwady - odezwał się Northman opuszczając lekko miecz, jednak trzymając go na wszelki wypadek w pogotowiu.
- No chyba, że z goblińcami - zamyślił się. - Jestem Freyrvind Lennartson a w moich stronach zwą mnie Vandræðaskaldem. Rzeknij widziałeś dużą grupę ludzi jakowyś co schronienia szukali po tych jaskiniach? - potoczył lewą ręką po jamach licznie zaznaczających się w zboczu.

Amon - 2016-01-27, 23:59

Axhara wpatrywał się uważnie w Freya gdy ten mówił. Obcy uspokoił się trochę, możliwe że w odpowiedzi na opuszczenie miecza.
- Tszoda ludżi pszehodżila, młoda samica im pszewodżiła. Po mojemu, do starego hramu szli. Kilka innih samic ludżkih pojmał szczep "Fehu", s krurih jami własznje wiszliszcze. Kilku duszih samcuf mjeszka s plemjenjem "Bane". A po za tim, to mało tu ludźi.

Horus - 2016-01-30, 17:12

Bjolf przypatrywał przybyszowi długo i badawczo, nim zdecydował się przemówić. Uniósł żeleźce rohatyny po czym, swoim zwyczajem, wsparł się na niej, jak na wędrownym kosturze.
- Jam jest Bjolf - rzucił krótko, pochylając lekko głowę w uprzejmym geście - Wybaczcie, Axharo, podejrzliwość. Znacie, wnoszę, te ziemie nie gorzej, niż ja znam swoje strony. Znać, polujecie tu często, albo pamięć u was wyborna.
Krasnolud urwał, głaszcząc sękatą dłonią długą, płową brodę.
- Zapytałbym Was, czy znacie drogę do tego chramu, ale jasne, że ją znacie - mruknął z ponurym uśmiechem - Skorośmy już ustalili, że nie chcemy się pozabijać, zapytałbym, czy posłużycie za przewodnika... ale stoimy tu jak te kołki i straszny hałas robimy.
Krasnolud uśmiechnął się jeszcze raz. Szeroko i raczej paskudnie.

Leoncoeur - 2016-01-30, 20:33

Frey pokiwał głową zgadzając się z krasnoludem.
- Wskaż nam drogę jak godny podróżnik innemu podróżnikowi na szlaku.

Amon - 2016-01-31, 12:22

Wczasie gdy mezczyzni mówili, Axhara rozglądał się bacznie.
- Dobra njeh wam bendżje. Tilko potem mnje nje zostawczje jak nas ktosz lub czosz zaatakuje. - burknął obcy. Axhara podniósł włócznie i ruszył przodem. Kiedy nieznajomy odwrócił się do was plecami, dostrzegliście, że torba jest raczej nosidełkiem, w którym spoczywa humanoidalne niemowle. Jego ciemne oczy wpatrywały sie w was ciekawie przez całą drogę.
Kroczyliscie krętymi ścieszkami, pare godzin, wielokrotnie słysząc odgłosy mniei i bardziej inteligentnych łowców oraz dzikich zwierząt. Kanion był w istocie bardzo tłocznym miejscem. Ostatecznie osiągneliście zachodni kraniec kanionu. Axhara oparł dłoń na nachylonej pod jakis stu dziesięcioma stopniami scianie.
- Tszeba bedżje teraz szje wspinacz, mosze 50 stup, mosze wjeczej. - Nieznajomy sciagnął kaptur i z za kępy włosów na karku wyciągnął za ostrze ciupagę (o której nie wiedzialiście do tej pory).
- Ocziwiszcze jest prostsza droga, ale łatwiej sie tam na kogosz natknocz

Horus - 2016-01-31, 14:16

- Będziemy się wspinać - potaknął krasnolud, przerzuciwszy przez plecy rohatynę uwiązaną do odciętego na prędce grubego, konopnego sznura od Mary Zielarki.
Bjolf nie wyjął zza pasa toporka; jego drzewce były zbyt krótkie, by pomoc we wspinaczce jak ciupaga Axhary. Miast tego nabrał w mocne dłonie skalnego pyły i potarł nim ich wnętrze.
- Chcecie się uwiązać do mnie? - rzucił do Freya i Prvicy - Krasnolud uczy się łazić po skałach nim nauczy się dobrze chodzić, ale wam może być tak bezpieczniej.
Płowe brwi powędrowały ku górze w oczekiwaniu na odpowiedź, ale wspierając się pod boki o szeroki hajdamacki pas, krasnolud dał znak, że jest gotów.

Amon - 2016-02-07, 15:39

Wspinaliście się czas jakiś. Wtedy zastała burza. Wspinaczka w czasie deszczu i silnego wiatru jest wyzwaniem samym w sobie, do tego jeszcze dochodziła niepewność co do tego co zastaniecie na szczycie. Axhara, wskazał Bjolfowi skalną wnękę, która w zaistniałej sytuacji zda się świetnie na przystanek we wspinaczce. Obcy wdrapał się pierwszy, za nim krasnolud. Wspólnie wciągnęli northmana i kazmirówne. Wnęka okazała się wystarczająco rozległa by pomieścić ich wszystkich. Nic nie wskazywało by burza miała szybko minąć, wasza wspinaczka utknęła mniej więcej w połowie. Najwyraźniej spędzicie tu kilka godzin a może i noc. Axhara usiadł skrzyżnie i zdjął tobołek z niemowlęciem, położył je sobie na kolanach. Następnie zjął z siebie grube futro odsłaniając nagi tors. Zobaczyliście jeszcze więcej tatułaży i kolczyków, niektórzy z was, zdali sobie też sprawę, że źle ocenili Axharę: kobieta przyłożyła niemowlę do piersi i zaczęła je karmić.
Leoncoeur - 2016-02-09, 14:23

Freya w pierwszej chwili tak zatkało, że zupełnie zbaraniał.
W drugiej zresztą też.

Chciał coś powiedzieć ale nie bardzo wiedział co.
- Nie mówcie tylko błagam, że tylko ja ślepy - rzucił do Prvicy i Bjolfa starając się znaleźć złoty środek między ciekawy zerkaniem na Axharę, a nie gapieniem się podczas czynności jaką aktualnie przeprowadzała.


- Mogę spytać Axharo co sama z dzieckiem jeno porabiasz w tak niebezpiecznych stronach tak dobrze znając goblińskie plemiona żyjące w jaskiniach? - spytał po jakimś czasie przerywając ciszę.

Amon - 2016-02-09, 23:33

Prvica nie bardzo rozumiała co konkretnie ma na myśli Frey. Uprzejmie zwróciła się za to do samej Axhary:
- Izvinite, że ja tak se na vas poziram, ibo ja hobgoblinskoj żeny jeszcze ne videla - słysząc to Axhara wzruszyła tylko ramionami (nie przerywając karmienia)
- A gap szje ile kcesz. Ja za to widiwałam tfojoł rase, moja matka s njej bila. To tesz i wjem że młodou jestesz jeszcze samicoł - odpowiedziała. Kobieta trawiła pytanie northmana przez chwilę jakby jego sens nie był do końca dla niej jasny.
- Anji ja, anji moje dżeczji, nje należimi do tih tu szczepuf s kturimi wojujeczje. Pohodże z wisokih gur. Ostatnej zimi wjelki bil u nas qłut, zeszliszmi tu, na nizini za jezenjem. Muszjeliszmi walczicz ze wszistkimi o wszistko, teraz tilko mi zostaliszmi. - chwilę zastanawiała się nad czymś i dodała - ja z wami zwadi nje szukam.

Horus - 2016-02-10, 22:16

- Ludzie mówią, że krasnoludzkie kobiety noszą brody - Bjolf rzucił do Northmana, siadając ciężko na ziemi - Tedy i nie powinno cię to, jako człowieka, nadto dziwić. Ale i ja, przyznam, zaskoczonym.
Krasnolud wyjął z kaletki swoją świeżo opaloną (choć zdaje się, minęło tak wiele czasu) fajkę, wysypał na skalne podłoże trochę hubki, skrzesał ognia i położył na kopczyku mały węgielek, który rozdmuchany szybko zajął się żarem. Odpalił swoją fajkę, oparł się plecami o ścianę wnęki.
- Skorzystaj z mojego ognia, Frey - zachęcił, kładąc węgielek na kopczyku rozpałki - Ahxaro, jeśli palisz, nie wahaj się.
Urwał na dłuższą chwilę, wypuszczając gęste kaskady siwego dymu, które spływały w dół jego gęstej, płowej brody; w trakcie wspinaczki zerwał medalion spinający jej warkocz, więc rozpełzła się swobodnie po piersi, sięgając brzucha. Nim odezwał się znowu, zdawało się, przeniósł wzrok na hobgoblińską matkę i jej dziecię. Światła było mało, a głęboko osadzone oczy ukryte były w cieniu, jaki zaległ pod łukami brwiowymi brodacza. Nie sposób wyznać, komu w istocie się przyglądał.
- Góry Finward - mruknął basowo - Słyszałem, że siedzą tam po jamach moi krewniacy. Lub dalej jeszcze, Góry Gigantycznych Iglic. Rzadka to rzecz, krasnolud w tych stronach. Ale hobgoblińska mać rzadsza. Byłoby inaczej, ziomkowie twoi nie porywaliby tutejszych krasawic, na gwałt i pohańbienie. Zresztą, samaś losu takiego owocem, Axharo. Rzekłaś wszak.

Amon - 2016-02-13, 19:37

Axhara przyglądała się z niedowierzaniem poczynaniom kranslodua.
- Nje wjem czi wi jesteszczje taci odwasznji czi njeuwaszni... Ten dim wiczuje kaszdi zwjadofca w okolicy - zauważyła gdy Bjolf zaoferował jej tytoń. Gdy krasnolud zagadał o inne rzeczy wzruszyła tylko ramionami.
- Prawda, widżałam kjedisz jusz karłi, ale one mieszkajou głemboko w szjemj, nje polujou jak mi. Co szje zasz ticzi naszih szczepof, to gdi głodno, albo walka długa, tilko najszilniejszi wojownici pszetrwajou. A to zazwiczaj sou same samce. No to jak idżje wjosna i czas szczep odbufowacz, te samce bedou samic szukacz. Tak rasowih raczej nje znajdou, bo szaden szczep sfoih nje odda. Najlepjej jakou ludzkou albo orkowou samice zlapacz bo to miot ma spori, Tak co tszeczje czwarte dżjecko szje nada. - kobieta mowila calkiem spokojnie, po czym zmieniła ton na bardziej dumny gdy temat odtyczył niej samej. - Moja matka urodziła szczepowi 23 muode i tilko czteri bilo godne. Tilko czforo jej dźjeczi pokonauo swoih rownolatkow i pszesziło pierwsze pieucz lat sziczja. A kjedi miauam szescz lat, zostauam tilko ja.

Leoncoeur - 2016-02-14, 03:17

Frey skorzystał z zaproszenia do poczęstowania się ogniem i nabił fajkę zielem podpalając je wciąż pełgającym ognikiem. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś.
- Są ludzie, którym najchętniej czerep bym rozbił ciosem miecza lub topora, to czemu miałbym nie szukać zwady z hobgoblinką, jaka poproszona o pomoc nam jej nie odmawia - powiedział zerkając ku Axharze.

Ułożył się wygodniej pykając z fajki.
- Mówiłaś Prvico, że twoi ziomkowie na zagrożenie po jaskiniach się jakowychś się kryją. A Axhara o Starym chramie rzecze. I mówi, że młoda dziewoja przewodziła tym co tam zmierzali. Dziwne mi się to zdaje - Urwał.

Był trochę rozkojarzony i zadziwiony, prawie przerażony tym co hobgoblinka mówiła o przeżywalności młodych w jej stadzie.

Horus - 2016-02-14, 14:48

- Chybaś zapomniała, Axharo, czemu tu siedzimy - odburknął krasnolud na uwagę hobgoblinki - Na zewnątrz tęga burza. A siedzimy w skalnej wnęce. Wiatr, by wynieść stąd dym musiałby wiać od czoła. A i daleko by nie uniósł. Nie w chwili, w której pękają niebiosa.
Zmrużył oczy i zdawałoby się, drzemał. Wiedział o hobgoblińskich praktykach selekcji własnego potomstwa i bezwzględnym kulcie rasy, więc nie był nadto zdziwiony opowieścią Axhary. To, że wykorzystywanie samic innych, pośledniejszych ras w niczym hobgoblinom nie przeszkadzało, było inną już śpiewką...

- Ta ludzka samica - dorzucił półszeptem do uwagi Northmana - włosów przypadkiem nie miała czerwonych?

Amon - 2016-02-14, 20:44

Axhara nie miała zamiaru się kłucić o dym:
- A jak tam jusz uwaszaczje. - rzuciła przekładając dzieciaka do drugiej piersi.

Pytanie Freya oderwało Prvicę od bacznego przyglądania się hobgoblince.
- Mne takoże tuto se vidi velmo divne, moc divne. - przyznała.

Kiedy Bjolf dorzucił pytanie Axhara kiwnęła głową.
- Czerwone? rude znaczi? taaa ruda jak lis. - mowiła zakładając na siebie futro gdyż zakończyła karmienie a dzieciaka ukryła na powrót w nosidełku. - Wasza ona?

Leoncoeur - 2016-02-24, 16:42

Freya zmroziło.
- I ona ludzi prowadziła? - włosy stanęły mu dęba. Szli za nią bez przymusu? Wszyscy? - Wypluwał z siebie pytania.

Jeżeli Wężowe Lico prowadził gdzieś ludzi...
- Na Łaskę Freyi... - zwrócił się do Bjolfa. - Stary chram to jakieś święte miejsce, może Crvenica ich na ofiarę jaką prowadzi.

Horus - 2016-02-27, 16:01

Krasnolud milczał długo. Puszczał jedynie kłęb dymu za kłębem. Żar w główce fajki rozpalił się tak mocno, że oświetlił na krótko jego twarz, nadając jego ślepiom stalową barwę.
- Na sto stóp wyczuje ofiarę. - mruknął ponuro, odpowiadając Freyowi - Na kopę stóp słabe umysły życia pozbawi. Tak mi rzekłeś pod Kazmirową chatą. Przeto relacja Twoja teraz wielce krótką mi się zdaje, jak na czas kiedy cię *nie było*. Tyleś się jeno wyznał?

Amon - 2016-02-28, 02:10

Ahxara machnęła ręką odganiając od twarzy kłęby bjolfowego dymu.
- szwjente i pszeklente, niejednemu szje oczi wilali, muzg uszami czi nosem poczjekł - kobieta przeżegnala się gromovitym znakiem, widząc to Prvica uczyniła podobnie - ale innih szje znowu nje ima, bili i taci co gwautem tam weszli i żiw wiszli, tile że bogatszi... Taki bil nato raz czlowiek, dla wjedżmi samjec, moc zuota stamtond winiusł i do swojego szczepu zaniusł. Z dawna tom słiszała jako dżjedzko.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group