Tawerna Bibliotekarzy Strona Główna
RSS Panel

Poprzedni temat «» Następny temat
Inny
Autor Wiadomość
Horus 
Moderator

Wysłany: 2006-12-10, 22:47   Inny

'Inny'


Mijają eony, lecz imiona pozostają. Pamiętaj o nich. Doceń je. Nie ignoruj ich istnienia. Zdradzają odpowiedzi na wiele pytań. Dam Ci radę; ten, który miał zginąć, żyje, córka bywa matką, zaś stróż nie koniecznie jest aniołem. Chwytasz absurdalne piękno paradoksu?

Autor









Siedział w fotelu, powoli sącząc wino. Czuł lekki zapach wysuszonych liści. Ta woń go upajała, a smak był szczytem przyjemności.
Pukanie do drzwi, wyrwało go z zadumy. Wstał i wyszedł z salonu. Chwycił srebrny świecznik, po czym ruszył długim przedpokojem. Na ścianach wisiały obrazy, twarze szlachetnie urodzonych odprowadzały go aż do samych, ciężkich drzwi, okutych metalem.

Księżyc był przepiękny…
Młodzieniec długo wpatrywał się w niego w milczeniu, nie przenosząc wzroku na gościa, gdy wreszcie otworzył usta.
- Mógłbym spędzić całą wieczność, podziwiając jego blask – powiedział spokojnie – L ecz twoja facjata, Luth, doprowadza mnie do mdłości.-Muszę z Tobą porozmawiać – krzyknął łysy mężczyzna odziany w biel, stojący w drzwiach – Świątynia kazała…
- Szczerze? – przerwał tym samym, spokojnym głosem – Gówno mnie obchodzi, czego chce Świątynia.
- Bacz na swe słowa, chłopcze. Tym razem Twój ojciec może nie być w stanie uratować Twojej sytuacji…
- Mój ojciec… Mój ojciec nie pozostawił mi niczego, co ma jakąkolwiek wartość. Bogactwo, włości, tytuły… To tylko słowa, zaś ich blask gaśnie, jak życie uchodzące z usychającego ciała starców.
Milczał… Oboje milczeli. Człowiek w bieli stał w świetle świec, wyczekując odpowiedzi.
- Wejdź, Luth – jego głos przeciął ciszę – umilisz mi wieczór.

***


Kielich znów spoczął w jego dłoni. Ten sam cudowny zapach rozbudził jego zmysły.

- Powiedz mi zatem, kapłanie - spytał drwiąco - czego pragnie wielmożna Świątynia?
- Nie powinieneś opiekować się tą dziewczyną, chłopcze. Musimy się nią zająć, zapewnić jej opiekę, przywrócić zdrowiu…
- Odebrać, wychować na swą modłę i uczynić służką? – dokończył, pytająco.
- Zapewnimy jej przyszłość, o jakiej dziewczyna z niższego stanu nie może marzyć.
- Przyszłość dziwki i służebnicy? – ponowił pytanie – może, uwierz mi Luth, do takich zajęć wysokie urodzenie nie jest przymusem.
- Drwisz z nas? Za kogo się uważasz? – wycedził kapłan - Świątynia wzbudza szacunek i trwogę od pokoleń. Nie obawiasz się nas?
- Kim jesteście, dobrem, czy złem?
- Dobrem, oczywiście.
- Dlaczego więc, mam obawiać się tego, co dobre?
Kapłan zamyślił się… Nie odpowiedział.
Spojrzał nad jego głowę. Obraz dostojnego, starszego mężczyzny spoczywał na ścianie.
Spoglądał na niego, tak spokojnym wzrokiem, jakim on na niego patrzył.
Opuścił wzrok.
Otworzył szerzej oczy.
Znów poderwał głowę do góry i spojrzał na portret. Oczy były nieskazitelnie czarne, bez bieli, bez tęczówek, czarne, jak bezgwiezdne niebo.
- Co stało się z portretem Twojego ojca? – zapytał szybko.
Spytany pogrążył się w zamyśleniu.
- Wyznałeś dziś grzechy, swemu bogu, kapłanie?- zapytał.
- Tak, na chwilę przed tym, jak przybyłem do Ciebie.
- Tak rzadko Ci się to zdarza Luth? Tak rzadko odwiedzasz mnie w tym stanie?
Uświadomił sobie, co uniemożliwiła mu jego kapłańska duma. Spojrzał wreszcie w oczy rozmówcy, oświetlone świecą. Były czarne, absolutnie czarne, jak oczy sportretowanego szlachcica.
Kielich, jakim uraczył go gospodarz, wypadł z jego dłoni, z trzaskiem rozbijając się na dębowym biurku.
- Kim… Czym ty do cholery jesteś?!
- Nie przystoi kapłanowi – wyszeptał spokojnie.
Jego spokój, ten nieskazitelny spokój napawał jego serce coraz większym lękiem i obłędem.
Nie wytrzymał, zerwał się z fotela.
- Sam dotrzesz do wyjścia… - mruknął
Kapłan przebiegł cały przedpokój, niemal potykając się o dywan.
Dorwał wreszcie drzwi, szarpnął. Nie drgnęły.
Szarpnął po raz drugi.
Trzeci.
Drzwi ustąpiły.
Wypadł na brukowaną ulicę. Biegł, jego przerażony umysł nie dopuszczał do siebie jakichkolwiek myśli. Uciec, uciec jak najdalej od tego przeklętego czarciego pomiotu – jego jedyne pragnienie.
Uciekł, choć nikt go nie ścigał.

***


Słodka woń wciąż go otaczała, gdy siedział, ogarnięty sennością. Rozsunął szerzej powieki. Wstał i poprawił drugi, przewrócony fotel. Podniósł się i zabrał z biurka ten sam, srebrny świecznik. Kilka kroków…
Stanął przed wielkim zwierciadłem, spojrzał w swoje odbicie. Przyglądał się temu dwudziesto paru letniemu, przystojnemu młodzieńcu z uwagą. Spojrzał na jego elegancki dublet, na koronkowe mankiety jego koszuli, i wysokie, jeździeckie buty.
Przebył krótki korytarz, zakończony trzema kolejnymi pokojami. Otworzył środkowe drzwi. Świece spowiły pokój mocniejszym, niż światło gwiazd, złotym światłe.
Sypialnia była duża i bardzo wytworna. Ogromnych kredensach niosły na swych barkach wazy pełne kwiatów, portrety, rzeźby młodych i pięknych.
Uklęknął przy wielkim łożu, przykrytym baldachimem.
Spoczywała na nim piękna, młoda kobieta o czarnych, kręconych włosach. Jej oddech był ciężki i niespokojny. Dotknął dłonią jej mokrego od potu czoła.
- Boję się.
- Czego?
- Boję się niepokoju, bólu i upokorzenia.
- Twój strach jest niepotrzebny… Odejmę Twe cierpienie, zażegnam niepokój i zabiję upokorzenia.
Westchnęła ciężko.
- Pamiętasz, Uvall?
- Pamiętam…
Uniósł się, ucałował jej zimne usta i chwycił drżącą dłoń.
- Jakże mógłbym zapomnieć.

***


Stał w centrum południowego gwaru. Był samotny, pomimo otaczającego go tłumu.
Poczuł, jak mała dłoń pociągnęła go za rękaw. Przyklęknął. Żaden z mijających go ludzi nie zwrócił na niego uwagi… Na niego, oraz dziecko, z którym rozmawiał, kilkuletnią dziewczynkę o czarnych lokach. Mała spoglądała na niego badawczo.
- Pan jest demonem? – zapytała swoim głosikiem.
Młodzieniec uśmiechnął się szeroko.
- Mamusia opowiadała mi, że demony są bardzo złe, że jedzą dzieci, które są nie słuchają rodziców…
- Ale ty jesteś grzeczną dziewczynką, prawda?
- Jasne… A pan, pan jest zły i niegrzeczny? Jakie są demony?
- Zły? Nie wiem. Nie grzeczny, czasami… - mrugnął do dziewczynki - Czym jest dla Ciebie zło?
- Mamusia jest zła, gdy jej nie słucham, ale jest bardzo dobra i kochana i opiekuńcza i w ogóle kochana. Nie wiem, czym jest zło, proszę pana, ale to chyba przeciwieństwo mojej mamusi.
Ale pan nie wygląda na takie przeciwieństwo. Wygląda pan bardzo przyjaźnie.
- Zło to punkt widzenia… To, co pewien człowiek nazywa złem, w mniemaniu innego jest dobrem… i na odwrót. Dlaczego uważasz, że jestem demonem?
Dziewczynka wskazała paluszkiem jego czarne oczy.
Znów się uśmiechnął.
- Jesteś bardzo bystra.
- Dziękuję panu.
- Boisz się mnie?
- Nie, proszę pana.
- Bardzo słusznie, strach wynika z głupoty, a Ty jesteś bardzo mądrą dziewczynką. Nie mów nikomu o naszym sekrecie, dobrze? Przecież nie chcemy nikogo przestraszyć…
Mała roześmiała się wesoło.
- Jak masz na imię?
- Thilien, ale koleżanki mówią do mnie Thili. A pan?
- Jestem Uvall, a koledzy wołają do mnie… Wołają do mnie identycznie – uśmiechnął się.
- Mamusia pewnie martwi się o Ciebie. No już, zmykaj!
- Do widzenia, proszę pana!
- Do widzenia, Thili.

***


- Minęło 20 lat, Ty zaś, mój demonie, nie zmieniłeś się w najmniejszym stopniu. Jakże mógłbyś… - uśmiechnęła się
- Mógłbym, dla Ciebie.
- Wcale sobie tego nie życzę – prychnęła.
Jej dłoń drżała… Ścisnął ją mocniej.
- Jeszcze jedną noc, Thilien, a zabiję słabość, która Cię niepokoi – wyszeptał cicho
- Z każdą chwilą boję się coraz bardziej, Uvall.
Zasnęła, oddychając spokojniej. Delikatnie ułożył jej dłoń na łóżku.
Wstał cicho i wyszedł z pokoju.
Wrócił do salonu, spojrzał znów w lustro.
- Pomyliłaś się Thilien – wyszeptał – zło ma moje imię…
Rozbił dłonią taflę zwierciadła. Na ścianie, za nim spoczywał długi rapier inkrustowany złotem. Ujął go w dłoń. Obrócił się na pięcie.
- Lecz wcale nie pragniesz, abym był dobrym.
Wyszedł z pokoju i swego domu. Wsunął do zamka klucz i zamknął drzwi.
Obcasy jego butów zastukały głucho na brukowanej ulicy.

***


Ciemność.
„Odgrodźmy się od niej, zamknijmy okiennice, nie mroku musimy się bać, a bestii, jakie skrywa.”
Nie musicie. Potwór nie zbudzi dziecka ze snu… Z resztą, jakże żałosną ofiarą jest dziecko?
Szedł szybko, wdychając balsamiczną woń powietrza. Małe kamieniczki były świadkami jego spaceru, z milczeniem na ustach przyglądające się, szeroko zamkniętymi oczyma. Odrzwia Świątyni zapraszały swą pyszną wielkością, niczym kurtyzana, zapominająca o brudzie toczącym jej łono. Nie oparł się pokusie. Zapukał w nie, a te cicho ustąpiły, ukazując twarz strażnika. Uśmiechnął się. Chwilę później wyciągnął go za gardło na zewnątrz.

***


„200! Całe pieprzone dwie sety złotych” pomyślał Korr, stróż nocny. Nie wiedział, dlaczego Matka proponowała taką stawkę za jedną nockę przy bramie świątyni. Szczerze mówiąc, gówno go to obchodziło. Za takie pieniądze mógł utrzymać siebie, żonę i małego synka, zapewniając mu nawet edukację w miejscowym klasztorze. Mógł pilnować nawet tyłka boga strażników, byleby tylko nie okazało się to snem, z którego budzisz się z niewysłowioną rozpaczą.
Nie tylko on się załapał. Był z nim brat i kumple ze straży, do tego kilku podrostków z biedniejszych rodzin… Siedzieli razem, w kącie świątynnego dziedzińca, jak ćmy, pragnące się ogrzać przy nikłym promieniu świecy. Miast świecy – bimber i drgający płomień ogniska.
Szczęście chciało, by to on jako pierwszy pełnił wartę przy wewnętrznej bramie. Zewnętrznej pilnować miał młody Jensen…
„Gdzie ten zasraniec?” – pytanie to gwałtem wyrwało go z słodkich rozmyślań.
Zewnętrzna brama była uchylona, nigdzie nie widział smarkacza…
„Poszedł się odlać, nie szcza się na świętą ziemię” uśmiechnął się do siebie w duchu. Oparł się o bramę, wyczekując powrotu kamrata.
Po pięciu minutach nie wytrzymał, zrobił kilka kroków w stronę bramy. Ciemna, ludzka sylwetka wyłoniła się z mroków okalających boczne filary.
- Ileż można… - wyszeptał, nim silna dłoń zacisnęła jego usta. Chciał krzyczeć, ostrzec, błagać… Tysiąc myśli kłębiło się w jego umyśle w ciągu tej jednej krótkiej chwili.
Przestał myśleć. Zimna klinga sztyletu wsunęła się w jego gardło. Poczułby na języku jej chłód, gdyby ta wcześniej nie przebiła jego karku..
Zwłoki byłego stróża, niczym szmaciana lalka spoczęły w ramionach mordercy. Bezszelestnie zawlókł je powrotem do bramy, po czym posadził na strażniczym taborecie i oparł plecami do ściany. Wyglądał, jak pogrążony we śnie…
Kat lekko uchylił kolejne drzwi, po czym wsunął się do środka.

***


- Słyszałeś o tej dziewczynie? – przepity głos odźwiernego odbijał się echem od ścian wewnętrznego hallu.
- Jak obyczaj nakazuje, gdy dziewczyna staje się kobietą, po dwudziestu wiosnach żywota, winna być oddana na posługę do Świątyni Pani.
Młody stróż wrócił do stolika przy drugiej wewnętrznej bramie świątyni, z butelką wina, zabraną ze schowka kilkanaście stóp obok.
- Ta mała jest chora – ciągnął dalej – Nie opętana. Raczę zrozumieć, że nie zgadza się z decyzją opiekuna, a tym samym z końcem swej nastoletniej wolności…Ale tego, co zrobiła, nic nie usprawiedliwia. Poderżnęła mu gardło. Kuchennym nożem.
- Od lat prawiłem, że ma nasrane do głowy – odźwierny podniósł łeb, z uśmiechem witając nową butelkę – Ojczym, stary lokaj Meander, który chciał dopełnić tradycji, znalazł smutny kres ze ślicznych rączek własnej wychowanicy. Może jej matka, jak rzeką ludzie, była wiedźmą, a może tylko użyczała demonom swojego ciała, ale mówię Ci… Odcisnęła na dziecku piętno, którego nic nie zmyje.
Otworzył butelkę podaną przez stróża i napełnił swój kubek.
- Prócz śmierci – dodał, wychyliwszy zawartość.
- Jesteście popieprzeni – warknął drugi, waląc pięścią w stół – Oczyszczający ogień i ta nabożna hipokryzja, jaką przesiąknięte jest to miasto. Rzygam nią. Mała Thilien miała okazję wymazać swoją niepewną przeszłość, służąc Pani, choć wiem, że nie jest to godny zazdrości los. Nawet, jeśli uda się ją odnaleźć, nie zasługuje na taką karę. Nie rozumiesz, stary kretynie? To choroba psychiczna. Ona potrzebuje opieki, prawdziwej opieki.
- Niczego nie wiesz o życiu, smarkaczu. Nie śniło ci się o rzeczach, jakie pełzają w zaułkach tego miasta…
- Miasta! – przerwał mu stróż – Klejnotu Południa. Kamień w stosie żwiru, którym ludzie widzą prawdziwą perłę. Miasta, w którym dzieci pali się na stosach, albo, z których robi się dziwki kapłanów.
- Zamknij się! – stary podniósł się z krzesła – Nie zapominaj, gdzie jesteś!

- Zgadzam się – niski, wibrujący głos, postaci, która wyłoniła się z mroku za plecami odźwiernego, uciszył obu.
Ostatni obrócił się, otwierając usta z zamiarem krzyku, gdy wściekle zimna klinga przeszyła jego krtań.
- Ciii… - czarnooki młodzieniec uciszył strażnika – Grzechy wyznane?
- T-tak… Czego chcesz?
- Kluczy, które za chwilę podniesiesz – schylił się, wycierając ostrze w kubrak leżącego na ziemi w rosnącej kałuży czerwieni.
- Jesteś demonem, prawda?
Młodzieniec uśmiechnął się szeroko, gestem ręki wskazując mu by się zbliżył.
- Odepniesz od pasa starego pęk kluczy. Odnajdziesz ten, który otwiera odrzwia komnat Pani i użyjesz go.
Stróż schylił się i wypełnił rozkaz.
Pchnięty dłonią, obrócił się do niego plecami, zaś kolejne pchnięcie, dało mu do zrozumienia, by prowadził.
- Wysłuchałem waszej rozmowy – demon odezwał się, przecinając ciszę swym nienaturalnym głosem - Przypominasz mi siebie samego, dziesiątki lat temu. Dlatego winienem cię zabić, by oszczędzić ci cierpień. Jednak daruję ci życie… Nie zrozumiałbyś miłosierdzia, którym mógłbym cię obdarować, a ja nie chcę być uznany za bezlitosnego.
- Słowa biesa nie mają znaczenia – odpowiedział strażnik, zrezygnowany – Dlaczego mam ufać, że ty jesteś inny?
- Inny? – mruknął drwiąco – Jak wielu mi podobnych poznałeś? Mój mały, śmieszny człowieczku, istnieje różnica pomiędzy rzeczywistością, a ludowymi bajkami. Wyśmiałeś mit o opętanych dziewczętach, więc zrozumiesz.
Dotarli do końca korytarza za drugą wewnętrzną bramą i wspaniałych drzwi Pani Świątyni.
Stróż drżącymi dłońmi odnalazł klucz i wsunął go do zamka drzwi.
- Zaczekaj – wstrzymał go głos czarnookiego.
Zwolnił uścisk i obrócił się twarzą do mordercy, z trudem wytrzymują spojrzenie jego bezkresnie czarnych oczu.
- Wrócisz do swojej bramy. Gdy doń dotrzesz, odczekasz tysiąc uderzeń swojego serca. Wtedy wybiegniesz i wezwiesz strażników do komnat Pani.
Demon – młodzieniec uśmiechnął się, błyskając bielą zębów.
- Uspokój się. Nie pospieszaj swojego serca. Jeśli wypełnisz mój rozkaz zbyt wcześnie, obdarzę cię miłosierdziem, o którym mówiłem.
Złapał za klucz, przekręcając go powoli.
- Idź. Jesteś już prawie wolny.

***


- Uvall – odezwał się niezwykle kobiecy głos, gdy wszedł do środka.
Na końcu długiej sali, poprzez którą biegła linia czerwonego, miękkiego dywanu, dostrzegł jego źródło.
Pani. Kobieta niesamowitej urody o nieodgadnionym wieku, licach opływających burzą złotych loków siedziała w swym fotelu – tronie, otulona blaskiem ogromnych kandelabrów.
- Jak wielu mych sług zabiłeś, by do mnie dotrzeć, mój malutki biesie?
- Przyszedłem... – odezwał się
- Wiem, po co przyszedłeś. Nie chcesz zemsty, za śmierć ojca. Nawet o niej nie wiesz.
Kapłanka uśmiechnęła się beznamiętnie.
- Nie zaginął na polowaniu – ciągnęła swe wyznanie - Luth podpalił jego wóz, zabijając wcześniej drzwi gwoździami.
- To bez znaczenia…- wycedził przez zęby
- Wiem o tym. Pozwól, coś Ci wyjaśnię. Każda dziewczynka, jaka rodzi się w tym mieście z pomocą moich akuszerek zostaje poddana działaniu wolnodziałającej trucizny. Magicznej trucizny. Wierzysz w magię, prawda? Wszystkie zachowują swoje zdrowie do dwudziestego roku życia. Później, pojawiają się pierwsze objawy. Lęk i agresja. Po pięciu kolejnych latach przychodzi śmierć.
- Thilien zostało niecałe pół roku – rzekł z bólem
- Oczywiście istnieje antidotum. Wszystko to byłoby bezcelowe, gdyby było inaczej. Podaję je każdej dziewczynie, która zostaje mi oddana na służbę. Wtedy, pozostaje mi przydatna.
- Oddasz mi je, a odejdę. Posadzki twych komnat nie spłyną więcej krwią.
- Wiesz, że to nie skończy się w ten sposób – odpowiedziała chłodno – Thilien dopełni losu morderczyni, a Ty dołączysz do swojego ojca.
Kiwnął głową ze zrozumieniem. Podniósł wzrok na kobietę i przechylił lekko głowę w badawczym geście.
- Ona jest matką, nosi me dziecko. Ja zaś dopełnię prawa ojca, wobec ciebie. Jesteś dzieciobójczynią Pani. Pozostaje Ci z tym żyć, przez całe kilkanaście sekund, które właśnie nadchodzą…
Dobył rapiera, po czym ruszył przed siebie wolnym, hipnotyzującym krokiem.
Kapłanka podniosła się, wznosząc dłonie w inkantacji. Powietrze drgało targane magicznym napięciem. Rzeczywistość ugięła się pod jej wolą, formując ostrze, które pomknęło w stronę czarnookiego, dotkliwie kalecząc jego lewe ramię.
Cienka nić krwi fantazyjnym wzorem ciągnęła się za biegnącym demonem. Dopadł celu, wściekle zanurzając ostrze swego miecza aż po gardę w jej piersi. Poczuł ciepło uciekającego życia. Dłoń kobiety zsunęła się na jego szyję, połyskując mocą jej ostatniego zaklęcia.
Ciało osunęło się na posadzkę. Biały szal, jaki nosiła otuliło je, niczym całun.
Przyklęknął na kolano. Upuścił miecz i chwycił się za ramię, tamując upływ krwii.

W jego głowie kołatały się natarczywe myśli.
Coś wciąż powtarzało mu: Mija 789 uderzenie serca…
792 uderzenie serca…
798 uderzenie serca…

Wyprostował się. Opanował falę mdłości, jaka go zalała. Wolnym krokiem wyszedł z komnat.
Skrył się za filarami przy drugiej wewnętrznej bramie. Gdy krzyk stróża obudził strażników, a oni sami wbiegli do komnatach Pani, on był już na zewnątrz.


***


Sługa stał w cieniu komnaty, z uśmiechem na ustach przyglądając się scenie, jakiej był świadkiem.
Uvall trzymał w rękach dziecko, maleńką dziewczynkę, pomimo ledwie kilku tygodni życia, już obdarzoną gęstymi, czarnymi włosami.
Uniósł ją wysoko, śmiejąc się głośno, po czym delikatnie przytulił do piersi.
Po jego policzkach spływały łzy.
- Moja dusza wystarczyła, by ocalić tylko Twoje życie, moja maleńka – szeptał cicho – Dawno zgubiłem się labiryncie swojej moralności, nie żałuję jednak wyboru. Żałuję tylko tego, że nie pozostało nam więcej czasu.
Wyciągnął przed siebie ręce, spoglądając na jej małą twarzyczkę.
- Los obiecał więcej zakrętów, zanim ten dramat zupełnie się rozwiąże. – rzekł ze smutkiem.

Oddał dziewczynkę w ręce swego sługi
- Zajmiesz się nią, Meander.
Mężczyzna pokiwał głową z przejęciem i pożegnał swojego pana.

Demon wyszedł na zewnątrz. Przed progiem domu spał ogromny, czarny pies.
- Wychodzę, by spłacić dług – rzekł
Bestia podniosła łeb i spojrzała na niego ze zrozumieniem.


Przeszyła go cisza. Odejście było niemożliwym głodem, który kusił. Pozostał jedynie słodki, ciemny spokój śmierci. Później zaś, nie było niczego.


***


Stała samotnie pośród południowego gwaru. Pamiętała go. Szukała go.
Mówią, że nie można zapamiętać pierwszych obrazów swojego życia. Mylą się.
Dostrzegła go. Przepchnęła się przez tłum i pociągła za rękaw jego płaszcza.
Obrócił się do niej i przyklęknął.
- Pan jest demonem? – zapytała niepewnie
- Witaj Thilien – odpowiedział, uśmiechając się.

***


[i]- 'Teatrum Mundi' Tym razem jednak odpowiedniejszym byłoby 'Cinema Mundi'. Posiadając przez wieki ledwie jedną taśmę, kreator, reżyser i widz w jednym, radość znajduję chyba jedynie w zabawie czasem. Losem. Graj dalej, graj dalej. To takie relaksujące... -
_________________
Раз мати родила!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme made by Aiglon von Lupus based on subSilver