Tawerna Bibliotekarzy Strona Główna
RSS Panel

Poprzedni temat «» Następny temat
Powiastki ponure
Autor Wiadomość
Yarpen 

Wysłany: 2007-07-22, 17:04   Powiastki ponure

Wstęp

Witaj Drogi Czytelniku, cieszę się, że zdecydowałeś się na przeczytanie tego zbiorku. Znajdziesz tu 5 miniatur literackich – lub jak kto woli, „pejzaży lirycznych”. Są to mikroskopijne utwory, w których starałem się ukazać możliwie plastyczne wizje pewnych sytuacji realnych i nierealnych.
Jeśli chodzi o warstwę tematyczną... mamy tu zarówno „obrazek” na temat miłości („Miłość”), jak i metafizyczną podróż do świata w klimacie noir („Kafejka zbrukanych marzeń”). Jest wędrówka do dystopijnego Miasta („Kawa), znalazło się także miejsce dla kolejnego utworu wzorowanego na amerykańskich kryminałach, tym razem wpół-rzeczywiste „Lustro”
o specyficznych właściwościach. Na sam koniec pozwoliłem sobie zaserwować trochę niejasną, alternatywną wersję historii Judasza.
Mam nadzieję, że ta chwila, którą poświęcicie na „Powiastki...” nie będzie chwilą straconą.

Dawid Gniłka

Powiastka pierwsza: Miłość

- Kocham cię... - wyszeptała pieszcząc dłońmi jego twarz.
- Kocham cię.. - jedyne co zdołał uczynić, to resztkami woli i sił pozwolić tym słowom wypłynąć z jego ust.
Spojrzał głęboko w jej duże, krągłe oczy o kolorze spokojnego oceanu. Oczy ufne niczym u dziecka. Które zawsze, ale to zawsze, kiedy się na nie spojrzy - lśnią, jakby przed chwilą ich właścicielka płakała. Ale nie płakała. W tym momencie, cieszyła się.
- Mój miły. Teraz ten świat jest nasz.. - rzuciła, schodząc z niego. Pozbawiony jej dotyku poczuł delikatne ukłucie, chociaż wciąż otuchy dodawał mu widok ukochanej sylwetki, która od 7 miesięcy napawała go niesamowitą euforią
i szczęściem.
Jednak i to zostało mu odebrane, gdyż wybranka na chwilę znikła w głębi innego pokoiku. Pragnął znowu ją widzieć, znów móc cieszyć się życiem, znowu móc oddychać powietrzem zastrzeżonym tylko dla szczęśliwie zakochanych..
- Mam coś dla ciebie, mój miły. - orzekła uroczo, przerywając tą zasłonę krótkiej tęsknoty, tak absurdalnej dla przeciętnego człowieka - lecz tak oczywistej dla miłości.
Chowała niespodziankę z plecami. Delikatnie oblizał zaschłe wargi, ślina szybko wsączyła się w mięsistą strukturę. Nie mówił nic - mrugał tylko niewinnie oczami, niczym mały łobuz, który czeka na "zasłużoną" nagrodę od mamy.
Delikatnie chwiejąc biodrami podeszła do niego. Jego rozmarzone oczy, brunatne - powiem, nie zdołały uchwycić ruchu. Leżał sparaliżowany strachem, czując na swoim czole chłód. Ten specyficzny, nieprzyjemny chłód metalu. Pistolet figlarnie odbijał świetlne refleksy próbującego się wedrzeć słońca. To był ładny, słoneczny dzień.
- Kocham cię... - wyszeptała pieszcząc jego skroń pistoletem.
Alabastrowa dłoń nacisnęła spust.

Powiastka druga: Kafejka zbrukanych marzeń

- Polej jeszcze. - powiedział Wycieruch. Wycieruch miał szary, zużyty płaszcz, podstarzały kapelusz oraz wielką chęć napicia się. Przy zerowych funduszach, niestety.
Barman zrobił to co mu nakazano, bez niepotrzebnego zrzędzenia czy przytyków. To nietypowe dla barowej obsługi. Jednak ten barman wiedział, że nie otrzyma już zapłaty. Nie otrzyma w ogóle zapłaty. Jego płomyczek istnienia wiedział tylko, że musi wypełnić szklanicę którymś, z dostępnych obecnie alkoholi, oraz coś wybełkotać na koniec.
Wycieruch zdjął kapelusz, kładąc go na stole wzbudził drobiny kurzu do szaleńczego tańca na wietrze. Jednak, o dziwo, nie rozkoszował się tak wspaniałym widokiem, skupiając się na szklance wypełnionej przezroczystym trunkiem. Nie wąchał, nie jest degustatorem czy też kimś wybrednym. Gwałtownie przewrócił szkło, wlewając płyn do gardła. Jak zwykle. Jak każdego wieczoru. Krótka chwila zatrzymania tej cząstki umysłu, mówiącej, że nic nie ma sensu. Że trwanie to głupota. To "wyłączenie" podobało mu się, co owocowało jego częstymi wizytami w "Zbrukanych Marzeniach".
Później pił jeszcze długo, oglądał mecz koszykówki i wcinał orzeszki ziemne. Grali Bostonsi z Utah. Jeszcze za czasów kiedy nie było czarnych. Mecz odbywał się coś koło '53 roku. Wiedział, że tym razem wygrała Utah. Każdy to wiedział. Powoli jego oczy nauczyły się wszystkich zagrań. To jak rutyna. Każdego wieczora widział to samo. Nigdy nie dowiedział się nawet, kto wygrał sezon, lecz to Boston był bliżej. Padał deszcz. Zawsze padał. Są ponoć tacy, którzy znają rozkład kropli uderzających o powierzchnię betonowego wszechświata.
Odrętwienie. Trwanie. Czas.
- Trwamy. - skwitował to wszystko Wycieruch. I trwał.

Powiastka trzecia: Lustro

- Ktoś tu zginął.
- Bez wątpienia. Ale kto?
- Nie wiem Billups. Nie mam pojęcia.


Salon fryzjerski jak każdy. No.. no prawie, ten jest opuszczony. Ale już dawno. Nawet nie pamiętam kiedy był czynny. Nieważne. Kamieniczka jak każda - szara, z wystawą na której pewnie było napisane czerwonymi literami "U F--I--#". Kto to był? Nie wiem, i raczej się nie dowiem. To jedna z tych tajemnic, która z pewnością będzie zaprzątała twój umysł przez połowę twego życia. Wystawa rozbita. Proste.

Chłopaki mnie wezwali, i powiedzieli, że jest tu coś dziwnego. Znowu jakiś pijaczyna udławił się ognistym ścierwem od Vinniego. Co ja gadam. Sam je kiedyś piłem, i wiem jak trawi. Ale cóż, wypić coś trzeba. No nic, jak prosili, to pomyślałem, że wpadnę. Zrobię parę fotografi, złożę je do wywołania, wrócę do domu. Wtedy odpalę cygaro, skończę czytać książkę, łyknę czegoś dobrego. Tak, nie muszę pić księżycówki.

Musiałem się delikatnie posiłować z drzwiami. Te, nawet kiedyś raczej nie były cudowne. Obecnie obdarte i usmarane brudem uliczek nie nadawały się nawet na klapę dla szczwalni. Kto powiedział, że konserwatorzy będą się zajmować jakimś zapomnianym zakładem fryzjerskim. W końcu odało mi się je otworzyć. Promień śmiercionośnego dla mroku słońca rozerwał szatę cienia, ukazując co poniektóre kontury przedmiotów i umeblowania jakie można było tam znaleźć. Ostał się tylko jeden fotel fryzjerski, w kącie stoją dumnie dwie podstarzałe szafy. Kafelki są po części urwane. Zrobiłem krok. Znaczy się, chciałem go zrobić - wyszło mi średnio. Natrafiłem na butelkę, zapewnę po wodzie ognistej-siarczystej, i wykonałem imponujący przewrót, który wstrząsnął światem. Na razie samym budynkiem. Straciłem na chwilę przytomność.

Parę sekund później zostałem zwrócony miastu, które mnie potrzebuje. Kawałki szkła z wystawy rozerwała mi ubranie na plecach. Boli troszkę - to jednak było bodźcem, który pobudził mnie do czynu. Antyczni herosi wykonywali wiele niepotrzebnych misji, w których nadstawiali karku, żywota swego i rodziny. Ja wstałem, otrzepałem się z kurzu i wymacałem w mroku latarkę - już po tym byłem zadowolony z siebie.

Snop światła z latarki pozwolił mi odkryć takie detale jak rozkład butelek na podłodze, oraz najważniejszy element wnętrza - fotel fryzjerski. Inteligentnie poświeciłem centralnie w lustro. Moje oczy natychmiast ukarały mózg za niekompetencję, i potem już starałem się świecić możliwie "obok". Jednak lustro i fotel były czymś... ciekawym.

Fotel był oczywiście pusty. Raczej nikt nie zasnął i nie poczekał na mnie. Przynajmniej tutaj. Zwróciłem uwagę na lustro - od razu ujrzałem pęk pęknięć o epicentrum dokładnie na środku lustro. Podszedłem bliżej. Zajrzałem w lustro. W lustrze zobaczyłem siebie. O dziwo. Normalne, prawda? Problem w tym, że miałem czoło dokładnie w miejscu, w którym pocisk uderzył w lustro. I po drugiej stronie pocisk ten wbił się centralnie w moją czaszkę, zdobiąc lico krwią. Myślałem, że to jakaś iluzja - jednak zmieniałem pozycję głowy. A obraz został taki sam.

Wiecie, nie myślałem o tym co to ma być. Czemu ma to służyć. Kto sobie zadał tyle trudu. Czy to po prostu jakiś dowcip, czy też anomalia fizyczno-wizualna. Nie myślę o tym. Po prostu zacząłem rozpakowywać aparat. Po godzinie już miałem wszystko gotowe do wywołania. Dokumentacja to podstawa. Nie chciałem być uznany, za miłośnika tanich alkoholi i szaleńca niezdolnego do pracy. Ponury salon zostawiłem za sobą.

Powiastka czwarta: Kawa

Wyjrzał przez przymglone okno. Musiał ubrudzić dłoń lepkim kurzem by choć przez chwilę móc podziwiać miasto. "Miasto - splot ludzkich żywotów i istnień", jak to mówiła jedna z tych tandetnych książek, kupowanych od domorosłych filozofów. Które kupował i czytał by się dowartościować, pokazać sobie, że ma serce i duszę.

Jego wzrok nie zdołał ujrzeć szczytów metropolii, które sięgały daleko poza chmury.. wielkie, początkowo tylko bloki - fundamenty w których mieszkają ludzie tacy jak on, są tylko podporą dla tych lepszych, bogatszych, inteligentniejszych i wydajniejszych. Patrząc w niebo czuł coś pomiędzy nienawiścią a miłością. Ten dziwny typ uczucia, kiedy mówimy o czymś czego tak nienawidzimy, a mimo wszystko tego pragniemy. Słońce, którego chcemy dotknąć - mimo, że jest coraz goręcej i coraz mocniej parzy.

Spojrzał też na dół. Otchłań. Spód był legowiskiem brudu, syfu i tych nieudaczników, którzy nie potrafili zarobić ani punktu. Ścierwo. Niegodne życia karaluchy, do których nie czuł nawet nienawiści. Pogarda. Wiedział o tym, czym są - i to dużo. W końcu to on służy w Firmie od lokalizowania ich, namierzania i dawania sygnału dla odpowiednich Korporacji. Wtedy, z tego co się dowiedział, brano te zwierzęta do ośrodków badawczych, testując na nich substancje i mechanizmy mogące pomóc Nam - podkreślał zawsze dobitnie.

Kiedy patrzył na Spód, odczuwał zawsze lęk. Przed czym? Sam nie wiedział. Jego życie było stabilne niczym fundament Miasta, więc raczej niewielka była szansa na to, by nagle musiał tam skończyć. Jakiś atak też raczej nie wchodzi w rachubę - miasto jest znakomicie chronione, nad naszym bezpieczeństwem czuwa bariera. Znał nawet jedną dziewczynę, która tam pracowała. Mówiła, że przypadki nielegalnego przekroczenia bariery się nie zdarzały. Po prostu. Mimo to, za każdym razem budziła się w jego głowie iskra wątpliwości, zabijana od razu przez okrzyk Pracowniczej Syreny, nakazującej zwiększyć Tempo.

Jego spokojny, zmęczony wzrok dał już spokój Miastu, i przeszedł na komórkę mieszkalną. Niewielka, zawalona pseudo-modnymi meblami, które odzyskiwał po niższych cenach z transportów ze Spodu. Stary komputer, który kupił od jakiegoś przyżulałego dziada, który potrzebował paru punktów na Narkotyk. Pusta ramka, w którą nie miał co włożyć. Popękane już trochę ściany.

Próbował ogrzać ręce syntetyczną Kawą z podajnika, która kosztowała go kilka punktów. Jak zwykle, próbował sobie wmawiać, że tak w rzeczywistości smakuje kawa. Jednak nie potrafił zapomnieć prawdziwego smaku.

Powiastka piąta: Łzy Judasza

Astepia była niewielkim miasteczkiem, które utrzymywało się dzięki wypasaniu bydła oraz handlowi z sąsiadami. Nie była na tyle biedna, ażeby odstraszała innych ludzi - i nie była bogata, by uznawać ją za stolicę luksusu. Rzędy lepianek na zewnątrz i skromne, acz gustowne i foremne budynki, należące zapewne do kupców, setników, kapłanów i co bogatszych rzemieślników. Zwykłe miasteczko.

Niewielki, zarośnięty już mocno człowiek zbliżał się do jej bram. Wraz z nim, stąpał niewielki osiołek, na którym zawieszone były dzbany, z których jednak nie wydobywało się żadne chlupnięcie. Człowieczek był brudny, spalony słońcem. Popękane wargi świadczyły o tym, że od dawna nie pił wody. Jednak najwięcej mówiły o nim oczy. Oczy, z których można wyczytać coś pomiędzy rezygnacją, gniewem i szaleństwem. Oczy człowieka, który nienawidzi siebie
i całego świata.

Kolejne uliczki świeciły pustkami. Czasem jego oczy dokładnie obserwowały ludzi-cienie, przemykające w mgnieniu oka. Nieczuli? Nie zauważają mnie już. Nie widzą kogoś, kto do innego świata nie należy.

Szare twarze nieznajomych, obce miasto i... ja - pomyślał Judasz.

- Chcesz się napić? - przerwała nagle ten widmowy spacer jakaś istota. Mała, także przybrudzona dziewczyna z zbyt dużym jak na nią dzbankiem.
- Nie zasługuję. - odrzekł
- Każdy zasługuje na odrobinę wody, jadła oraz życie. Tak mówiła mi mama. Niech pan trzyma, tylko niech pan nie wypije cał...

Dziewczynka przerwała, widząc wlewającego w siebie wodę człowieka. Na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Po chwili jednak, widząc twarz pijącego, rozchmurzyła się trochę i oświadczyła:
- Będę musiała iść jeszcze raz..
- Daj ten dzbanek, pomogę ci dziecko. - powiedział nieznajomy.

Po dłuższym spacerze odnaleźli niewielkie źródełko wody, z którego Judasz nabrał dzbanek, i zaofiarował swą pomoc w postaci doniesienia go do domu. Istotka, widząc jego radość, nie mogła mu odmówić. Po tym, wdzięczna, samotna matka najpierw dała mu jeść, i pozwoliła na to, by został na jakiś czas.

* * *

- Minęło siedem lat, od kiedy tu żyjesz.
- Tak panie.
- Jesteś szczęśliwy?
- Tak panie.
- Znalazłeś ukojenie?
- Tak panie.
- Jednak wiesz, że to już koniec naszej umowy?
- Tak panie.
- Wiesz co to oznacza?
Judasz nie mógł już nawet mechanicznie odpowiedzieć. Zagryzając zęby skinął głową.
- To twój ostatni dzień. Wykorzystaj go godnie.
Słowa te zabrzmiały z siłą odlanego z brązu dzwonu.
- Tak p.. panie.-

* * *

Ten pagórek za miastem nie miał nazwy. Ot, pagórek. Łysa górka, na której nie chciały bytować żadne rośliny. Judasz klęczał. Myślał o swoim życiu, o tym co było i o tym co jest. Dla niego już nie ma "będzie". Podniósł oczy ku górze
i mówił do nieba.
- Panie, żałuję tego, com uczynił. Żałuję nie tylko syna twego, którego wydałem. Żałuję jednak Rebekki oraz Dalimates, żony mej i córki, w których życiu się lat temu 7 pojawiłem - a teraz odejść muszę. Boże, daj im jeszcze choć odrobinę szczęścia, na jaką zasługiwały. Daję ci łzę moją i cierpienie człowieka grzechu. Czekam panie.

Wtedy w oku Judasza pojawiła się łza. Ta, przez chwilę kręcąc się, spłynęła na nos znieruchomiałego grzesznika. Przez chwilę zawisła nad otchłanią świata,
i spadła, naznaczając ziemię znamieniem żalu.

I nie stało się nic.
 
 
Hutnuk 


Wysłany: 2007-07-24, 08:56   

Yarpen napisał/a:
- Mam coś dla ciebie, mój miły. - orzekła uroczo

Hmmm orzekła imo jest zarezerwowane raczej dla wypowiedzi oznaczających wyrażenie opinii, oceny... A ona go w sumie tu informuje. Poza tym jakoś orzekła gryzie mi się z uroczo. Dałbym może raczej coś w rodzaju wyszeptała namiętnie...
Yarpen napisał/a:
brunatne - powiem

Nie rozumiem za bardzo tej figury stylistycznej...
Yarpen napisał/a:
Nie wąchał, nie jest degustatorem

Trochę wyszły pomieszane czasy bo w sumie całość jest w czasie przeszłym, a tu nagle teraźniejszy...

Na razie dwa pierwsze tylko przeczytałem - nie mam czasu teraz za bardzo ale przeczytam resztę bo mi się dosyć podobają... Poza tym takie miniatury się łatwo i bezboleśnie przyswaja :)
_________________
plfoto | last.fm | snooker
 
 
Yarpen 

Wysłany: 2007-07-24, 09:23   

...powiem, nie zdołały uchwycić ruchu.. nawiązuję do dalszej części :]

Cytat:
Nie wąchał, nie jest degustatorem

To drugie to hm.. to coś jak present simple w angielskim. :] Nie jest degustatorem: czyli nigdy nie był i nie jest. "Nie był degustatorem" mogłoby oznaczać, że nagle się stał :-> Przynajmniej mi się tak wydaje...

Cytat:
ale przeczytam resztę bo mi się dosyć podobają

Jak już coś ode mnie się podoba Hutowi, no to k*rwa klasa :]
_________________
"Love is for girls and gays."
 
 
Hutnuk 


Wysłany: 2007-07-24, 09:56   

Yarpen napisał/a:
Te, nawet kiedyś raczej nie były cudowne. Obecnie obdarte i usmarane brudem uliczek nie nadawały się nawet na klapę dla szczwalni

Uhhhh... Ke?
Yarpen napisał/a:
Kawałki szkła z wystawy rozerwała mi ubranie

Literówka :)
Yarpen napisał/a:
Promień śmiercionośnego dla mroku słońca rozerwał szatę cienia

He he to jest niezłe chociaż raczej do "epickiej" beletrystyki :)
Yarpen napisał/a:
Kafelki są po części urwane. Zrobiłem krok
Yarpen napisał/a:
Boli troszkę - to jednak było bodźcem

Czepiam się trochę tych czasów ale na prawdę troszkę jest to taki dysonans. Bardziej by było gładkie: Kafelki były częściowo urwane. Bolało troszkę.
Yarpen napisał/a:
od razu ujrzałem pęk pęknięć o epicentrum dokładnie na środku lustro

Kali widzieć pęknięcie na lustro ;)
Yarpen napisał/a:
coś ode mnie się podoba Hutowi

Podoba. Te rzeczy, które wymieniam to są raczej warsztatowe detale.
_________________
plfoto | last.fm | snooker
 
 
Yarpen 

Wysłany: 2007-07-24, 10:21   

Hm... wersja surowa tzn. very nie-fixed. :) Postaram się możliwie szybko poprawić, tylko najpierw muszę sie zająć CDP i artykułem na Poltergeista :P
_________________
"Love is for girls and gays."
 
 
Gaz_Shenryu 

Wysłany: 2007-09-11, 17:42   

Niezłe, Yarp. Teksty mają swój styl, a odmienność jest czymś szczególnie w sieci poszukiwanym (inna sprawa, czy nie za bardzo). Czasem jednak te opowiadania powinny być 'szybsze', czasem zaś do przesady wolne,z lekceważeniem traktujące opisy; ale to b.subiektywny minus. Dalej, za to, co innego: napisz coś długiego, zachowując ten styl. To będzie ciekawe.
Pzdr.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme made by Aiglon von Lupus based on subSilver