Tawerna Bibliotekarzy Strona Główna
RSS Panel

Poprzedni temat «» Następny temat
"Klątwa Życia"
Autor Wiadomość
Iras 


Wysłany: 2005-03-09, 14:53   "Klątwa Życia"

Wklejam tu moje opowiadanko - częśc wielokropków została wyedytowana i dodałam "trochę" akapitów. Kontynuacji na razie nie ma - bo nad nią pracuję. Ale już wkrótce powinna być.9to "wkrótce - to raczej czas nieokreślony)
A więc (wiem nie zaczyna się tak zdania) - miłego czytania


Obudziła się w ciemnej grocie, czuła przenikliwy ból w każdej części ciała, wiedziała jednak że nie może ponownie stracić świadomości... jeszcze nie... Spróbowala wstać, jednak ból w w boku ugodził ją jak ognisty sztylet, opadła z powrotem. Nie wiedziała jak długo już tu leżała, kiedy dotarła do groty akurat zaczynało świtać.. Ponowna próba podniesienia się zakończyła się jeszcze gorszym bólem, czuła że zapada w ciemność, nie mogła na to pozwolić, oznaczałoby to dla niej śmierć.
Leżała... wzrok powoli przyzwyczaił się do panującego mroku. Grota nie była zbyt duża, gdyby udało jej się wstać musiałaby zapewne iść pochylona. Bała się... nie była w stanie się podnieść, nie mogła tu zostać, pościg wkrótce ją odnajdzie, a nawet jeśli nie to panujący chłód i wilgoć nie pozwoliłyby jej długo przetrwać. Nie chciała ponownie umierać... nienawidziła tego... Śmierć... zastanawiała się jak to by było umrzeć... umrzeć na zawsze... wiedziała jednak że ona nie może tego doświadczyć... zawsze u niej było najpierw ukojenie. Ból umierania mijał, potem jednak zaczynał się koszmar... świadomość pozostawała... podobnie wzrok i słuch... najgorsza jednakże była niemoc... Pamiętała pierwszy raz jakby to było wczoraj... wiedziała że nigdy tego nie zapomni. Mieszkała w niewielkiej osadzie , w której żyli podobni do niej - nieśmiertelna rasa, która jednak umierała, byli zarówno starzy jak i młodzi. Zastanawiała się jak to było starzeć się... to uczucie również jej odebrano... Pamiętała opowieści które słyszała jako dziecko - opowieści o jej rasie, zawsze słuchała ich nie wiedząc że jest jedną z nich... Zazdrościła tym którzy zdążyli osiągnąć wiek w którym tracili możliwość wiecznego życia... kolejna rzecz którą jej odebrano - nigdy nie będzie dane osiągnąć jej tego wieku, straciła tą możliwość wraz ze swoją pierwszą śmiercią... Zamknęła oczy... ujarzała znów to co się wydarzyło tamtego dnia... Płomienie pożerające domy... krzyki mordowanych... Przybyli w biały dzień - mordercy, nauczeni zabijać przedstawicieli jej rasy... najpierw zabijali dzieci i starców, wiedząc że pierwsze były zbyt młode by się Przebudzić, drudzy zbyt starzy na to... matki, synowie, córki... z początku próbowali walczyć... lecz widząc jak giną inni bez możliwości powrotu tracili swoją Wolę Życia - i stawali się kolejnymi ofiarami. Ją również miał spotkać ten los, nie miała "prawa" się Przebudzić, nie powinna - była za młoda, miała dopiero dziewiętnaście lat, żaden z nich, który zginął nie ukończywszy dwudziestusześciu lat nie Przbudził się... jeszcze nigdy w historii rasy się to nie wydarzyło. Jednak ona przeżyła... Pamietała jak stała na środku osady patrząc jak mordują jej pobratymców, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, pamiętała czyjś głos jak krzyknął "uważaj!", słyszała za sobą tętent kopyt... popełniła błąd.. zamiast uskoczyć odwróciła się...
Zobaczyła Go, tego który ją zabił, który odebrał jej życie... odebrał przywilej śmierci...spojrzała mu w oczy... wydawało jej sie wtedy że trwa to całe wieki, mimo że trwało to ułamki sekund... Miecz rozpłatał jej głowę... zginęła po raz pierwszy... ostatnim uczuciem jakie wtedy odczuła była zimna nienawiść... Jednak tamta śmierć była niczym w porównaniu do Przebudzenia... Obudził ją wtedy ból... tak straszliwy że zwykły śmiertelnik zginąlby czując chociażby jego cząstkę... Ból nie do opisania...Ból zmuszający ją do Powrotu....
Ból był coraz gorszy , nie do wytrzymania. Chciała by się skończył... by wszystko się skończyło. Jak przez mgłę pmiętała cios, świadomość mówiła jej że to powinno ją zabić... nie wiedziała jeszcze że nie może umrzeć. Umrzeć i nigdy się nie obudzić. Chciała otworzyc oczy. Nie mogła. Próbowała się poruszyć - bezskutecznie. Dopiero po długim czasie męczarni spostrzegła coś co ją przeraziło, nie czuła nóg, nie czuła zadnej części ciała, jedyne co czuła to był ból.Spostrzgła jeszcze coś - nie oddychała... Jakiś instynkt podpowiedział jej , że by ból ustał - musi oddychać. Długie godziny spędziła na próbach zmuszenia się do oddechu... świadomość ,że powinna być martwa napawała ją coraz większym przerażeniem. W końcu udało się... pierwszy oddech, instynkt nie podpowiedział jej wszystkiego... oddech ten nie sprawił ,że ból ustał... wręcz przeciwnie - Ból rozpromienił się przez całe jej ciało, z taką mocą , że teraz żałowała iż się do tego zmusiła. Nie była jednak w stanie zatrzymać pierwszego oddechu. Wkroczyła już w Nowe Życie, życie które miało jeszcze przynieść wiele cierpienia... Mijały dni... a może to były tylko godziny? lub nawet minuty? Nie wiedziała - Ból promieniował, nie pozwalając jasno myśleć. W końcu powoli - bardzo powoli, zaczął mijać,racało czucie do ciała, spróbowała się poruszyć, nie udało jej się, ale czuła już że napina mięśnie. Poczuła coś... mdły, słodkawy odór gnicia i odór spalenizny. Po długim wysiłku udało jej się otworzyć oczy.... Czuła wzbierające przerażenie i rozpacz. Widziała dymiące zgliszcza osady która jeszcze nie dawno była dla niej domem, wszędzie leżały rozkładające się ciała... Ciała nie tylko ludzi, ale także wilków... Nie mogła dojść do tego skąd się wzięły te wilki, nie było ich w czasie rzezi... Patrzyła na to w niemym przerażeniu, gdy spostrzegła ,że ból stał się już ledwie wyczuwalny. Chciała wstać, jednak nie udało jej się, nie wiedziała czemu. Wiele razy podejmowała próby podniesienia się , za każdym razem kończyły się fiaskiem. Zaczęło ją to irytować... Kiedy spojrzała na swoje nogi, ogarnęło ją przerażenie nie dające się opisać... Nie była juz czlowiekiem....
ęWiedziała już jak wstać, mimo to nadal miała trochę kłopotów z tym. Udało jej sie w końcu. Była zdezorientowana, nic nie miało sensu, wszyscy zginęli , tylko ona nie, chociaż powinna być tak samo martwa jak inni... Na dodatek to co się z nią stało - ta przemiana... Krążyła po ruinach osady, wciąż miała nadzieję, że nie tylko ona przeżyła, że przeżył ktoś kto mógłby jej wytłumaczyć co się z nia stało... miała jednak świadomość ,że te poszukiwania były bezcelowe. Swąd spalenizny i odór rozkładających się ciał drażnił jej nos. Zapach krwi również był nadal bardzo silny, w pewnym momencie zatrzymała się... Było to miejsce w którym ona zginęła, miomo iż najwyraźniej minęło już kilka dni od rzezi, w tym miejscu nadal była wyczuwalna krew... Jej krew. Wszystko wydawało się obce, nie tylko dlatego ,że miejsce w którym spędziła całe życie już praktycznie nie istniało... ale też dlatego że nie była przyzwyczajona do patrzenia na wszystko z dołu...
Czuła się samotna, zagubiona w świecie który był teraz jeszcze większy niż przedtem. Usłyszała jakieś głosy... głosy kilku mężczyzn, nie były przyjemne, czuła że są oni jednymi z tych którzy byli tu podczas najazdu. Szybko musiała znaleźć jakieś miejsce gdzie mogłaby się schować. Mimo że czuła w sobie dziwną siłę i pewność siebie, miała świadomość ,że w walce nie miałaby szans... nie była przyzwyczajona do obecnej postaci... nawet jeszcze miała kłopoty z chodzeniem... Rozglądał się nerwowo, ludzie się zbliżali. Nie mogła ukryć się w zgliszczach, istniało z a duże ryzyko że jeszcze w nich żar pozostał, nie chciała żeby sierść się jej zapaliła... Wpadała w panikę.. potykając się podbiegła do najbliższych zarośli, miała nadzieję że nikt nie wpadnie na pomysł żeby je przeszukać... . Nie zauważyła jednej rzeczy... pozostawiła ślady na rozmiękłej od krwi ziemi...

Schowała się w zaroślach, i czekała, głosy się zbliżały. Zdawało się jej że to czekanie nie ma końca, jeśli ich słyszała to musieli być blisko, a może pomyliła się i to nie byli ci za których ich wzięła? Dojechali jednak... wtedy dopiero dotarło do niej że teraz ma nieporównywalnie lepszy słuch...Przywarła do ziemi, nie chciała by ją zobaczyli, bała się... Było ich trzech, jeden z nich wydawał jej sie znajomy, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie go widziała... Drugiego , poznał od razu... to był ten który pozbawił ją wszystkiego... Czuła jak wzbiera w niej wściekłość.. Z trudem zdusiła ją w sobie... nie mogła pozwolić na to by puściły jej nerwy... Czekała... widziała jak jeden z ludzi zaczyna ciągnąć ciała w stronę wykopanego dołu, którego wcześniej nie zauważyła. Masowy grób... Dwaj pozostali rozmawiali o czymś cicho, po chwili jeden z nich odszedł kawałek, zaraz jednak wrócił. Zawołali tego co ciągnął ciała do dołu, tłumaczyli mu coś żywo gestykulując, stali dokładnie w miejscu w którym ona zginęla...Usłyszała cos za sobą... nie była pewna co ale nie miała zamiaru się najpierw odwracać by się przkonać co to... ostatnim razem nie przyniosło to nic dobrego. Zamiast się odwrócić skoczyła w bok, wiedziała że razem z tym traci kryjówkę, ale sądziła że już ją i tak straciła... miała rację, w chwli gdy skoczył tuż obok niej przemknęła strzała... Musieli od początku wiedzieć że tu jest... Rzuciła się do ucieczki... za sobą usłyszała jeszcze jak któryś z mężczyzn woła "Zabić tego wilka!" Przez chwile biegła nie słysząc za sobą pościgu... nie łudziła się jednak że zaniechają "polowania"...Doganiali ją , była zmęczona, zorientowała się dopiero po jakimś czasie że się nie potyka... przedtem w biegu kierował nią jakiś instynkt.. teraz gdy to sobie uświadomiła , zaczęła mieć kłopoty... Nie potrafiła skoordynować swojego ruchu, potykała się, chwilami nawet przewracała... Jeden z tych upadków uratował ją, w chwili gdy padła, tuz nad nią przeleciała strzała... Szczęście bywa jednak zawodne... następnej już nie uniknęła... Upadła ze skowytem, strzała która utkwiła jej przy łopatce złamała się, potęgując ból... Starała sobie przypomnieć jaki ból czuła jeszcze niedawno.. gdy leżała w ruinach osady, to wspomnienie sprawiło że udało jej się pokonać ból powodowany przez ranę od strzały... Poderwała się i na nowo zaczęła uciekać. Juz niemal jej sie udało zgubić prześladowców, gdy zobaczyła coś przed sobą, w ostatniej chwili zdołała się zatrzymać... znalazła się w ślepym zaułku... za nią byli ścigający... a przed nią skarpa, ponad dziesięć metrów w dół. Odwróciła sie, prześladowcy zatrzymali się, wyraźnie im się nie śpieszyło... Jeden naciągnął cięciwę łuku... Patrząc na nich sprężyła się do skoku... znów czuła wściekłość, tym razem nie zamierzała jej tłumić. Nie zamierzała ginąć bez walki...

W chwili gdy łucznik wypuścił strzałę ona również zaatakowała. Warcząc wściekle rzuciła się w stronę jeźdźców, Strzała minęła ją, a łucznik nie zdążył założyć następnej gdyż jego koń stanął dęba, o włos unikając wilczych kłów. Konie wpadły w panikę... Czarna wilczyca miotała się przed nimi ujadając wściekle i co chwila skacząc im do gardeł... Mężczyźni próbowali bezskutecznie opanować konie... Koń łucznika po jednym z tych ataków przysiadł aż na zadzie zrzucając go, pozbawiony jeżdźca rzucił się do ucieczki... Nie zamierzała go ścigać. Zaatakowała drugiego, tego który wydawał jej się znajomy... Po chwili wiedziała już kim był - na kilka dni przed rzezią zawitał do osady udając kupca , domyśliała się, że przybył na zwiad. Skoczyła tak ,że znalazła się z boku konia, chwyciła człowieka za nogę i szarpnęła by ściągnąć go z siodła. Koń stracił równowagę i przewalił się na człowieka, przygniatając go. Po czym poderwał się i tak jak poprzedni zaczął uciekać... ciągnąc za sobą człowieka , którego noga zaplątała się w strzemię... Poczuła ból w boku - łucznik skorzystał z okazji i zdążył do niej strzelić, gdy była zajęta zdrajcą... Była to ostatnia strzała jaką wystrzelił w swoim życiu - które chwilę potem się zakończyło. Stała przez chwilę trzymając martwego już łucznika za gardło. Nagle minął ją koń trzeciego z mężczyzn - koń jej mordercy. Zobaczyła, że koń jest bez jeźdźca.. Próbowała dojść do tego gdzie się podział, jednak zaćmiony przez wściekłośc umysł pracował wolno... za wolno...Coś z wielką siłą uderzyło ją w grzbiet... zaskowyczala, potem poczuła szarpnięcie... Spróbowała się odwinąć żeby zaatakować człowieka, upadła... Podniosła się na przednie łapy, lecz tylnie odmawiały jej posłuszeństwa...Na miejsce wściekłości pojawiło się przerażenie. Była bezbronna, nie mogła uciekać, nie mogła też walczyć. Mężczyzna stal i przyglądał się jej z nieskrywaną makabryczną satysfakcją, jakby napawał sie jej cierpieniem. Zakrztusiła się krwią... kiedy upadał , strzała tkwiąca jej między żebrami musiała przbić płuco. Ostatnim wysiłkiem spróbowała się poderwać. Upadła charcząc.. dławiąc się własną krwią, chwilę później znieruchomiała. Podszedł. Widziała go dokładnie, słyszała jego kroki, nie mogła się jednak ruszyć...Czuła jak wyszarpuje z niej strzałę, nie czuła jednak bólu. Potem czuła jak przeciąga ją na krawędź skarpy, wiedziała co zrobi... nie bała się jednak. Zrzucił ją, kiedy uderzyła o ziemię, wiedziała że jest cała połamana... Nie przejęła się tym.. Leżała. Leżała czekając na ciemność... a potem na ból który ponownie miał ją obudzić....

Chłopak mogący mieć nie więcej jak siedemnaście lat, sprawiał wrażenie przygnębionego i zdenerwowanego... wciąż chodził po chacie, raz siadał, potem znowu wstawał. Chwilami gdy siedział drżał i wyglądał na otępionego... Przyglądał się temu starzec w wieku nie dającym się dokładnie określić, mógł mieć siedemdziesiąt lat... ale równie dobrze i ponad sto. Kiedy chłopak usiadł po raz olejny starzec się odwzał:
- To nie twoja wina Nathaniel, nie mogłeś nic zrobić, ... wiadomośc dotarła zbyt póxno.
Chłopak obruszył się, drżał, długie jasne włosy opadały mu na twarz, w niebieskich oczach można było dostrzec łzy...
- Przestań mnie pocieszać! Mówisz że nic juz nie dało się zrobić? Mylisz się ! Mogłem bardziej popędzić konia, wcześniej wyruszyć, albo... albo...
- Albo co? nawet gdybyś dotarł tam wcześniej i tak byś niczego nie zmienił... Mógłbyś co najwyżej sam zginąć. Uspokój się wreszcie! Stało się! Czasu nie cofniesz chociażbyś nie wiadomo jak chciał...
Chłopak nazwany przez starca Nathanielem zamyślił się... jakby rzeczywiście zastanawiał się nad cofnięciem czasu. Nie mógł sobie darować tego że zawiódł. Starzec, który był dla niego jak dziadek, wysłał go by ostrzegł mieszkańców pobliskiej osady przed najazdem. Gdy go wysyłał podkreślił jeszcze że musi dotrzeć tam w określonym czasie i że musi koniecznie uratować pewną dziewczynę, nie powiedział czemu akurat ją ... Nathaniel spóźnił się jednak. Kiedy tam przybył, rzeź dobiegała końca... Przybył w chwili gdy ta którą miał uratować zginęła, co więcej - był pewien że gdyby krzyknął jej coś mądrzejszego zamiast "uważaj" może by zdążyła uchylić się przed ciosem... Teraz było za późno na rozmyślania, ona nie żyła... tak jak wszyscy inni z tej osady.
Spojrzał na starca, ten jak zwykle robił coś z ziołami, które Nathaniel pomagał mu zazwyczaj zbierać. Chłopaka denerwowało to milczenie, wolałby się wygadać, wyrzucić z siebie te wyrzuty sumienia, które go dręczyły. Starzec jednak zdawał się nie akceptować tego ,że Nathaniel uważał że zawiódł... Nie wiedział od czego zacząć, próbował wyrzucić to z siebie już od czterech dni, odkąd to się stało..W ciągu tych dni starzec często wychodził, zabierając go z sobą. Udawał że zbiera zioła, jednak dla Nathaniela było jasne że istnieje jeszcze inny powód, zbyt dobrze go znał, starzec nigdy nie wychodził dopóki coś nie było mu koniecznie potrzebne, a zapasy które były starczyłyby nawet na kilka miesięcy. Właśnie miał mu zadać pytanie, gdy starzec oderwał się od swojego zajęcia i stwierdził, że coś mu się skończyło... No tak, kolejna wyprawa do lasu, chłopak doskonale wiedział że to tylko wymówka, że tak naprawdę starzec miał wszystko co było mu potrzebne...
Szli przez las, znowu. Nathaniel zastanawiał się ile jeszcze takich wypraw będzie i co one maja na celu. Starzec nauczył go dość dużo o zielarstwie i to było kolejną przyczyna dlaczego Nathaniel podejrzewał ,że te wyprawy mają jakiś inny cel - starzec mijał nawet wyjątkowo dorodne i rzeadkie okazy ziół, nawet takie jakich (o dziwo) nie miał w zapasach... Chodzenie zdawało się nie mieć żadnego celu. Jednak to było złudzenie bo starzec nie robił NICZEGO bezcelowo...
Po dwóch godzinach wędrówki zobaczyli jakiś ciemny kształ leżący na ziemi... Starzec wyraźnie się ozywil, podeszli. To był wilk.
Zbliżyli się do niego, szara sierść była poplamiona krwią, z ciała wystawała strzała. Starzec przyklęknąl przy martwym zwierzęciu, mruczał coś pod nosem , Nathaniel nie był w stanie dokładnie usłyszeć słów, zdołał wyłapać jedynie kilka siarczystych przekleństw pod adresem tego który zabił wilka. Starzec klęcząc przy nieżywym zwierzęciu, coś robił, Nathaniel nie patrzył co, był pogrążony w swoich rozmyslaniach, nie mógł tylko zrozumiec czemu starzec tak się rozczulał nad martwym wilkiem...
Znaleźli jeszcze dwa inne, starzec równiez się nimi zainteresował, Te dwa jeszcze żyły, albo lepiej powiedziane były jeszcze w agonii, ciało jednego było wręcz najeżone strzałamy, Nathaniel sądził że ktoś kto to zrobił był okrutny, gdy jednak zobaczył drugiego żołądek mu nie wytrzymał i zwymiotował... Drugi miał rozcięty brzuch i wnętrzności na wierzchu... Oba zakończyły życie zaraz po tym jak je znaleźli. Wracali już, po każdym z tych wilków starzec był bardziej przygnębiony, z początku Nathaniel nie bardzo rozumiał czemu przejmuje sie wilkami, skoro parę dni wcześniej cała osada ludzi została wymordowana, lecz teraz wydawało mu się że rozumie...
Wracali okręzną drogą, wtedy znaleźli czwartego.
Nie było wątpliwości że ten jest martwy... trzy poprzednie na pierwszy rzut oka mogły zyć, tem jednak z pewnością nie...
Leżał w kałuży krwi, przy łopatce tkwił mu kawałek strzały, a nienaturalnie powykręcane ciało wskazywało na to że był połamany. Dziwne zielone ślepia wilka były otwarte ,zasnute całunem śmierci. Nathaniel spojrzał na skarpę z której wilk najwyraźniej musiał spaść, na skałach były jeszcze rdzawe smugi, domyślał się że został przez kogoś zrzucony , to było wręcz nielogiczne by sam spadł, albo zeskoczył.
Tak jak przy poprzednich starzec przyklęknął i zaczął coś robić, teraz chłopak się temu przyglądał.
Starzec wyciągnął resztki strzały, a Nathanielowi zrobiło się niedobrze gdy usłyszał nieprzyjemny odgłos rozrywanego mięsa, na dodatek okazało się że w ciele tkwiło więcej niż połowa strzały. Dotknął krwi która utworzyła kałużę wokół ciała, potem tej która wolno sączyła się z rany, wciąż coś mruczał, jednak chłopak niedosłyszał co dokładnie, domyślił się że klął na tych co to zrobili... Starzec przesunął dłonią po czarnej jak smoła sierści wilka, potem zgiął mu łapy... Przekręcił wilka tak by ten leżał w na boku, zajrzał mu w oczy. Mruknął coś głośniej, tak że Nathaniel to usłyszał:
- No mała... mam nadzieję że jeszcze im kidyś pokażesz... - Dodał jeszcze na głos, zwracając się do chłopaka - Pamietasz tą małą jaskinię niedaleko stąd? Pomóz mi ją tam zanieść... - Powiedziawszy to , zaczął ostrożnie podnosić wilka, tak jakby ten nie był martwy... Gdy szli starzec próbował chłopakowi wytłumaczyć co robił, jednak ten niewiele zrozumiał
- Wiesz chłopcze, widziałeś co robiłem prawda? widzisz ona leżała tu co najmniej dobę, może trochę dłużej , można to stwierdzić po tym jak bardzo była zakrzepnieta krew... Wiesz, najważniejsze jest to że nie jest sztywna, wtedy byłoby tak jak z tamtymi... no i ciepło, temperatura tez jest ważna...- starzec przez całą drogę tłumaczył... jednak chłopak niewiele rozumiejąc się po prostu wyłączył i nie słuchał...
Zanieśli go wspólnie do wspomnianej przez starca jaskini. Nathaniel bawił się w niej jako dziecko, lecz gdy tam dotarli zatkało go: wnętrze jaskini się zmieniło, dokładnie mówiąc nie była pusta jaka zapamietał ja chłopak,. Stał tm stolik , dwa krzesła, co więcej starzec najwyraźniej zmagazynował w niej sporą ilość różnych maści , mikstur, bandaży, a nawet suszonego jedzenia, tak jakby była przygotowana dla kogoś do zamieszkania, można powiedzieć że było tam wszystko...
Położyli wilka na derce, która leżała na podłodze (tez tam była...) Starzec z niezrozumiałych jeszcze dla Nathaniela powodów zaczął nastawiać kości i opatrywać MARTWEGO WILKA, co wydawło się zupełnie bez sensu. Gdy wychodzili juz zmierzchało, ailk został jeszcze przykryty derką, starzec wymamrotał przed wejściem coś czego chłopak nie zrozumiał.... Podczas powrotu starzec był wyraźnie zadowolony, nakazał jeszcze Nathanielowi codziennie tu przychodzić... Nathaniel wiedział że starzec miał wiele tajemnic, jednak wraz z tym dniem doszło kilka nowych...

Czekała... czekała, a ciemność nie nadchodziła. Leżenie było dla niej udręką, najpierw złość, potem żal. nie wiedziała jak długo to ma trwać, nie wiedziała czy ciemność wogóle jeszcze zapanuje, czy pozostanie w tym stanie... Niedaleko niej wylądował kruk, przez chwilę bacznie ją obserwował, jednak nie zbliżył się... Prawdopodobnie czuł że coś jest nie tak.... momo iż jej ciało bylo martwe. Potem przyszli ludzie, Jeden z nich - starzec zachowywał się jakby wiedział, że nie jest zwykłym zwierzęciem, wyciągnął resztki stzały, robił coś jeszcze, jakby sprawdzał jak długo jest martwa... Mówił do niej, tak jakby wiedział że go słyszy... Zanieśli ją do jakiegoś ciemnego miejsca, nie wiedziała gdzie... Nie wiedziała co ją czeka... Bała się. Przykryli jej głowę. Nic nie widziała, tylko słyszała odgłosy życia pogrążonym w nocy lesie. Nie mogła nic zrobić... Mogła tylko czekać...
Następnego dnia Nathaniel wyszedł z chaty. Skierował się w stronę domu starca w nadziei że tencoś wyjaśni. Aż podskoczył gdy usłyszał za sobą ochrypłe szczekanie... Odwrócił się, za nim stał stary pies. Chłopak prychnął jakieś przekleństwo pod jego adresem. Nie przepadał za nim... Stare zgrzybiałe psisko szczekało bez przerwy i bez powodu. Nathaniel wszedł do domu starca, ten nawet nie odwracajac się od razu zadrwił z niego.
- Widzę chłopcze że twój ulubieniec Loki poczuł się lepiej...- Nathaniel wzdrnął sie słysząc tą uwagę...
- Taaa, czuje się lepiej... wyraźnie to słychać. Może gdybyś nie podał mu tych ziółek byłaby cisza. - Nie chciał odpowiedzieć niegrzecznie, ale ten pies go naprawde denerwował. Starzec natomiast nie przestawał drwić.
- No wiesz co? Trzeba sznować starszych, ten pies jest starszy od ciebie. Poza tym co ci przeszkadza jego szczekanie? Za jakiś czas będziesz za nim tęsknił
- Ech... ile on właściwie ma i skąd się tu wziął? bo z tego co wiem to był juz kiedy się urodziłem... - Zaraz po zadaniu tego pytania Nathaniel tego pożałował... Zapomniał że często pytanie o coś takiego powodowało dłuugą i nudną opowieść.
- Ile ma i skąd sie wziąl? No wiesz chłopcze, ten pies ma już dwadzieścia lat, co jest wręcz niezwykłe dla psa, a na dodatek tej wielkości. Osiemnaście lat temu przybył tu przejazdem człowiek który był wtedy jego właścicielem, Miał on sukę jakiejś bojowej rasy, która puściła się gdzieś z jakimś brytanem, urodziła tylko jednego ale za to bardzo dużego szczeniaka... Facet był zadowolony że będzie miał takiego psa... z tym że nieważne jak się starał nie potrafił wzbudzić w nim agresji. Loki - bo tak się tego psa nazwało, był dla tego człowieka całkowicie do niczego, więc gdy wyjeżdżał zostawił go..Chociaż o tym że Loki został dowiedzieliśmy sie dopiero po paru dniach... Wiesz chłopcze, ten pies to usposobienie łagodności, to że on szczeka to jak dla mnie jest zaletą, bo jeśli ktoś go nie zna, to raczej będzie wolał ominąć go z daleka.
- No ale chyba widać że on nie jest agresywny, odkąd pamietam był powolny, flegmatyczny... Widać że on szczeka ot tak sobie...
- Hehe... wyobraź go sobie w nocy, podchdzi i zaczyna szczekać... Przecież ciebie dziś - w dzień przestraszył..
Nathaniel skrzywił się... nie lubił jak mu się wypominało jego wady. To że się często zamyślał i że w takich przypadkach stawał się nieczuły na otoczenie było jedną z nich. Właśnie miał się spytać starca czy ten ma dla niego jakieś zadanie, gdy ten odezwał się, jakby czytając w myślach Nathaniela..
- Chłopcze, mam dla ciebie zadanie, idź do jaskini i sprawdź czy coś sie zmieniło... - Coś sie zmieniło? Starzec chyba zmysły postradał, co miało sie zmienić, tam przecież jest tyllko martwe zwierzę... Jedyną zmiana mogło by być to że zaczęło śmierdzieć... Pytanie to zadał na głos
- Dziadku ale co mogłoby się tam zmienić? Po co mam tam iść?
- Idź i sprawdź, jeśli zaszła zmiana będziesz wiedział jaka...
Gdy Nathaniel dotarł do jaskini, zastał tam to czego się spodziewał... Nic się nie zmienilo. Nie mógł dojść do tego co miał na myśli starzec... Odkrył wilka. Leżał tak jak go zostawili. Chłopak westchnął i usiadł obok zwłok.
- Dlaczego miałem tu przyjśc?- zadał pytanie sam do siebie - Wiesz może? - Zdziwił się sam że zwraca sie od martwego zwierzęcia. poczułsię dziwnie, odczuł jakby ulgę że może zadać pytanie i że nikt go za to nie zgani, wiedział że odpowiedzi nie otrzyma (bo jak zwierzę mogłoby odpowiedzieć - i na dodatek martwe...) Ale mimo tego rozpoczął opowieść o tym , co go dręczyło. Mówił jak starzec kazał mu jechać do osady i, o tym że się spóźnił... Opowiadał długo, w pewnej chwili zorientował się że głaszcze wilka... Poderwał się z odrazą. Jednak po chwili usiadł z powrotem, ostrożnie położył dłoń na wielkim łbie. Dopiro teraz się zorientował że ciało nie jest zimne, choć być powinno. Starzec mówił coś o temperaturze, Nathaniel nie pamiętał jednak dokładnie co bo (jak zwykle) Był pogrążony we własnych myślach... Czyżby to że ciało nie ostygło było jakąś wskazówką do tego co przyniesienie wilka do jaskini, miało na celu? Chłopak postanowił od tej chwili bardziej zwracać uwagę na to co starzec mówi, może coś sie wyjaśni... Nathaniel spostrzegł że zaczęło już zmierzchać, musiał wracać. Na powrót przykrył wilka i ruszył w drogę do wioski. Kiedy dotarł namiejsce, była już noc, prawie że nic nie widział. Wstronę chaty starca szedł ostrożnie, nasłuchując czy Loki znowu nie zakradnie sie od tyłu i go nie przestraszy... Nie stało się tak. Dopiero wtedy zauważył że panuje głucha cisza, w niemal wszystkich domach paliło się światło, było to dziwne, że ludzie jeszcze nie pokładli się spać, było dość późno. Tylko w jednej chacie panowała ciemność - w chacie Mirii , dziewięcio letniej dziewczynki, która mieskała tu w raz z rodzicami. Właśnie Mirię można było uważać za właścicielkę Lokiego, uwielbiała go wręcz. Gdy Nathaniel wszedł na ganek chaty starca niemal upadł po tym jak się na czymś poślizgnął. Zdołał jednak utrzymać równowagę, spojrzał w dół, na deskach widniała ciemna plama, dotknąl jej. Krew. Ciearki przeszły mu po plecach, ogarnięty złym przeczuciem wpadł do chaty starca z pytaniem na ustach:
- Co się.... - Nie dokończył, stanął jak wryty. Pod ścianą leżały ciała trzech ludzi, dwojga dorosłych i dziecka. Starzec nie odwracając się od swojego zajęcia powiedział:
- Miałeś szczęście że cię tu nie było - w jego glosie brzmiał smutek- gdybym cię nie wysłał do niej też byś tu leżał... - Nayhaniel podszedł do leżących. Dziecko to była MIria, dorośli - jej rodzice.
- Jak to... - Starzec odwrócił się, w oczach miał łzy.
- Rano mówiłeś że chciałbyś by Lokiego nie było, twoje życzenie się spełniło... Przyszli zaraz po twoim odejściu, Loki jak to on zaczął szczekać, zabili go. Zrobili to na oczach MIrii. Podbiegła do tego który to zrobił i zaczęła bić go po nogach... Nic nie powiedział, nawet nie dał ostrzeżenia, zamordował ją... Potem jej rodziców...
- D..Dlaczego... - Nathaniel był zszokowany...
- Powiedziel że będą przyjeżdżać co jakiś czas, mówili że tepią pasożyty i wszystko co je przypomina... Pasożytami nazywają wilki... To co je przypomina, to psy, które są w jakikolwiek sposób do nich podobne... Mówili też że każdy kto się sprzeciwi także zginie... Nie obchodzi ich czy to będzie nawet kilkuletnie dziecko... Loki zginął bo zaczął szczekać... Miria bo do nich podbiegła po tym jak zabili jej ulubieńca... Jej rodzice chyba wiadomo jak zareagowali... Ty też byś dziś zginął gdybyś był... Jesteś porywczy, Nie stałbyś nic nie robiąc... Prawda? - Nathaniel nie mógł wydobyż z siebie słowa... ktoś zamordował rodzinę i uszedł bezkarnie... Starzec miał rację, nie stałby nic nie robiąc.. - Idź spać Nathaniel, Jutro też masz do niej iść - Chłopak zdumiał się... dziś zginęły trzy osoby, a starzec kazał mu iść nazajutrz do tego willka, sam przecież powiedział że mordercy "polują" właśnie na wilki... Co to miało na celu? Bez słowa wyszedł. Poszedł do siebie, nie mógł jednak zasnąć, różne myśli mącily mu umysł, zdawał się mieć sny na jawie, miał przed oczami wszystkie okrutne zdarzenia jakie miały miejsce od rzezi osady... Coś mu mówiło że to jeszcze nie koniec... że to dopiero początek...
Mijały dni , tygodnie, Nthaniel codziennie na polecenie starca udawał się do jaskini gdzie leżał martwy wilk, przyzwyczaił się już do tego, kiedy tam był bez końca "rozmawiał" z wilkiem, o tym co kiedyś było, o tym co się działo teraz ... Mordercy zawitali do wioski jeszcze dwa razy jak do tej pory, raz zabili kilka psów, i chłopak nie miał pojęcia co te psy miały wspólnego z wilkami, za drugim razem obyło się bez "ofiar". Nadeszła zima, droga do lasu stała się nie do przejscia, więc wycieczki się również skończyły. Nathaniel dopiero wtedy zorientował się (z niemałym zdumieniem) że lubił tam chodzić, co więcej polubił wilka (jeśli można wogóle polubić martwe zwierzę) Za każdym razem gdy wracał starzec czekał na jakąś nowinę, za każdym razem coraz bardziej smutniał gdy się dowiadywał że nic się nie zmienia, jakby zaczął wątpić w swój - nieznany dla Nathaniela cel. Gdy mordercy przyszli po raz trzeci, zginął kolejny pies i także jego właściciel - kilkunastoletni chłpak, który nie wytrzymał tego że zabili mu psa którego miał od szczeniaka i nauczył go wielu rzeczy, chłopak wpakował jednemu z morderców sztylet w gardło.tamtego dnia sprawdziło się to co mówił starzec, że Nathaniel nie stałby bezczynnie. Nie stał... Można powiedzieć że poszedł za przykładem zabitego, z tym że ten w którego celował Nathaniel dostał w nogę. Nathaniel miał jednak więcej szczęścia, dostał strzałę w ramię, a mordercom nie chciało się sprawdzać jak ciężko go ranili...Po długim czasie Nathaniel wyzdrowiał, akurat śnieg zaczął topnieć, było go jeszcze dość dużo ale nie utrudniał już tak bardzo poruszania. Pierwsze co zrobił to poszedł do lasu, do jaskini. Gdy tam dotarł doznał szoku, dopiero wtedy zrozumiał jak bardzo zależało mu na tm by zobaczyć jakąś zmianę, o której mówił starzec... Wilka nie było. W miejscu gdzie leżał walały się strzępy derki, kyórą był przykryty i czarnej sierści. Gdzieniegdzie były plamy krwi, przed jaskinią Nathaniel zobaczył ślady dzikiego kota.


Usłyszała , że ktoś przyszedł. Odezwał się, poczuła że ściąga jej derkę z głowy... Nie widziała go z perspektywy w której leżała, poznała go jednak po głosie, to był ten chłopak który przyniósł ją wraz ze starcem do tego miejsca. Usiadł obok niej, "rozmawiał z nią" albo raczej prowadził monolog... Czuła się dziwnie słuchając tego co mówił... opowiadał jej o tym jak przybył o osady... A więcc to on próbował ją ostrzec... Co za ironia... użalał się że jej nie ocalił, a ona słuchała jak właśnie jej o tym opowiadał... Gdyby mogła zaśmiałaby się... Czas szybko mijał, w końcu poszedł. Dowiedziała się że chłopak nazywa się Nathaniel. I że ten starzec był przyczyną dlaczego leżała teraz w jaskni a nie gdzieś w lesie... Czyżby starzec wiedział kim jest? Możliwe... żałowała że nie może go o to spytać... Gdy chłopak poszedł znów czekała na ciemność... Ta jednak nie nadchodziła. Nathaniel przychodził codziennie, siedział przy niej i snuł opowieści o sobie, o wiosce w której mieszkał,. również o tajemniczym starcu, o którym nikt nie wiedział zbyt wiele. Mijały dni i tygodnie, prawdopodobnie tylko dzięi wizytom chłopaka nie straciła chęci do życia, nie odczuwała samotności. Potem nadeszła zima... Przestał przychodzić... Samotność uderzyła ją jak nigdy dotąd... Leżała... Nie mogła nic zrobić, nie mogła się poruszyć, nie mogła... Mogła tylko rozmyślać i czekać. Im dłużej rozmyślała nad swoim życiem, nad tym co się stało, tym bardziej chciała umrzeć. Im dłużej czekała na ciemnośc i ukojenie, tym bardziej traciła nadzieję że kiedykolwiek nadejdzie... Myśli sprawiały że popadała w rodzaj transu, podczas którego nic do niej nie docierało, żadne dźwięki, żadne obrazy, był to jedyny rodzaj ukojenia jaki zdołała w sobie wypracować przez długie miesiące podczas których jej ciało było martwe. Coraz częściej popadała w trans, coraz rzadziej z niego wychodziła. Ten stan zdawał się być kojący, były to jakby sny na jawie. Sny opisujące jej stracone życie. Przeżywała wszystko po raz kolejny, a najgorsze było t że miała świadomość iż jest to przeszłość... iż to wszystko już nie istnieje. Im dłuższy bywał trans tym bardziej zanikała jej chęć do życia. Coś jej mówiło że gdy wygaśnie zupełnie, nastąpi upragniony już koniec... Miała świadomość kiedy wygaśnie... wiedziała że stanie się to gdy po raz kolejny przezyje swoją śmierć... Tą pierwszą. Tą którą przeżyła w dniu gdy wszystko straciła... Nadeszło. Krzyki, płomienie, krew. Do tej pory w tych snach czuła dokładnie to co wtedy gdy się działy tamte rzeczy. Teraz było inaczej... Nie czuła paralizującego przerażenia. Nie czuła straszliwego żalu... Było coś innego. Uczucie. Znajome, lecz nigdy przedtem nie czuła go tak silnie... Zdawało się rosnąć... Coraz bardziej. z każdą chwilą gdy zbliżał się pierwszy koniec... Rozrywająca wściekłość. Zimna nienawiść... Obrazy które miała przed oczami zaczęły się oddalać... nadal widziała wszystko wyraźnie, lecz to nie dotyczyło już jej... Dziewczyna która tam stała to był ktoś inny... tamta za chwilę zginie... bezpowrotnie... Dziwna świadomośc że to ona , a jednak ktoś inny nie dawała jej spokoju... Zdawało się że wychodzi z transu, również dźwięki się oddalały. Nie wiedziała czy zobaczy ponownie swoją śmierć... Usłyszała przez dalekie odgłosy rzezi jakiś szelest. Coś czego nie było wtedy. Ciche kroki... jakby ktoś się za nią skradał; choć wiedziała że za nią jest jej morderca. Ostrzegający ją krzyk Nathaniela zamienił się w zduszony charkot, czuła jak ostrze dotyka już jej twarzy. Czuła BÓL . Zapadła ciemność....

Instynkt samozachowawczy dał mu w ostatniej chwili ostrzeżenie. Skoczył w górę. Udało mu się. Ale tylko na chwilę, znowu musiał wykazywać się szybkością i zręcznością. Do jego kociego móżdżka nie docierało jak to mogło się stać. Kolejny unik nie powiódł się. Z całej siły próbował się wyrwać, ndrapiąc pazurami i kąsając gdzie popadnie. W końcu TO puściło. Ale tylko na chwilę. Wrzeszczał jak oszalały, znowu broniąc się jak mógł. Udało mu się trafić to coś w pysk, wzdrgnął się gdy poczuł odpychający smród, w chwili gdy z rany wycieła cuchnąca wydzielina. W końcu uwolnił się ponownie z uścisku. Nie miał zamiaru tu dłużej zostawać. Rzucil się do ucieczki. Biegł ile sił w łapach, jego móżdżek analizował to co się stało i czy jego decyzja była słuszna. Żołądek, pusty od niemal trzech tygodni, był przeciwny ucieczce, ale Ryś nie miał zamiaru narażać futra dla czegoś takiego. Nie jadł od dawna, był strasznie głodny, nie reagował jednak teraz na króliki uciekające mu sprzed łap. Jedyną rzeczą jaką chciał było znaleźć sie jak najdalej od tej przeklętej jaskini. Z głodu był gotów połakomić się na kawałek padliny, wyczuł ledwie wyczuwalny zapach śmierci, podążył za nim.. Tak trafił do tego miejsca. Choć normalnie ominąłby padlinę z daleka obojętnie jak świeża by była to teraz głód wziął górę. A teraz Ryś tego pożałował. Znalazł to czego szukał, martwego wilka. Jednak ten wilk NIE był martwy, mimo że czuć było od niego nikły zapach śmierci. Co więcej ten wilk ZAATAKOWAŁ go, co też było sprzeczne z jakimkolwiek zachowaniem jakie już kot zdążył w swoim życiu doświadczyc. Wilki atakowały tylko w obroni swoich młodych, a rysie omijały wilki, nawet szczeniaki , gdy nie miały przewagi trzy do jednego dorosłego. A że rysie to smotnicy więc rzadko zdarzały się konflikty. Jednak to co się stało... ten wilk nawet nie warknął, nie dał żadnego ostrzeżenia... Od razu się rzucił gdy ryś tylko go powąchal żeby sprawdzić od jak dawna nie żyje... I jeszcze ten smród, gdy zdołał wilka podrapać. Dlaczego od początku nie było tego smrodu? Gdyby był to na pewno nie połakomiłby się na takie ścierwo...
Ryś biegł, a jego mózg pracował na niewiarygodnie wysokich obrotach, w zakamarkach "pamięci" zaczął znajdywać własnie odpowiedź na to co się stało, właśnie zaczęło mu się ptzypominać jak już kiedyś wraz z rodzeństwem uciekali już kiedys przed czymś takim... Jeszcze tylko chwila i dowiedziałby się... Ta chwila jednak nigdy nie nadeszła... W szaleńczym biegu, ogarnięty grozą nie zauważył przed sobą rzeki pokrytej cieniutką warstwą lodu....

Obudzila się poza jaskinią... Po tak długim czasie wreszcie znalazła się na zewnątrz. Z tym że nie mogła dojść do tego co zaszło... Pamiętała swoje wizje, pamietała jak zapadała w ciemność... miała świadomość że się nie obudzi... nie było to przeczucie, wiedziała to. Ale tak się nie stalo... Obudziła sie, w dodatku poza jaskinią. Do jej nozdrzy doleciał jakiś nieprzyjemny smród, jakież bylo jej zdziwienie gdy dowiedziała się skąd ten odór. Na boku miała coś na kształt rany, a raczej zadrapanie o niewiadomym pochodzeniu... z tego zadrapania wyciekała jakaś czarna, cuchnąca lepka wydzielina. Rozejrzała się. Gdy zginęła był środek lata, teraz wokól leżał śnieg, jak długo ona tu musiała leżeć... Na śniegu zobaczyła tropy jakiegoś zwierzęcia i krew , chciała podejść i się im przyjrzeć, ale... nie udało jej się wstać.. tylnie łapy miała bezwładne. próbowała wielokrotnie, bez żadnego skutku... zad pozostał bez czucia... Zaczęła w niej wzbierać rozpacz... odzyskała życie miomo iż straciła juz nadzieję, teraz jednak była przykuta do tego miejsca, bo odczołgać się nie zdołałaby daleko... Mimo to próbowała nadal... Czuła mrowienie w żołądku, po długich miesiącach "głodówki" teraz musiała coś zjeść... nie wiedziała tylko co... Polować nie była w stanie... musiała coś znaleźć... spojrzała na ślady... przy nich była krew.. sużo krwi...
Pozostało jej "tylko" dopełznąć do miejsca gdzie właściciel krwi padł...A mogło to byc gdziekolwiek... "Ruszyła" w drogę, czołganie się było bardziej wyczerpujące niż nawet najdłuższy bieg... na dodatek " posiłku" nie było widać. Męczyła się, coraz bardziej. Wraz ze zmęczeniem przychodziła irytacja, że nie może normalnie iść. Nie wiedziała jak długo już pełzła, dotarła do zamarźniętej rzeki,ze wzniesienia na którym się znalazła widziała że ślady wchodziły na lód... Na środku zaś była wyrwa w lodzie, tam właśnie się kończyły... Jej śniadanie "poszło pływać" i wraz z tym nadzieja na łatwy posiłek prysła... Najpierw uderzyła ją rezygnacja... Potem irytacja.. To drugie uczucie bylo tak silne że zaczęła się trząść ze złości, zaczęła za wszelką cenę wstać...moitała się po sniegu, nie obchodziło jej że właśnie rozcięła sobie skórę i jakiś ostry kamień który "odkopała" miotaniem się, nie obchodziło jej niec CHCIAŁA WSTAĆ. W pierwszej chwili wydawało jej się że zakręciło jej się w głowie, znieruchomiała... okazało się że to nie był zawrót głowy.. właśnie zsuwała się ze wzniesienia w stronę zamarźnietej rzeki.. w stronę kruchego lodu... Drapiąc pazurami przednich łap śnieg starała się zatrzymać... Nie podobała jej się perspektywa utonięcia po d lodem. Bardzo jej się nie podobała.. Śnieg usuwał jej się spod łap, znów zawadziła o jakiś ostry kamień i rozcięła sobie skórę, ucieszyła się (na chwilę) gdy zobaczyła że z ranki leci normalna krew a nie cuchnąca maź. Nie miała zbyt wiele czasu na radość, bo lód był coraz bliżej i nawet gdyby okazał się dość gruby by ją utrzymać to z tej ślizgawki, ze sparaliżowanymi tylnimi łapami nigdy by sie nie wydostała... Przestała się zsuwać w chwili gdy jej zad był juz na lodzie, udało jej się zaczepić pazurami o ściółkę. Spróbowała się podciągnąć. Wyżej, musiała się znaleźć na górze wzniesienia. Czołganie się pod górkę było o wiele gorsze od tego na w miarę równym terenie. Tym razem rzeczywiście dostała zawrotów głowy - z wysiłku. Zdawało jej się że znów się zsuwa. Wbiła pazury w snieg i szarpnęła się z całych sił... nie chciała stracić tego kawałka drogi pod górę jaki już osiągnęła. Ból przeszył ją niczym sztylet, odchodząc od kręgosłupa wzdłuż całego ciała, Skowyczała z bólu wbijając pazury w ziemię (dokopała się). W końcu zelżał, promieniował jeszcze w miejscu gdzie się rozpoczął. Było coś jeszcze... w tylnich łapach pojawiło się nieprzyjemne mrowienie... Bardzo nieprzyjemne, jak gdyby setki mrówek wgryzały się w nią... jednak świadomośc że COŚ w nich czuje była dostateczną rekompensatą... Gdy mrowienie minęło , ostrożnie spróbowała wstać. Udało się.... Nogi miała jeszcze zesztywniałe ale juz nie bezwładne, mogła chodzić... weszła na szczyt wzniesienia, tam położyła sie żeby odpocząć . Musiała też wymysleć gdzie (i co) zdobyć do jedzenia... Znów mogła chodzić, przestała być kaleką... choć to kalectwo trwało tak krótko to było strasznie uciążliwe... Ruszyła na polowanie, chciała zjeść cokolwiek, choć teraz gdy po długiej "nieobecności" wróciła jej jasność myślenia , nie bardzo podobało jej się to że musiała sama coś upolować i zjeśc to na surowo...

Problem polowania odpadł gdy znalazła wnyki w które złapał sie zając...Nie był to zbyt bogaty posiłek ale zawsze jakiś...Zjedzenie go na surowo sprawiło jej mniej obrzydzenia niż z początku myslała. Nadal była głodna, więc ruszyła na dalsze poszukiwania, znalazła wkrótce sidła... uwięziony w nich był wielki dzik. Jedzonka sporo... kłopot w tym że dzik nie był martwy... Wręcz przciwnie, złapany za nogę miotał się wściekle, Samotny wilk w starciu z rosłym odyńcem ma niewielkie szanse... a co dopiero z dorosłym, nieźle rozserdzonym i najwyraźniej bardzo doświadczonym... Właśnie zaczęła go omijać długim łukiem kiedy ją dojrzał. Rzucił sie na nią targając przykleszczone do jego nogi żelastwo. Był szybki, Cholernie szybki. Skoczyła w tył i omal nie wpadła w skalną rozpadlinę. Zastanawiała się tak szybko jak mogła którędy uciekać, kiedy coś do niej dotarło... Dzik miał na nodze sidła, a to oznaczało że te sidła musiały być gdzieś przymocowane... Dostrzegła łańcuch , przytwierdzony do pułapki. Odetchnęła z ulgą... niech sobie na nią biegnie i tak nie dotrze... Usłyszała metaliczny brzęk i kwik bólu gdy łańcuch się skończył. Przeanalizowała w mgnieniu oka sytuacje i... rzuciła się do ucieczki... Ponad pół tony żywej wagi nadal na nią szarżowało... Nadal ciągnął żelastwo na nodze z łańcuchem.. dokładniej to z fragmentem łańcucha... reszta została tam gdzie gdzieś go przymocował.. Z początku była pewna że szybko go zgubi, myliła się... Najwyraźniej w przypływie furii dzik nie czuł bólu. Nieprzyjemna sytuacja. Dźwięki pościgu cichły. Zdawało się że sie już od niego oddala. Najwyższy czas przebiegła chyba z pół lasu, a w każdym razie miała takie wrażenie... Nie zatrzymując się spojrzała do tyłu by upewnić się że naprawdę go nie ma. Był,. ale zdaje sie że jak na razie stracił zainteresowanie. Stracił je tylko na chwilę... patrząc za siebie wilczyca nie zauważyła wystającego korzenia i zaryła pyskiem w ziemię...Pogoń zaczęła się od początku... Przed sobą zobaczyła pochylone drzewo, tworzące łuk na duktem którym biegła. Nie zastanawiając się długo wskoczyła na nie i wdrapała się wyżej, znalazła się nad ścieżką... Dzik stanął kwicząc wściekle i ryjąc szablami ziemię. W szaleńczym pościgu "zgubił " gdzieś żelastwo z nogi i zobaczyła teraz paskudną ranę w miejscu gdzie stalowe zęby rozcharatały mu nogę. Mimo tego nie kulał, zdawał się być w pełni sił. Domyśliła się że gdy furia minie zacznie odczuwać ranę. I to bardzo... Może nawet nie będzie w stanie chodzić... Do tego czasu jednak (albo dopóki nie odejdzie) musiała siedzieć na pochyłym drzewie...
Przeklęty bydlak, że mu sie nie znudzi siedzenie!... Minęły prawie trzy godziny a ona nadal tkwiła w miejscu... Dzik natomiast czuł sie trzochę gorzej niż w czasie furii , ale zdawał się nie być nawet zmęczony, tylko trzochę kulał... W miejscu gdzie siedziała na drzewie nie było już kory, Cholera, wyrwanie całej zajęło jej tylko siedem godzin... szkoda że tak krótko, Prychnęła wypluwajac resztki które miała w pysku. Własnie skończyła jej sie rozrywka... Dzik własnie rył w korzeiach drzewa...
Noc, pierwsza pod gołym niebem od wielu misięcy... Gdyby tylko nie było tak zimno i niewygodnie byłoby całkiem przyjemnie... nie mogła się nawet zdrzemnąć bo by spadła. Spojrzała w dół, zabłysła iskra nadzieji, nie było go widać! Własnie miała zejść gdy z krzaków rozległo sie chrumkanie... GRRR ... może ten bydlak jeszcze swoją rodzine tu sprowadzi! Była strzasznie śpiąca, z trudem odpędzała od siebie sen. Widziała w dole sylwetkę dzika, nie ruszał się... Zazdrościła mu że mógł uciąć sobie drzemkę.Szkoda że nie była w jaskini... tam było chociaż trochę cieplej.. tam przynajmniej nie miała szronu na futrze...Zamknęła na chwilę oczy. Zakręcilo jej się w głowie, otworzyła je natychmiast. Lądowanie na zamarxniętej ziemi nie bylo miłe, dzik rzucił się na nią. Zanim zdążyła wdrapać sie z powrotem. Piekący ból w udzie, odgryzła się, trafiając go w ranną nogę i wskoczyła na drzewo. Na nim ułożyła się tak by mieć pewnośc że nie spadnie ponownie. Pozycja była bardzo niewygodna, bolała ją noga, była śpiąca. Spojrzała za siebie, po skrzącym się srebrzyście od mrozu , drewnie ciekła ciemna strużka. Dzik leżał nieopodal, przy jego nodze również tworzyła się ciemna plama... Pozostała juz tylko kwestia: które z nich prędzej padnie...
Drżała z zimna. zmęczenie dawało jej się we znaki, zamknęła oczy i bezwiednie zmieniła pozycję... znów spadła. Tym razem jednak dzik sie nie ruszył. Było jej to zresztą obojętne. Słyszała jego chrapliwy urywany oddech, najwyraźniej też był w poażnym stanie... Szkoda że dopieo teraz. Zaczynało już świtać, przysnęła na chilę, dręczyły ją koszmary. Gdy się obudziła świt jeszcze nie nastał zupełnie, po chwili spostrzegła że nie słyszy już chrapliwych oddechów dzika, choć nadal go widziała. Podniosła głowę, ale poczuwszy zawrót zaraz ją opuściła. Ponownie zapadła w drzemkę. To co zdawało jej się być świtem okazało sie zmierzchem... Kolejna noc w mrozie...


Dzika ugodziła strzała, nie drgnął nawet. Chwile potem rozległy się głosy:
- Chad ty durniu ile razy mam ci mówić że masz sie nie bawić łukiem! Masz szczęście że jest martwy ! wiesz co by było gdyby nie był?! - Dwóch mężczyzn podeszło do dzika, jeden wyciągnął strzałę i pokazał swojemu towarzyszowi, na ten widok ten drugi zbladł...
- J..j..jakim cudem????? - Grot był zaledwie do połowy zabarwiony posoką..
- Takim , że dziki mają grubą skórę! Masz naprawdę cholerne szczęście, że ten jest trupem... w innym wypadku właśnie byśmy uciekali...Ale co my tu mamy? - Mężczyzna zaczął z zaciekawieniem oglądać tylną noge dzika
- Ha! zdaje się że to on wyrwał nam sidła... Rany ! Pożądnie się pocharatał...
- Nerkan...- zwrócił się do drugiego Mężczyzna nazwany Chadem - T..to jest naprawdę tak silne że wyrwało sidła?
- Słuchaj, chyba widzisz? Ma rozwaloną nogę, sidła , albo raczej to co z nich zostało, znaleźliśmy wcześniej... Hmmm... tylko co go sprowokowało do tego by zacząc biec...
- Nerkan...
- Zamknij się myślę!
- Nerkan...
- Nie przeszkadzaj!
- Nerkan.... - Glos Chada był niepewny...
- Czego do cholery!!??
- T...tam...- Chad wskazał miejsce pod drzewem tworzącym łuk na ścieżką... Nerkan spojrzał tam. I z wyraźnym zdziwieniem powiedział:
- A niech mnie... tam chyba leży powód zerwania sie naszego "przyjaciela".... Chodź Chad, zobaczmy go sobie z bliska...
Podeszli. Podobnie jak dzik, wilk się nie ruszył... Chad spojrzał na niego... Srebrzysta sierść iskrzyła sie w słońcu...
- Nigdy nie widziałem srebrnego wilka....- Nerkan spojrzał na niego , jak na przygłupa... Bo chyba Chad rzeczywiście nim był...
- Ślepy jesteś czy co? Sierść ma pokrytą szronem... sam...- spojrzał na wilka - sama nie jest srebrna tylko - Tu przykucnął i przesunął dłonią po futrze ściągając błyszczący szron - sama jest .. czarna???!!! - Był zdziwiony... Nigdy nie widział czarngo wilka, a tym bardziej w tych okolicach...Wogóle nie widział nigdy nawet wilka tej wielkości... Przyglądał się jej... Nie widział w niej jednak swojej zdobyczy, W przeciwieństwie do wileu ludzi miał jakiś sentyment do wilków... Odkąd wilk kiedyś go ocalił przed niedźwiedziem... Nie rozumiał czemu wilk to zrobił, ale mimo to polubił je... Miomo że sam był myśliwym, to na wilki nie polował, wprawdzie dużo mógłby na nich zarobić, ale z jakiegoś powodu wolał sobie na nie popatrzeć niż je zabijać... Znów przesunął dłonia po sierści... Chad gapił sie na to jak jakiś głupek (którym zdaje się był...)
- Chad, bierz wilka na plecy... - Chad słysząc to niezmiernie sie zdziwił... - Na co czekasz?
- N..no ale nie lepeij ściągnąć skórę od razu? - Nerkan w tej chwili omal nie dał mu w mordę... - Nie idioto, nie ściągamy z niej skóry, tylko zabieramy ją do wsi. Rozumiesz?
- Do wsi? ale po co? Po co mam taszczyć jakieś wilcze zwłoki?
- Po to kretynie że ona żyje... Ledwo ale jednak żyje... Poza tym... - Musiał szybko coś wymyśleć... Chad był typem człowieka który nie potrafił trzymać języka za zębami i biorąc to pod uwagę mordercy "odwiedzający" ich co jakiś czas szybko by się o tym dowiedzieli.. - Poza tym to nie wilk tylko pies... A teraz bierz ją i idziemy, po dzika wrócimy później... - Chad nie dawał za wygraną...
- Żyje? ale skąd to wiesz? Przeciez sie nie rusza... - Zaraz go walnie...Zaraz go walnie, ale na razie stłumił irytację
- Przyglądełes sie dzikowi? Tak? On w przeciwieństwie do niej zamarzł na kość.. Gdyby nie zyła też by była zamarźnieta...A NIE JEST!
Chad zrezygnowany wziął wilczycę, był zły że musi ją taszczyć, ale Nerkan w końcu był tu szefem i trzeba go było słuchać... Nerkan był wogóle jedynym który go jakoś akceptował, był jego jedynym "przyjacielem" i Chad nie zamierzał go tracić...
Szli długo, z dodatkowym obciążeniem Chad był strasnzie wolny... W końcu jednak dotarli, Było już ciemno. Nerkan przez całą drogę zastanawiał się kto mógłby pomóc wleczeniu wilka... Jedyna osobą we wsi znająca sie na leczeniu był ten staruch... Nerkan jednak nie wiedział czy może mu zaufać... Musiał zaryzykować... Gdy tylko przybyli, wziął wilka od Chada i skierował się do starca, Nakazał jeszcze Chadowi że ma nikowmu nie mówić co znaleźli, a jeśli powie to że nigdy go już z sobą nie zabierze... Stanął przed chatą i wziął głęboki oddech... Nie wiedział jak zareaguje starzec... Ryzykował życiem, bo gdyby ONI dowiedzieli się że przyniósł wilka do wioski to zginąłby niechybnie... Zaryzykować musiał... Zapukał...

Usłyszał stłumiony przez drzwi głos starca
- Wejdź chłopcze... - tym określeniem nie był zbytnio zdziwiony... starzec nazywał chłopcem każdego. Nikt wogóle nie wiedział ile może mieć lat, ale wiadome było jedno - był stary, bardzo stary.... Wszedł zamykając za soba drzwi, nie odezwał się, starzec siedział przy niewielkim stoliku przy słabym świetle olejnej lampy. Był odwrócony tyłem i wyraxnie czymś zajęty... Nerkan stał przy drzwiach nie odzywając się, trzymanie wilka na rękach przez dłuższy czas z pewnością nie było łatwym wyzwaniem, ale nie chciał przerywać starcowi... W końcu ten się odwrócił, gdy spojrzał na zwierzę w jego oczach pojawił się ledwie dostrzegalny błysk, który niemal natyhmiast zniknął, twarz starca była obojętna. Ton jego głosu , gdy się odezwał również nie wyrażał nic prócz obojetności.
- Czy wiesz chłopcze jakie ryzyko podjąłeś przynosząc ją tu? - Nerkanowi ciarki przeszły po plecach, w wyobraźni widział już najczarniejszy scenariusz jaki mógłby się zdarzyć... Następne słowa starca uspokoiły go jednak...
- Połóż ja tu na tym stole - mówiąc to starzec jednym ruchem ręki zrzucił wszystko na pogłogę (a było tego sporo) i przesunąl nogą pod stół. Nerkan podszedł i z pomocą starca ostrożnie polożyli wilczycę. Starzec zaczął ja dokładnie oglądać, mrucząc coś pod nosem. Do Nerkana dotarło dopiero teraz że starzec móił na wilka ONA , wiedział że to samica... Ale skąd? Nie zamierzał zawracac sobie tym głowy. Ważne było to że zgodził sie pomóc.
- Gdzie ją znalazłeś? - Nerkan dokładnie opisał miejsce, dodał też że dzik który ją zranił też tam był, z tym że dzik padł.
- No dobra chłopcze, teraz powinieneś już wracać do domu. I nie przychodź tu, bo ludzie bedą ciekawi czemu to robisz... a zbytnia ciekawość może zaszkodzić.
Nerkan wyszedł. Gdy tylko starzec został sam z wilczycą, zabrał sie za opatrywanie ran.
- No mała, mam nadzieje że z tego wyjdziesz. Musze też wymyśleć jakąś wiarygodną bajke dla Nathaniela. Wiesz jaki był załamany tym że zniknęłaś? - Gdy starzec powiedział o jej zniknięciu, drgnęła, a więc wiedział że to ona, musiał wiec wiedzieć tez czym była. Jak zza mgły przywoływała wspomnienia sprzed miesięcy, wtedy też móił coś o tym kim była. Chciała zadać mu tyle pytań na temat siebie, tyle pytan na które mógł znac odpowiedzi... Miała tylko jeden problem... będąc zwierzęciem nie mogła mówić... Starzec zdawał się czytać w jej myślach, gdyż powiedział:
- Tak mała, wiem że to ty. Wiem też kim jesteś, jednak.. wszystko w swoim czasie. Gdy dojdziesz do siebie postaram się byś mogła zostać, będziesz musiała jednak być bardzo ostrożna. Ludzie w tym miejscu mają szacunek dla zwierząt, dla nich nie są to rzeczy, ale tylko tu. Mało kto spoza wsi uznaje zwierzęta za coś co potrafi kochać, za coś co czuje. Często przejeżdżają tędy kupcy i to głównie na nich będziesz musiała uważać. mamy czas, powiem ci wszystko co musisz wiedzieć, żeby tu przetrwać. Potem, dowiesz się też kim jesteś i dlaczego własnie ciebie, tak ciebie. Nathaniel miał uratować..Teraz odpoczywaj, wkrótce odzyskasz siły...
Przez prawie dwa tygodnie starzec "spławiał" Nathaniela nie wpuszczając go do chaty, wysyłał go z różnymi zadaniami które miały go zająć. W tym czasie odzyskiwała siły, a starzec mówił jej na co dokładnie powinna uważać. Dowiedziała się również że pytał o nią tamten myśliwy. Dokładnie wytłumaczył jej jak powinna się zachowywać, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Ona jednak czekała na jedno... Aż wreszcie się dowie KIM jest... Nie wiedziała wtedy że do tego momentu mina jeszcze lata... Któregoś dnia starzec wrócił do chaty zaopatrzony w jakieś maści i parę innych rzeczy. Wytłumaczył jej że musi ją "ucharakteryzować" by jak najmniej przypominała wilka - którym przecież była. Wysmarował ją tym czymś, nie miało to zapachu więc nie miała pojęcia co to było. Jej sierść po tym sprawiała wrażenie krótkiej i ściśle przylegającej do ciała. Nie chciala przeszkadzać starcowi, ale ciekawość wzięła górę. Zjeżyła się, Koniuszki włosów stanęły, ale tylko koniuszki, reszta nadal ściśle przylegała. Patrzyła na to z zaciekawieniem, potem sie "wytrzepała" "psując" wrażenie "krótkości". Starzec widząc to zganił ją.
- Możesz przestać? Przeszkadzasz mi i psujesz efekt. Jak wyschniesz będziesz mogła robić co ci się rzewnie podoba ze swoim futrem... Chociaż kąpieli bym ci nie zalecał... - Położyła po sobie uszy i zaskomlała, udając skruchę.
- Nie udawaj, wiem że cię to bawi... - Westchnęła i pozwoliła mu skończyć. Przy schnięciu brakowało jej cierpliwości, ciągle próbowała znaleźć sobie jakieś zajęcie. Z jakiegoś powodu nie mogła usiedzieć na miejscu. Czując na sobie tą substancję strasznie korciło ją by się wytrzepać, zjeżyć, wylizać, ale nie robiła tego. Z radością przyjęła w końcu wiadomość że już wyschła, stało się to szybciej niż się spodziewała. Starzec kazał się jej położyć. Powiedział że nie może ot tak wyjsć sobie z jego domu. Konieczne było zagranie przedstawienia... I najwyraźniej stazec miał już wymyślone cos wiarygodnego.
Zawołał Nathaniela. Ten gdy ją zobaczył stanąl jak wryty. Ona przyglądała się mu z zainteresowaniem, leżąc na posłaniu.
- Nie ugryzie? - Spytał niepewnie chłopak. - Skąd wogóle wytrzasnąłeś tego psa?- Starzec słysząc to uśmiechnął sie ukradkiem, dla Nathaniela nie leżał tu wilk tylko pies...
- Nie martw się, jest łagodna jak baranek- Taa jak baranek, od razu... Gdyby mogła roześmiałaby się. Wilk, łagodny jak baranek...
- Ale na pewno? Wyglada jakoś tak... Groźnie. - Chłopak nadal był niepewny.
- Na pewno, a teraz posłuchaj, Przyniósł ją do mnie pewien myśliwy, nie musisz wiedzieć kto, Biedne suczysko złapało się w sidła, była wycieńczona i prawie zamarźnieta. Jakoś doprowadziłem ja do porządku, ale teraz trzeba oswoić mieszkańców z nią. Nie chcę też by się ludzie wypytywali kto ją przyniósł, bo ten myśliwy nie chciał żeby inni wiedzieli.
- A co ja mam do tego? - Nathaniel był zdziwiony i troche zdezorientowany - Dlaczego nie chciał by inni wiedzieli?
- Nie chciał tego bo jest myśliwym, z tym że on akurat ma opory przed zabiciem psa czy nawet wilka, szczególnie bezbronnego, inni uznaliby to za słabość, a co ty masz do tego? Cóż... Dziś w nocy wyjdziesz z nią do lasu, wrócisz kolo południa i wciśniesz ludziom bajeczkę o sidłach, możesz dodać coś od siebie jeśli chcesz. Ważne jest by ludzie widzieli jak ja przyprowadzasz.

Gderając coś pod nosem Nathaniel wziął ją na sznurek i wyszedł, tak jak powiedział starzec , miał wrócić dopiero pod wieczór. Gdy szli przez las, chłopak co i raz spoglądał na nią ukradkiem. Bał się jej. Zastanawiał się co tak naprawde jej się przydarzyło, najpierw strazec mówił że wpadła w sidła, potem - że to bajeczka która mają usłyszeć ludzie. Kulała, to prawda i dla mieszkańców to wystarczyło by historyjka była wiarygodna. Nie dla niego, widział sporą bliznę, która z pewnością nie została po sidłach... Poza tym wydawała się zbyt ostrożna by wpaść w coś takiego. Inna sprawą było to że trudno mu było uwierzyć że jest psem, we wsi psów było wiele, ale żaden nie zachowywał się tak jak ona. Nathaniel nawet śmiał podejrzewać że jej "psie zachowanie" jest udawane... Przypomniały mu sie zioła jakie zbierał, przyszło mu na myśl że może ona ma wysmarowaną czymś sierść by przybrała psi wygląd. Ostroznie przesunął dłonią po jej futrze (zaraz jednak ja zabrał bo sie spojrzała) Na jej sierści nie było nic. Zdawało sie że jest to najzwyklejsze, krótkie futro. Wyglądała na psa, ale tylko ze względu na sierść, zatsanawiał się jak mógł się na to nabrać, długi pysk, stojące uszy, długi ogon, częściowo puszysty. Nie to się nie zgadza, żaden wilk nie nosi w ten sposób uszu (tzn, "kładąc" je prawie płasko na głowie, no chyba że sie boi albo czemuś grozi)Ogon, co z tego że długi i częściowo puszysty? Dłuższe futro było tylko od spodu ogona, a nosila go lekko zawinięty... Długi pysk? Wiele psów taki ma...Na dodatek kolor sierści... Była czarna, a czarnych wilków nie dość że nie było zbyt wiele, to na dodatek mało który dozyłby tego wieku (na oko mogła mieć okolo dwóch lat)Tyle sprzeczności, tyle niejasności. Nathaniel bil się z myśłami, nie mogąc dociec czy w końcu to pies czy wilk... Szedł nie patrząc na nią, zajęty jedynie swoimi myślami. To że stanęła zauważył dopiero kiedy "skończył" się sznurek na którym ją trzymał...
- Co ty... - nie dokończył pytania (na które i tak nie otrzymałby odpowiedzi). Wilczyca stała wpatrując się w przestrzeń między drzewami... Coś tam było...
Widziała przerazenie chłopaka, gdy usłyszał cichy selest, a potem trzask łamanej gałązki... Była ciekawa kiedy zacznie uciekać. Śmierdział strachem, drżał, najwyraźniej spodziewał się czegoś niezbyt przyjemnego... Ona również zaczęła mimowolnie drżeć. W przeciwieństwie do chłopaka ona wiedziała co było w krzakach... Zobaczyła ze Nathaniel zaczyna się cofać, tak by znaleźć się za nią... Jakże on się bal! Domyślała się że coś podejrzewa, szczerze mówiąc byłaby zawiedziona gdyby było inaczej, w końcu przez kilka miesięcy "dotrzymywał jej towarzystwa" gdy leżała... Ciarki przeszły jej po grzbiecie... Gdszie leżała? Dlaczego? Wspomnienia zdawały się być odległe... BYła martwa, to pamiętała, jednak... kto ją zabił, dlaczego? Coś działo się w jej umysle, nie mogła sobie przypomnieć wielu rzeczy, wiedziała że coś się działo, wiedziała że zginęła.. ale powód pozostawał za mgłą... Poczuła się nieswojo... Co się z nią działo? Jeszcze niedawno gdy... gdy wydostała się.. skąd sie wydostała? Znowu luka w pamięci, miała świadomośc tylko że niedawno wiedziała jeszcze wszystko o sobie i o tym co się wydarzyło... Próbowała sobie przypomnieć, ale im bardziej się wysilała tym więcej w jej umyśle pojawiało się luk, przez krótką, ale jakże okropną chwilę, nie pamietała nawet tego kim jest, przez ta chwilkę czuła coś... coś ją ogarnęło... jakieś uczucie... zbyt krótkie by wiedziała co ma oznaczać... Tak jakby... Kolejny szelest wyrwał ją z tego dziwnego stanu... Poczuła sie niepewnie, coś tam było ale nie wiedziała.. a nie, wiedziała co tam jest... powróciło to nad czym się zastanawiała na chwile przed wpadnieciem w ten dziwny stan "niepamieci". postanowiła wiecej o tym nie myśleć.. zając się tym co dzieje się obecnie... Nie wracać do przeszlości. Ukradkiem spojrzała na Nathaniela, był w takim stanie że mógł w każdej chwili zacząć uciekać... Ach, jakże ją kusiło to... Miała taką chęć spowodować jego panikę. Powstrzymała się jednak. Cichy chrobot. Czuła że jeśli się ruszy to chłopak zacznie zwiewac, jak zrobi cokolwiek to wpadnie w panikę... Chwilę przedtem bawilo ją to , ale teraz przestało, nie mogli stać tu przez całą wieczność... zastanawiała się co powinna zrobić, szelesty i chroboty zbliżały się, Nathaniel był coraz bardziej przerażony. Problem sam się rozwiązał, w pewnej chwili wyskoczył z zarośli, wprost na nich, Nathaniel gdy ON wyskoczył krzyknął odskakując w tył, przy czym potknął się i przewrócił, ona natomiast przekonała się że wilki mogą się śmiać, gdyz wiła się na ziemi wydając z siebie coś na kształ chichotu (choć dźwięk sprawiał raczej wrazenie jakby się dusiła)... Zając stanął słupka, spojrzał na nich ze zdziwieniem i czmychnął w las... Nathaniel jakoś się pozbierał, wstając z ziemi spojrzał na nią z wyrzutem.
- Czego się śmiejesz? Wiedziałaś że to tylko jakiś głupi zając, prawda? Chodźmy, musimy znaleźć sobie jakieś zajęcie na cały dzień- Spojrzał na nią - Chociaż widzę że ty już się ubawilaś....
Po dłuższej chwili wilczyca się opanowała, ubaw naprawdę miała niezły... Zastanawiała się co będzie następne, ten chłopak swoją "odwagą" i zachowaniem był wręcz unikatem... Stała przez chwilę gapiąc się na niego i machając ogonem, język miała wywalony na bok, dzięki temu jej uśmiech był nader wyraźny. Szelest, znowu. Odwrócila głowę w kierunku skąd dochodził. Suchy trzask, łamana gałąź musiała być spora... Przedtem drżała, bo bawiła ją reakcja Nathaniela, teraz opanował ja niepokój. Zwróciła łeb w stronę chłopaka i zaskomlała, miała nadzieje że zrozumie o co jej chodzi. Niestety. Ten tylko spojrzał na nia pogardliwie i prychnął pod nosem , że drugi raz się nie nabierze. Ciężkie kroki były już wyraźne. Nie było możliwości by człowiek się nie zorientował co nadchodzi. Do jej uszu dotarło również sapanie. Chwyciła sznurek w zęby i szarpnęła nim, chciała mu pokazać, że powinni wracać, nieważne że niedawno wyruszyli. Teraz zwietrzyła ciężkli odór piżma. Szarpnęła ponownie za sznurek, tym razem na tyle silnie , że Nathaniel stracił trochę równowagę. Biedny głupiec jednak udawał obrażonego. Jeszcze zanim starzec zawołał Nathaniela, kazał jej na niego uważać, miała go pilnować i w razie czego - bronić. Wątpiła jednak czy to jej sie uda. Stanęła w pozycji wyrażającej gotowość do ataku, zjeżyła się, z jej gardła wydobyło się głuche warczenie. Wpatrywała się w gęstwinę, stała teraz przed chłopakiem, tak by atak - który niebawem miał nastąpić, był wpierw skierowany na nią, dając chłopakowi możliwość ucieczki. Ciarki przeszły jej po grzbiecie, niedawno omal nie została zabita przez dzika, zwierzę które teraz nadchodziło rozprawiło by się z nim bez problemu. Nie widziała go jeszcze, ale czuła że jest starym i doświadczonym przedstawicielem swego gatunku, a to świadczyło o jego potędze. Dźwięki świadczące o przedzieraniu się przez las potężnego zwierzęcia, zbliżały się, nie były już powolne. Najwyraźniej też ich wyczuł, teraz zbliżał się z szybkością , która była zatrważająca przy tak wielkim cielsku. Zobaczyła go. Wyszczerzyła kły, warczenie wzmogło się. Wyczuła odór strachu dochodzący od chłopaka, a więc on również go zobaczył. Był już blisko, potężny niedźwiedź, czuła jak wzrasta jej poziom adrenaliny, dopiero teraz wyczuła jeszcze coś, zapach choroby, było gorzej niż myśłała. Zdrowego niedźwiedzia wilk mógłby jeszcze zniechęcić zawziętością, to właśnie do tej pory planowała spróbować. Lecz teraz wiedziała już, że na tego to nie zadziała. Mogłaby spróbować uciekać, to jednak też odpadało ze względu na Nathaniela. Pozostała jej jedna tylko możliwość, walka. Walka ze zwierzęciem które nie odczuwa,bólu ani zmęcznia....
 
 
Iras 


Wysłany: 2005-03-09, 14:57   

Z trudem odskoczyła przed szarżą rozwścieczonego zwierzecia. Był wyraźnie wycieńczony, lecz to widocznie nie stanowiło przeszkody dla jego siły i szybkości, na jego boku dostrzegła niewielką rankę po ugryzieniu czegoś małego, najprawdopodobniej lisa. Jednak to właśnie stan tej ranki upewnił ją w jej podejrzeniu co do choroby. Nie miała czasu przyjrzeć się rance, widziała tylko że z pewnością jest zakażona. niedźwiedź stanął na tylnich łapach i zaryczał, po czym rzucił się na nią. Uniknęła ciosu , zakończoną długimi pazurami łapą. Wszystkie mięśnie miała napięte, była gotowa odskakiwać w każdym kierunku, wątpiła jednak by to wystarczyło... Miotała się tuż przed nim ujadając wściekle i unikając kolejnych ciosów. Sama nie zamierzała go atakować, bała się zarażenia chorobą. W pewnej chwili unikając kolejnego ciosu, okazała się zbyt wolna, pazury przejechały jej po żebrach. Skowycząc z bólu upadła. zanim zdążyła wstać już był nad nią, zaciskając szczęki z bólu spojrzała na niego. Przekrwione oczy pałające nienawiścią do wszelkiego życia, otwarty pysk pokryty różawową pianą, długie kły które za chwilę miały ją rozszarpać. Musiała coś zrobić, nie wiedziała tylko czy okaże się wystarczająco szybka... Jednak udało jej się, przez myśl przemknęła jej świadomość że razem z tym, że zdołała go chwycić mogła mieć pewność że została zarażona. Ułamki sekund. Trzymała niedźwiedzia za gardło, jej kły wpiły się głęboko mimo grubej skóry i gęstej sierści. Trzymała go z całych sił, czuła fale jego krwi wypływające z rozerwanej tętnicy. Jednak zdawał się tego nie zauważać. Jej chwyt uniemożliwił mu złapanie jej zębami, ale miał jeszcze pazury, które co chwila zostawiały głębokie rany na jej ciele. Stanął na tylnich łapach, unosząc wilczycę uczepioną jego gardła. Nie ubywało mu sił, ona jednak słabła z każdą chwilą. Nie wytrzymała, puściła go. Padła na ziemię ciężko łapiąc oddech, drżała z bólu i z obawy przed tym co się mogło lada chwila z nią stać... Kątem oka widziała ruchy niedźwiedzia, które sprawiały wrażenie jakby nadal próbował coś od siebie oderwać. Z jego gardła obficie ciekła jasna krew. Spróbowała wstać, nie mogła. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Próbowała nadal, starając się ignorować ból. Udało jej się niemal w tej samej chwili gdy niedźwiedź ponowił atak. Skoczyła w górę, chwyciła go za kark, mając świadomość że w przypadku zwierzęcia tej wielkości nie mogła tym chwytem nic zdziałać... Ponownie niedźwiedź się uniósł na tylnie łapy. Przednimi starał się zciągnąć wilczycę, nie mógł jej jednak dosięgnąć. Kątem oka zobaczyła sylwetkę człowieka, słowa docierały do niej jakby z oddali, nie mogła ich jednak zrozumieć. Człowiek nie był sam, było ich kilku.Wśród nich ujrzała znajomą twarz - Nathaniel. Sprowadził pomoc! w jej świadomosci rozbłysła iskierka nadziei. Chwilę później zgasła, gdy pazury wściekłego zwierzęcia dosięgneły jej. Straszliwy ból, czuła jak wbijają się jej w głowę, w mósg. Czuła że jej ciałem wstrząsają drgawki, zachłystnęła się krwią. Własną. Poczuła jeszcze coś. Poczuła jak pod wpływem uszkodzenia mózgu z niesamowitą siłą zaciskają się jej szczęki. Ból w szczęce, mięśnie na karku niedźwiedzia zdawały się ustępować, po chwili - suchy trzask łamanego karku. Padł.
Ludzie ostrożnie podchodzili do zwartych w śmiertelnym uścisku ciał. Ciało wilka było całe pokryte głębokimi poszarpanymi ranami, wstrząsały nim drgawki. Pysk miał nadal zaciśnięty na karku niedźwiedzia.
- O kurwa, co za jatka... Nigdy bym się nie spodziwał że jakikolwiek pies dałby sobie rade z takim bydlakiem... - Cała trójka była również zaskoczona. Tylko Nathaniel sprawiał wrażenie załamanego. Podszedł do nieruchomego już ciała wilczycy.
- Nieee..- Głos mu się załamywał. - Cholera, dlaczego? - Myśliwi spojrzeli na niego.
- Tylko nie mów że to twój pies.
- Mój...
- Od kiedy ty masz psa? - Nathaniel był załamany. Ponownie zawiódł. Zdawało się mu że nie jest w stanie wykonać najprostszego zadania. Najpierw miał uratować tamtą dziewczynę - zginęła. Potem pilnowanie martwego wilka, coś co wydawałoby sie tak proste że chyba nikomu nie powinno sie udać spieprzenie tego - po wilku zostało parę kłaków i troche krwi. Teraz miał posiedzieć w lesie z psem - A w tej chwili pies leżał martwy w kałuży krwi, ze strzaskaną czaszką... Nic mu nie wychodzilo.
- Od kiedy? Od wczoraj - Z jakiegoś powodu nie chciał mówić prawdy - Znalazłem ją wczoraj, złapała się w jakieś sidła... Cholera, była taka przyjazna....
- Przyjazna? PRZYJAZNA?? Dzieciaku, tenpies właśnie zagryzł niedźwiedzia!! - No tak.. Teraz zdawało się że nawet wciśnięcie prostej bujdy mu nie wychodzi... Jeden z myśliwych przykucnął przy zwierzętach, przesunął dłonią po grzbiecie wilczycy. Nie odwracając się odezwał się.
- Nathaniel, przestań sie mazać. Stary jest dobrym znachorem, najlepszym jakiego znam, może coś pomoże. Przestań się tak na mnie gapić, zdaje się że twój pies jeszcze dycha. - Zdziwienie Nathaniela nie miało granic, czy było to możliwe?
- C..Co? Ale...
- Nie jąkaj sie tylko wymyśl jak otworzyć mu pysk bo leżac tu na ścierwie długo nie pociągnie, najlepiej idź do starego po jakieś ziółka czy coś, może będzie miał coś co rozluźni twojego psa. A to co u licha? - Facet wstał i odsunął się. Ciało wilczycy drżało, jakby w wielkim wysiłku. Myśliwi gapili sie na to "dziwne "zjawisko. Nathaniel jednak zorientował się co jest. Przykucnął przy niej i pomógł wilczycy otworzyć pysk. To właśnie próbował zrobić, była jednak zbyt słaba. Chłopak pogłaskał ja łagodnie po głowie, iał nadzieję że zwróci chociaż oczy w jego stronę. Pozostały jednak nieruchome, zdawało mu sie tez że były jakby zamglone...Oddech miała tak płytki że wręcz nie można go było dostrzec, z wielu głębokich ran sączyła sie krew. Nathaniel spróbował ją podnieść, z jej gardła wydobył się cichy skowyt, który po chwili przemienił się w rzężenie.
Dwóch z myśliwych niosło ją do wioski, trzeci , wraz z chłopakiem szli w pewnej odległości za nimi. Nathaneil znał go, ale nie kojarzył za bardzo imienia. Okazało się że tym trzecim, tym który pierwszy zauważył że wilczyca żyje, był Nerkan. Opowiedział Nathanielowi jak to znalazł ją jakiś czas temu na wpół martwą. Nie mógł się nadziwić że przedtem omal nie zabił jej dzik, a teraz to ona pokonała niedźwiedzia. Powiedział też chłopakowi czemu sam nie poluje na wilki. Z jakiegoś powodu mu zaufał, być może z tego że chłopak był zaprzyjaźniony ze starcem. Droga dłużyła się, kilkakrotnie wilczyca dostawała konwulsji i musieli się zatzrymywać bo nie można jej było nieść. Przez cały czas jej oczy były zamglone, skierowane w kierunku niewidocznego dla nikogo punktu.
W końcu dotarli Została wniesiona do chaty starca, ten nawet się nie odezwał. Mieszkańcy wsi widzieli ją, dla nich Był to po prostu ranny pies, być może któregoś z myśliwych, których nie znali zbyt dobrze. Wilczyca szybko doszła do siebie, uszkodzenia okazały się o wiele mniej poważne niż się spodziewano. Juz na drugi dzień odzyskała przytomność, po tygodniu swobodnie wychodziła z chaty. Ludzie szybko ja polubili, łagodnego, ładnego, kalekiego psiaka. Rany od pazurów, mimo że głębokie nie uszkodziły żadnych narządów. Przez długi czas miał jej pozostać tylko jeden kłopot. Oczy. Wprawdzie nie były juz zamglone i nieruchome, jednak przez cały czas źrenice pozostawały rozszerzone... Była ślepa...


Siedzieli w trójkę w chacie starca. Ona leżała n aposłaniu które starzec jej zrobił podczas poprzedniego pobytu w chacie. Denerwowało ją to że nie widzi. Wiedziała że z czasem ten problem sie rozwiąże, gdy inne zmysły się wyostrzą, jednakże ten "czas" mógł być bardzo długi. W tej chwili gdyby doszło co do czego byłaby niemalże bezbronna. Skoncentrowała się na tym co mówili ludzie. Dyskutowali już od niemal dwóch godzin, a tematem było jakie imię jej nadać... Miała tylko nadzieje że Nathaniel, nie wymyśli czegoś w stylu "Zuźka" czy jakoś tak, bo tego by chyba nie wytrzymała. Jak na razie , na szczęście starzec odprowadzał go od takich pomysłów, a było ich wiele. Żałowała, że nie może im powiedzieć jak się nazywa. Chociaż biorąc pod uwage to co już słyszała od starca, najprawdopodobniej wiedział. Nathaniel zdenerwował się i wyszedł po tym jak jego kolejny pomysł ("Lusia") zostal wyśmiany. Została sama ze starcem, który był rozbawiony propozycjami imion chłopaka. Spojrzał na nią. Poczuła jak głaszcze ją po głowie.
- Cieszysz się chyba że tu jestem, prawda? Gdyby mnie nie było już byś biegała nazywając się "Fizia" hehe.. Dobra, przejdźmy poważnie do imienia. Teraz gdy wyszedł to moge to z tobą uzgodnić. Wiem że wolałabyś by cię nazywano twoim imieniem ale wątpię by to było dobre. Nie jesteś już tą osobą którą byłaś i zdajesz sobie z tego sprawę. Wiem jaka byłaś przed tym zdarzeniem, znałem twego ojca... Zmieniłaś się.. chociaż? Co ja mogę wiedzieć, może zmieniłaś się tylko zewnętrznie? Rzadko to się zdarza ale jednak, tak było choćby z... Dobra, nie ważne, chyba czas powiedzieć Nathanielowi jak sie nazywałaś i nazywasz... - Słyszała jak starzec podchodzi do drzwi i je otwiera, zawoałał chłopaka.
- O co chodzi? znowu chcesz się pośmiać?
- Spokojnie chłopcze, gdy wyszedłeś przyszedł mi do głowy pewnien pomysł. Można zrobić tak że nazwiemy ją takim imieniem na jakie zareaguje.
- Na jakie zareaguje? myślisz że zdołasz odkryć jak się nazywała? - Nathaniel był poddenerwowany, było niemal pewne że będzie się starał przekręcić w ten czy inny sposób propozycje starca.
- Nie chodzi mi dokładnie o to jak się nazywała, ale o to ze jeśli jakieś imię będzie miało podobne brzmienie do jej poprzedniego to wróci ono jej uwagę.
- No dobra, ale ty pierwszy. Jakoś brakuje mi pomysłów - gdy usłyszała o "braku pomysłów"odczuła ulgę.
- Co powiesz na... Sari? - Omal nie podniosła głowy ze zdziwienia, przecież miał zaproponować JEJ imię... Zorientowała się jednak co starzec zmaierza...
- Sari? nieee, to jest takie, jakieś.. bezpłciowe. Aris.
- Aris do suki? to bardziej do samca pasuje...Wymyśl coś innego. - Początkowo słuchała ze zdziwieniem ile to możliwości mozna było ułożyć z tych czterech liter, jednak odnosiła wrażenie, że nigdy nie dotrą do tego jednaego. Nudziło jej się. Zaczynała już przysypiać, przestało ją obchodzić to jak będą jąnazywać.
Śniło jej się , że jest w swojej osadzie, ojciec poprosił ją by przyniosła pewien miecz od płatnerza. Miecz, po co miecz? Przecież nic tu nigdy się nie dzieje... Szła między ludźmi, widziała znajome twarze. Uderzyła ją dziwna świadomość, że to juz było, to już się działo. Świadomość tego co zaraz mialo się stać... Chciała zawrócić, ostrzec innych, ale szła nadal przed siebie. Coś uniemożliwiało jej jakikolwiek ruch, sprzeczny z tym co robiła tamtego dnia. Dotarła do płatnerza, droga była dziwnie długa. Dostała to co miała przyniesć ojcu. Uczucie zdziwienia gdy zobaczyła ten miecz, ostrze o długości metra dwudziwestu, jednak był węższy niż jednoręczny, na obosiecznym ostrzu yły wygrawerowane dziwne symbole, dziwne było też to że rękojeść była oprawiona drewnem. Najbardziej zdziwiła ja jednak pochwa od tego miecza, wyglądała jak długi kij. Płatnerz pokazał jej jeszcze coś, że jelce można "złożyć" , a po schowaniu miecza do pochwy uniemożiwiały one wyciągnięcie go , przed uprzednim zwolnieniu blokady. Dziwne, po co ojcu takie coś? Wracała niosąc kij, na pierwszy rzut oka zwykły kij, ważący jednak swoje. Dochodziła już do swojego domu. Nagle wszystko zaczęło się zmieniać, częśc ludzi leżała już, byli martwi. Inni byli własnie mordowani, ogień, krzyki. Wspomnienie, które było zasłonięte mgłą, coś czego nie pamietała. Próbowała zdjąć blokadę, nie mogła jednak tego zrobić, ręce jej drżały. Po chwili zrezygnowała, zaczęła uciekać, miecz/kij rzuciła, był bezużyteczny, nawet gdyby go wyciągnęła, nie potrafiła przecież walczyć. Stała,nie wiedziała co robić, nie chciała uciekać. Krzyk "uważaj" chwilę później ponownie jej śmierć. Coś było inaczejWspomnienie ukryte głęboko w podświadomości. Rozmowa, tych którzy ją zabili. Było już po wszystkim. Wszyscy nie żyli, a oni rozmawiali. Nie wiedzieli że ktoś ich słucha, nie wiedzieli że ktoś ich obserwuje zapamiętując każde słowo. Słowa. Nie słyszała ich. Wtedy padło jedno. Tylko to usłyszała. Było to jej imię. Iras.
Poderwała się na równe nogi uderzając głową o stół. była zdezorientowana, panującymi zapachami i ciemnością. Usłyszala głos.
- Patrz, zareagowała! Hej Iras, wszystko w porzadku? Co jest? Czemu się trzęsiesz?- Poczuła czyjąś ręke na głowie - Moze jednak coś innego wymyślimy? Wydaje mi się że jej to imię nie pasuje...
- NIE! - starzec odchrząknął, Nathaniel był zaskoczony jego wybuchem - Miałaem na myśli, nie, to niepotrzebne, wybacz chłopcze, zamyśliłem się. Iras. - Skierowała uszy w strone głosu - Widisz, reaguje na to. Może ją wyprowadzisz? Przyda jej się trochę ruchu, i od razu będziesz mógl powiedzieć innym jak nazwałeś swojego psa...


Mieło juz kilka miesięcy, lato dobiegało końca, wkrótce miały spaść pierwsze w tym roku śniegi. Niepokojące sny o przeszłości nawiedzały ją często, szczególnie ten ostatni. Nigdy nie przynosił odpowiedzi, na którą tak czekała. Pozbawiona wzroku, z początku z trudem sobie radziła, często wpadała na rózne przedmioty, potykała się. Z czasem nauczyła się korzystać lepiej z innych zmysłów. Jednakże strata jaką poniosła była dotkliwa. Las zdawał się ją wzywać, lecz nie śmiała się tam zapuszczać, było to zbyt ryzykowne. Prawie już zapomniała o tym zdarzeniu któe sprawiło że była kaleką. Prawie. Gdyż wracało do niej w snach. Czuła że coś ono oznacza, nie wiedziała jednak co. Pewnego dnia starzec założył jej jakiś medalionik, opisał jak wygląda - Srebrna dłoń trzymająca oko o zielonej tęczówce na cienkim srebrnym łańcuszku. Powiedział że musi uważać na to by go nie straicć. Dlaczego? - nie powiedział.Czuła na sobie promienie zachodzącego słońca, jednak wokół niej panowała tylko ciemność. Kiedyś ktoś jej powiedział , że imię sprawia, że jest się kimś. Jednak czy ona kimś była? Miała imię, to które nadano jej w dniu urodzin, ale nie była tą samą osobą której to imię nadano. Była nikim. A może to co ona uważała za wspomnienia nigdy nie istniało? Starzec kiedyś jej powiedział że "ma udawać psa, aby ludzie się nie zorientowali że nim nie jest" ale ona nigdy, nawet nie próbowała, a ludzie? Dla nich była psem... Położyła się na ganku, zaczęła drzemać. Była w lesie. W jej kierunku szarżował niedźwiedź, nie widziała jednak jego łba, jego pyska. Atakował, odskakiwała. Potem się obudziła. Pamitała sen, lecz nie pamiętała z niego kilku rzeczy, fragmentów które prawdopodonie miały coś znaczyć. Nie mogła sobie ich przypomnieć, choć wiedziała że we śnie to było. Jakiś czas temu ktoś przyniósł wiadomość , że myśliwy Chad jest chory. Chad, pamiętała go - był z Nerkanem gdy ją znaleźli "po spotkaniu z dzikiem". Chad byl również jednym z tych którzy ją zanieśli po tym jak zabiła niedźwiedzia. Starzec i Nathaniel poszli do chorego, ona miała zostać. Chodzili tam przez kilka dni. Potem Chad umarł.Pamiętała jak starzec mówił na co umarł i jak się zaraził, ale nie mogla sobie tego przypomnieć...Znów drzemała. Życie wydawało jej się beznadziejne, nie miała co robić, nudziło jej się, a na dodatek nie mogła nawet zadowolić się obserwacją otoczenia, no i jeszcze od paru dni bolały ją miejsca po ranach od niedźwiedzich pazurów, mimo że rany już dawno się zagoiły. Obudiły ją piekące miejsca po ranach. Nie otwierając nawet oczu (bo po co) poszła się załatwić. Własnie schodziła z ganku, gdy omal nie zleciała z tych kilku schodków. Mimo że powieki miała zamkniete, zdawało jej się że widzi jakieś światło. Otwrzyła oczy, usiadła z wrażenia . Widziała światło. , Dokładniej mówiąc był to jakiś ciemny odcien szarości, czuła że stoi w slońcu i miejsce w którym stała zdawało się być szare, przeszła w cień (tak jej się zdawało) szarość przemieniła się ponownie w czerń. Wróciła na plamę słonca, szarość. Cieszyła się, potrafiła rozróżnić miejsca na jakie padało słońce, nie widziała wprawdzie nic oprócz tych odcieni, ale zawsze to było coś. Weszła ponownie w cień, potem znów w słońce. Nie mogła ochłonąć, chodziła w tę i wewtą by tylko się przekonać że naprawdę to "widzi".
Coś było nie tak, czuła się źle, wszystko ja bolało. Chciało jej się pić, podeszła do wiadra z wodą, ale nie wzięła nawet łyka, ogarniało ją obrzydzenie na samą myśl o piciu. Była w stanie dostrzec już cienie sylwetek, z początku cieszyła się tym, lecz teraz było jej to obojętne. Była sama, zamknięta w jakimś pomieszczeniu. Starzec zabronił komukolwiek do niej się zbliżać, sam też trzymał się z daleka. Bez przerwy chodziła, czasem zdawało jej się że jest zmęczona ale nie mogła spać. Nie była w stanie leżeć dłuższej chwili. Co chwila ogarniała ją złość na ludzi, na starca, że ją tu zamknął, na Nathaniela że nie przychodził - choć miała świadomość że to własnie starzec tego zabronił, była zła nawet na dzieciaka który przyszedł się spytać jak się czuje.... A jedyną rzeczą jaką zrobiła to rzucila się na jakiegoś gościa który wydawał jej się znajomy. Okazalo się że to zupełnie obcy człowiek, ale nic mu nie zrobiła... Nie zdążyła, odciągnęli ją. Wtedy starzec zaczął przyglądać się jej podejrzliwie, irytowało ją to więc poszła w las. Wróciła dopiero dwa dni później, Nathaniel wybiegł, wołając ją. Bolała ją głowa a jego wrzaski pogarszały ból. Kiedy się zbliżył zaczęła na niego warczeć. Zawołał go starzec, nie wiedziała o czym gadają i nie obchodziło to jej. Była głodna, zobaczyła coś leżącego na ziemi i połknęła to. Okazało się że był to kamień, nie przejęła się tym. Najpierw krążyła po ścieżce między domami, z jakiegoś powodu ludzie ją denerwowali, warczała na każdego. Usiadła na ścieżce i próbowala wylapać muchy krążące wokół jej głowy, wtedy ktoś kto się jej przyglądał szepnął komuś coś, chwilę później wszyscy omijali ją z daleka. Nathaniel wyszedł wraz ze starcem, zaczął ją cicho przywoływać, naprawdę go lubila, podeszła piszcząc cicho, czuła że dzieje się z nią coś niedobrego. Jak mogła na niego warknąć? Skąd ubzdurała sobie ze są tu muchy? przecież była już późna jesień, poza tym jakim cudem je widziała?... Zbliżyła się, pogłaskał ją, chwile potem zarzucił jej coś na łeb. Zamknęli ją, nienawidziła ich za to. Krązenie po pomieszczeniu przerywała tylko po to by zaczynać szczekać. Z początku dziwił ją głos którym szczekała, nieprzyjemny, ochrypły. Bolało ją gardło gdy szczekała ale była w niej taka złość że ja to nie obchodzilo. Po raz któryś z kolei podeszła do wiadra, znowu się jednak od niego oddaliła. Pragnienie. nie , nie była spragniona, tylko czuła suchość w pysku, nic więcej. Znów krążyła, dlaczego jej uniemożliwili normalne bieganie? Była zła, nienawidziła ich, nienawidziła wszystkich. Staruch mówił że chce jej pomóc, ale to była bzdura! Nigdy nie chciał pomóc! Wszystko co się do tej pory wydarzyło to jego wina, jego i każdego innego człowieka w tym miejscu! Zatrzymała się na chwilę. Słyszła głosy, starca i Nathaniela. Przez chwilę przypomniało jej się jak bardzo ich lubiła, jak na nich polegała... Poczuła mdłości, zwymiotowała, zdziwiła się, nie jadła przecież już od kilku dni, zdziwiła się jeszcze bardziej gdy zobaczyła że rzyga krwią. Poczuła ze traci równowagę, upadła, przez chwilę leżala dygocząc. Gdy drgawki ustały i wstała, ponownie zwymiotowała krwią. Truli ją, musieli to robić już od dawna... Zobaczyła cień w małym okienku w drzwiach, rzuciła się w jego stronę szczekając wściekle. Chwillę potem z ust starca usłyszała słowa. Wyrok.
- To lyssa...Trzeba będzie ją zabić...

Ach - i tak na koniec - żeby wszystko było jasne - "Lyssa" to choroba - znana wszystkim, inna jej nazwa to rabbis, po polsku - wścieklizna... (chyba rozumiecie że musze jakoś z tego wybrnąć, co nie jest łatwe...)
 
 
Horus 
Moderator

Wysłany: 2005-03-09, 16:08   

Cieszy mnie bardzo, że postanowiłaś swe dzieło i tu zamieścić... :D
Z utęsknieniem czekamy na kontynuację.
_________________
Раз мати родила!
 
 
Amon 
Moderator


Wysłany: 2005-03-09, 18:32   

Czekamy Iras, czekamy
_________________
Our obstacles are severe, but they are known to us.
 
 
Coincidence 

Wysłany: 2005-03-10, 11:33   

Tego własnie brakowało mi w tym forum - Iras i jej twórczości ( to_nie_jest_złośliwość!! ). Iras - mogę tylko powiedzieć, że za jakiś czas, gdy zobaczę na półce ksążkę autorstwa Oliwii Lewandowskiej, to tylko uśmiechnę się i kupię. Jednego wielkiego fana swojej twórczości ( w mojej osobie ) na pewno masz.
 
 
Grzebul
Admin


Wysłany: 2005-03-10, 19:57   

Co prawda mi owa twórczość tak za bardzo nie podchodzi, ale może kiedyś się przełamię (ew dorosnę do tego:P)

A książkę i tak kupię. A Iras na zjeździe mi wpisze autografa. I będę wniebowzięty.
 
 
Wyrm


Wysłany: 2005-03-10, 23:08   

Mi się podobało wcześniej, tak więc podoba i teraz. Nawet nad wielokropkami chyba zaczęłaś odrobinę pracować :wink:
_________________
Prawda przeciw światu!
 
 
Gaz_Shenryu 

Wysłany: 2005-03-15, 19:01   

Właśnie te wielokropki były fajne.
Acha, Iras, jak coś wydasz, to n ie zapomnij o nas!
Myyyy pierwsi fanii
 
 
Grzebul
Admin


Wysłany: 2005-03-15, 20:06   

Gaz_Shenryu napisał/a:
Właśnie te wielokropki były fajne.


Arghhh! :shock: :shock: :shock:
:lol:
Iras, pamiętaj o czym rozmawialiśmy :) Wywalić wielokropki, wywalić wielokropki... gul gul.. :wink:
 
 
Dun Dare 
Pogromca Smoków


Wysłany: 2005-05-28, 00:59   

Heh... Iraś kiedy kontynuacja? :mrgreen: Napisałaś czas nieokreślony... Czekamy czekamy.... Wielokropków brak.. A co tam... Jeśli wydasz ksiązke poinformuj :D czekamy czekamy... :mrgreen:
_________________
"On by każdego dnia przychodził do świątyni, gdyby wodą święconą była whisky."
 
 
Iras 


Wysłany: 2005-10-28, 19:52   

Ciekawe... doczekaliścicie sie kolejnego kawalka zalamki....


- Z.... zabić? Nie ma innego wyjścia? Znasz się na leczeniu, musisz chociaż spróbować. A jeśli to nie to co mówisz? - Nathaniel nie chciał dopuścić do siebie myśli że Iras miałaby zostać zabita. Starzec cierpliwie poczekał aż chłopak skończy.
- Słuchaj, na lyssę nie ma leku. Myślisz że bym nie próbował jej leczyć gdyby to było możliwe? - Nathaniel jednak nie dawał za wygraną.
- Ale przecież są przypadki nieuleczalnych chorób i jest możliwe przytrzymanie kogoś przy życiu mimo tego że jest chory!
-Nie w tym przypadku chłopcze... Gdyby była człowiekiem musiałbym udawać że ją leczę, tak jak w przypadku Chada. - Chłopak spojrzał zdziwiony na starca.
-Chada? Tego myśliwego? Chcesz powiedzieć że on miał to samo? Ale jego przecież leczyłeś!!
- Udawałem że leczę... Ludzie by nie zrozumieli że to nie ma sensu, że facet i tak umrze. Ona cierpi, będzie dla niej lepiej jeśli zakończymy jej cierpienia...
- A... ale może jej się polepszy, może nie trzeba będzie... - Starzec przerwał chłopakowi w pół zdania.
- Nie polepszy się, będzie już tylko gorzej, zrozum że dla niej nie ma ratunku - Zdawał się być nieubłagany. - A jeśli kogoś ugryzie to ta osoba też będzie skazana na śmierć!
Nathaniel był zły na starca, nie wiedział co robić. z początku myślał nad tym by wykraść ją i gdzieś ukryć, jednakże ruszyło go to co powiedział starzec "że każdy kogo ugryzie zachoruje" . Nie śpieszyło mu się do grobu, nie chciał też by Iras zginęła. Poszedł do siebie w milczeniu. Musiał coś wymyślić - i to szybko. Było już późno więc "egzekucja" z pewnością miała się odbyć jutro. Znaczyło to ze do jutra miał czas....
Starzec został sam przed zbudowanym w naprędce "domkiem", albo raczej kojcem. zaraz po tym jak dowiedział się o chorobie myśliwego "zaprzągł" kilku ludzi do roboty by to zbudowali. Miał szczęście że zdążyli na czas. Inaczej zrobiłoby się - łagodnie mówiąc - nieprzyjemnie. Spojrzał na nią. Stała na tylnich łapach, opierając się przednimi o drzwi, szczerzyła kły i warczała. Jej nienawiść była niemalże namacalna.
- Musisz próbować to zwalczać Iras - Odezwał się łagodnie, nie wiedział czy jeszcze dociera do niej co mówi. - To cię niszczy, umrzesz jeśli nie będziesz tego zwalczać. Nie wiem co czujesz, mogę się jedynie domyślać. Musisz z tym walczyć, nie jesteś zwykłym zwierzęciem, dla ciebie, w przeciwieństwie do każdego innego istnieje jeszcze nadzieja. Ale tylko od ciebie zależy czy uda ci się wykorzystać tą przewagę. Tylko od ciebie zależy czy zdołasz to pokonać.

Jej zachowanie nie zmieniało się, ciągle stała, warcząc wściekle i szczerząc kły, starzec sam miał wątpliwości czy istnieje ta nadzieja o której mówił. Lyssa to była jedna z najbardziej śmiertelnych chorób jakie zdarzyło mu się poznać, nie było na nią żadnego leku i zarazem nie było nawet minimalnej szansy na wyzdrowienie chorego. Jednak Iras, mimo iż zachorowała na lysse, miała jeszcze szanse. Z racji tego kim była, CZYM była. Starzec sadził że ona sama jeszcze nie zdołała się dowiedzieć kim, albo lepiej powiedziane - czym jest.
Było już ciemno, Starzec stał nadal przy drzwiach budynku i przemawiał spokojnie do wilczycy. Efekt był słabo widoczny - ale jednak był. Uspokoiła się wprawdzie niewiele, jednak jej oczy nie pałały już nieposkromioną nienawiścią, w każdym razie tak mu się zdawało...
Gdy starzec wrócił do swej chaty była już późna noc, jego nadzieje na to żeby Iras spróbowała zapanować nad chorobą niemal całkowicie prysła, z początku zdawało się mu że się uspokoiła, jednak atak , który potem nastąpił sprawił że niemal stracił nadzieję. Był pewien jednego - gdyby ponowiła atak , drzwi by nie wytrzymały. położył się do łóżka myśląc co mogłoby odnieść skutek, lecz nic nie przychodziło mu do głowy, winił siebie za to ze zbyt późno się zorientował co się z nią dzieje, gdyby nie to może udałoby mu się jej przemówić do rozumu, jednak w tej chwili tego rozumu nie pozostało jej wiele. Jeśli w ogóle jej jakiś pozostał. Ludzie nie byli w ciemię bici, będą się pewnie już nazajutrz domagać jej śmierci, starzec zadrżał na myśl co może się stać gdy ją zabija, ludzie będą mieli pojęcia co spróbują pozbawić życia. Choroba miała się ku końcowi, pozostało mu mieć jedynie nadzieję, że ten koniec nastąpi tej nocy i mieć nadzieję, że będzie on ostateczny...
Nathaniel leżał w łóżku z otwartymi oczami, noc miała sie ku końcowi, lecz nie zmrużył oka. przez cały czas słychać było ponure, ochrypłe wycie. Chwilami zastanawiał się czy nie iść do wilczycy i jej nie wypuścić, jednak widział jej zachowanie, jej agresje. Gdzieś w głębi wiedział że starzec miał rację, że jej śmierć to jedyne wyjście. Pogrążony w myślach dopiero po chwili zorientował się że nastał już świt, a wycie ustało, pierwsza rzeczą jaką chciał zrobić, było pobiec do niej i zobaczyć czy wszystko jest w porządku, jednak... co mogłoby być w porządku jeśli ona była śmiertelnie chora?
Starzec stał przed drzwiami i patrzył w zakratowane okienko. Pogrążona w bezruchu leżała na środku pomieszczenia, nie miał wątpliwości że gdyby do niej podszedł to nie pozostałaby nieruchoma, a on nie przeżyłby jej ataku. Zastanawiało go jak długo jeszcze wytrzyma i co będzie potem... Z rozmyślań wyrwało go pytanie Nathaniela, który nagle znalazł się obok niego:
- Czy ona...?
- Nie wiem - skłamał - Jeśli nie to wolałbym tego nie sprawdzać na własnej skórze.
- Ale co, jeśli potrzebuje pomocy? Jeśli cierpi?
- Jej już i tak nic nie pomoże chłopcze.
Nathaniel nie odezwał się. Wpatrywał się jedynie w nieruchome ciało, czuł że coś jest nie tak, nie wiedział jednak co.
Leżała, ból wkradł się w każdy zakamarek jej ciała, czuła głód, pragnienie i.. nienawiść do wszystkiego co żyje. W jej głowie jednak wciąż dźwięczały słowa "Możesz z tym walczyć". Walczyć? Z czym? Zaufała im, a oni podstępnie ją zdradzili. Zrobiło się cicho, słyszała jedynie myśli jakie kołatały się jej po głowie, oraz ciągle powtarzające się zdanie. usłyszała Starca, jak ten z kimś rozmawiał, tuż przed jej drzwiami, w pierwszej chwili chciała się poderwać i zaatakować go, jednak nie zrobiła tego. Jednak powodem nie było to , iż nienawiść zmalała, ale to że przy każdym ruchu, ból się wzmagał. Wiatr wdzierający się przez niewielkie okienko przyniósł jakieś obce zapachu. Obce konie, obcy ludzie, usłyszała urywki rozmowy, strzępki słów, ale nie docierało do niej co one oznaczają. Nie obchodziło jej to. W pewnej chwili usłyszała podniesiony głos jednego z obcych... Jednak ten głos wydawał się być znajomy, coś w nim było. Rozległ się krzyk, potem szloch, podniesione głosy, zapach krwi. usłyszała podniesiony głos Nathaniela, chwilę po tym huk wystrzału, dotarł do niej odór prochu. Obcy mieli bron palną... zabili kogoś z wioski, kogoś na kim jej niegdyś zależało... Coś jej się przypomniało, słowa Nathaniela, to jak sprzeciwiał się jej śmierci, jego smutek, jego żal. . W jej umyśle pojawiło się słowo. "Lyssa", jak przez mgłę przypomniała sobie co to słowo oznaczało, kiedyś słyszała coś o tym. Kiedyś dawno temu. Przypomniało jej się jak starzec o tym mówił, jak przemawiał do niej, jak mówił że jest chora. Chora na lyssę - śmiertelną chorobę zwana przez niektórych wścieklizną. Zrozumiała wreszcie o co chodziło starcowi. Jej nienawiść wzmogła się, jednakże jej celem nie byli już ludzie z wioski. Dotarło do niej wreszcie że oni chcieli jej pomóc. Pomóc, a teraz czuła ich krew... Nienawiść, dodawała jej sił. Wiedziała że znaczna część tej nienawiści jest spowodowana chorobą, która ją trawiła, wiedziała, że chwila olśnienia może nagle minąć, gdy choroba odzyska nad nią władzę. Nie obchodziło jej to jednak... Teraz liczyło się już tylko jedno...


widze, że nie mam co dalej pisać, skoro nikt nie pofatygowal sie zeby to przeczytac...
 
 
LordDream 

Wysłany: 2006-08-03, 15:23   

Bardzo ciekawe Iras, bardzo ciekawe, napisz dalszą część i zlikwiduj część literówek. Ja też chcę podpis :D
 
 
Iras 


Wysłany: 2008-02-09, 23:25   

a niech to szlag.... idzie mi to jak krew z nosa... widzi ktos date ostatniego kawalka? od tamtej pory nie pisalam... a ostatnio stracilam prace, sens zycia, przeszlam zalamanie nerwowe, probe samobojcza... i to z tego wyniklo...

Cofnęła się do ściany leżącej naprzeciwko drzwi. Miała tylko jedną próbę, wiedziała, że jest ich więcej, że mają przewagę, ale to jej nie obchodziło. Miała tylko jeden cel, jeden cel, który mogła osiągnąć tylko dzięki zaskoczeniu. Drzwi ustąpiły, zobaczyła go od razu, tak samo jak wszyscy inni odwrócił się zaskoczony w jej kierunku, wyczyścił już pistolet. Dziesięć metrów, nie spuszczając jej z oczu, gorączkowo sypał proch do lufy. Pięć metrów, wrzucił kulę. Dwa metry, warcząc wściekle skoczyła mu do gardła, wycelował. Pół metra... strzelił. Prosto w jej otwarty pysk.

Wspomnienia odpłynęły. Od tamtych zdarzeń minęły lata, lata pełne bólu, strachu, nienawiści. I samotność. Wszyscy, których znała, na których jej zależało nie żyli. Jednych wymordowali nieznani sprawcy, do śmierci drugich sama się przyczyniła. Nie chciała tego pamiętać, ale wspomnienia ciągle powracały. Po tym jak ja zastrzelono leżała widząc i słysząc wszystko, potem przyszedł ból, towarzyszący „powrotowi” . Było jednak coś jeszcze. Wraz z wzmagającym się bólem, oczy zaczęła jej zasnuwać szkarłatna mgła. Mgła gęstniała, przez chwilę jeszcze widziała starca i leżącego Nathaniela. Potem zapadła ciemność… ale tylko w jej umyśle. Był to pierwszy raz gdy wpadła w szał, w niekontrolowaną, ślepą furię.
Nie wiedziała jak długo była w tym stanie. Gdy wreszcie odzyskała panowanie nad sobą, od wioski dzieliło ją wiele kilometrów. Prawie cała była pokryta skrzepłą krwią, lecz to nie była jej krew. Z nienaturalnym zobojętnieniem spojrzała na leżące nieopodal, poszarpane ludzkie zwłoki. Wciąż otumaniona, chwiejnym krokiem ruszyła w drogę powrotną. Choć odzyskała panowanie nad sobą świadomość wracała powoli. Minęła martwego konia nie zwracając na niego uwagi. Nie wiedziała jak długo już szła, gdy znalazła kolejne zwłoki. Dwóch mężczyzn, jeden leżący twarzą do ziemi miał niemalże odgryzioną głowę. Został zaatakowany od tyłu, prawdopodobnie uciekał. Drugi leżał na plecach, obie ręce miał poszarpane, klatka piersiowa porozrywana pazurami. Jedyną nienaruszoną częścią jego ciała była twarz, na której zastygł grymas przerażenia i bólu. Przez myśl przemknęło jej coś, co sprawiło, że przez grzbiet przebiegł jej zimny dreszcz. Mimowolnie zjeżyła się. Węsząc zaczęła powoli iść przed siebie. Krew. Metaliczny odór krwi zdawał się być wszędzie. Kolejne rozszarpane ludzkie ciało. Kolejny koń z rozerwanym gardłem. Im bliżej była osady tym bardziej wzmagał się odór krwi i gryzący zapach moczu. Niektórych z zabitych, których znajdowała znała. Byli to mieszańcu z wioski. Zginęli próbując uciec. Uciec przed nią.
Zatrzymała się. Gdy znalazła jednego z pierwszych trupów nie chciała dopuścić do siebie myśli, że to ona zabiła kogoś w tak straszny sposób. Myśl ta okazała się niczym porównaniu z tym co faktycznie zaszło. Urządziła rzeź. Pogrążona w furii zabijała wszystko i wszystkich na swojej drodze. Czy ktokolwiek z wioski zdołał się uratować? Nie wiedziała. Żeby się przekonać musiałaby wrócić. Wrócić i na własne oczy ujrzeć to co zrobiła. Nie chciała wiedzieć. Nie chciala widzieć skutków swoich czynów. Zrozumiała dlaczego jej osada została zrównana z ziemią. Ona, jej rodzina, wszyscy z jej osady nie byli po prostu pokojowo nastawionymi ludźmi, którzy odcięli się od „zła świata”. To oni byli tym złem. Zagrożeniem, które mogło wybuchnąć w każdej chwili.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Theme made by Aiglon von Lupus based on subSilver